logo
logo

Zdjęcie: Maria Bninska/ Domena publiczna

Zachodnie nie oznacza lepsze

Sobota, 10 grudnia 2016 (11:29)

Z prof. Jerzym Żyżyńskim, ekonomistą i wykładowcą akademickim, rozmawia Rafał Stefaniuk.

PZU razem z Polskim Funduszem Rozwoju kupuje bank Pekao SA. To dobra decyzja?

– Mogę mówić tylko jako teoretyk, wykładowca akademicki od lat zajmujący się kwestiami funkcjonowania systemu finansowego. Zawsze sceptycznie patrzyłem na formę spółki akcyjnej w stosunku do firm ubezpieczeniowych. Żeby spółka akcyjna mogła kupić bank, to musiała osiągnąć duże zyski. W sektorze ubezpieczeń zyski osiąga się tak, że firma ściąga jak największe pieniądze z oferowanych usług, a jednocześnie próbuje jak najmniej stracić na wypłatach odszkodowań. Jeżeli żyje się w warunkach zdrowej konkurencji, to stan równowagi można osiągnąć. Inaczej jest, gdy mamy jedną, dominującą firmę. Postawmy pytanie: kto za to zapłaci? I tak, za zakup Pekao SA nie zapłaciło PZU, tylko ci, którzy się tam ubezpieczają. I ten, kto miał dostać dywidendę. Nie krytykuję PZU, które jest bardzo dobrą firmą, ale chciałbym jedynie precyzyjnego określenia, z czyich pieniędzy sfinansowano tę transakcję. To jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że ten bank znalazł się w rękach polskich, a to ma wielkie znaczenie.

Widzi Pan pozytywy repolonizacji banków?

– Przysłuchuję się dyskusjom telewizyjnym w tej sprawie i czasami załamuję ręce, bo niektórzy nie rozumieją roli banków. Banki są to instytucje finansowe, których rolą jest przejmowanie oszczędności – stają się depozytami. I te środki, nasze oszczędności, powinny być uaktywnianie w formie kredytów i innych inwestycji w naszej gospodarce – dla nas jest bardzo korzystnie, gdy nasze depozyty służą naszej gospodarce. Dlatego zawsze podkreślałem, gdy byłem posłem i teraz jako wykładowca, że sprzedaż banków była błędem. Z uwagą słuchałem w czwartek w „Tylewizji” opinii pewnego dziennikarza, skądinąd bardzo dobrego, który twierdził, że jemu jest obojętnie, czyj jest bank, byle tylko osiągał jak największe zyski, bo rynek to jest rynek, a celem ma być zysk. Mnie, jako obywatelowi naszego pięknego kraju, nie jest wszystko jedno. Chcę, aby moje pieniądze służyły naszej gospodarce, do kredytowania  innych form inwestowania. Ważna jest też kwestia dywidend, czyli wypłacania zysku akcjonariuszom. Zyski osiągane przez nasze banki płynęły za granicę i tak sami pozbawialiśmy się części pieniędzy, które mogłyby napędzać nasz rozwój. To podcinanie skrzydeł własnej gospodarce.

Polska strona za 32,8 proc. akcji ma zapłacić UniCredit 10,6 mld zł. Ta transakcja jest dla nas finansowo opłacalna?

– Trudno jest powiedzieć, na ile ta cena jest korzystna. Oceny są różne. Wiemy, że za 1/3 akcji zapłaciliśmy tyle, ile dostaliśmy w 1998 r., sprzedając cały bank. Nie potrafię powiedzieć, czy może nie warto byłoby się jeszcze wstrzymać, a spadek ceny byłby większy, zwłaszcza że Włochy przechodzą kryzys finansowy.

To możliwe, że PZU postanowi „odbić sobie” tę transakcję i ceny za oferowane usługi wzrosną?

– To jest nieuniknione. PZU musi zarabiać, musi wypłacać dywidendy akcjonariuszom. Fakt, że karty w PZU rozdaje Skarb Państwa, ale i państwo musi realizować swoje zadania, na które potrzebuje pieniędzy.

A co z jakością oferowanych usług? Polski właściciel gwarantuje ich podniesienie?

– W biznesie liczy się tylko zysk. W wielu instytucjach finansowych szeregowi pracownicy przez wiele lat nie dostawali podwyżek, mimo marnych pensji. W literaturze naukowej i w publicystyce krytykuje się korporacyjny system motywacyjny wynagradzania pracowników, jaki przynieśli do polscy tzw. wybitni fachowcy, który polega na tym, że klientowi trzeba wcisnąć kredyt, sprzedać ubezpieczenie, czy wcisnąć opcję wszelkimi sposobami, a doradcy mają doradzać tak, żeby zarobiła instytucja, nawet jeśli klient zostanie doprowadzony do ruiny i utraty majątku. Stąd m.in. pojawiły się u nas kredyty frankowe i opcje walutowe. Jest więc problem z jakością zarządzania niektórymi instytucjami finansowymi, które stosują modne ostatnio na zachodzie wzorce – przypomnę falę samobójstw w pewnej telekomunikacyjnej firmie francuskiej przed kilku laty. A pamiętajmy, że instytucje finansowe są infrastrukturą gospodarki. Każda infrastruktura powinna sprawnie pełnić swoją rolę, a więc oszczędności ludzi powinny dawać możliwość kredytowania i inwestowania, a firmy ubezpieczeniowe powinny tanio finansować skutki ryzyka u ubezpieczających się, ale sprawiedliwie wynagradzając swój personel. Współczesne nowoczesne firmy nastawione na zysk nie zawsze robią to uczciwie i optymalnie z punktu widzenia klientów. Jakość usług finansowych to jest wielki, światowy problem – dyskutuje się go także na Zachodzie.

Wychodzi na to, że niemożliwe jest reformowanie państwa bez sprawnie działającego sektora finansowego.

– Oczywiście. My nasz system bankowy wciąż musimy budować, jego rola w gospodarce jest za mała, wielkość zasobu pieniądza określona przez zasób oszczędności, jest niska, ale system musi się rozwijać tak, aby wykorzystać nasze depozyty na potrzeby Polski. System bankowy zbiera oszczędności, które są „niewydanymi pieniędzmi”. Ten niewydany pieniądz powinien być najefektywniej wykorzystany w gospodarce. Najprostszym tego przykładem są kredyty, które powinny finansować inwestycje i napędzać gospodarkę. Rozwijać musi się też giełdowa forma finansowania. Ja osobiście z sympatią widzę, że coraz popularniejszy jest pogląd, że rozszerzenie polskiego właścicielstwa będzie temu sprzyjać. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

Aktualizacja 1 lipca 2017 (19:44)

NaszDziennik.pl