logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: DAMIR SAGOLJ / PAP/EPA

Nowe polsko-chińskie otwarcie

Poniedziałek, 15 maja 2017 (19:49)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, rozmawia Rafał Stefaniuk

Wczoraj w Pekinie zakończył się szczyt Pasa i Szlaku. Jak Pan patrzy na zacieśnienie współpracy gospodarczej między Polską a Chinami?

– Na tę kwestię patrzę z optymizmem. Cieszę się, że potrafimy wpisać się w globalne działania międzynarodowe. Nareszcie zaczęliśmy wykorzystywać nasze strategiczne położenie, które podczas wojny jest przekleństwem, a w czasach pokoju błogosławieństwem. Możliwości tranzytowe to poważny atut w budowaniu sukcesu gospodarczego.  

I nie przeraża Pana perspektywa zalania Polski tanimi chińskimi produktami?

– A dzisiaj Chiny nas nie zalewają? Nie patrzyłbym więc na sprawę z tej strony, a jedynie akcentowałbym szansę na osiągnięcie zysków właśnie z tego powodu, że do Europy wysyłane są chińskie towary. Mówimy o biznesie. W nim nie tylko jedna strona odnosi korzyści. Przy odpowiednim działaniu każda ze stron zyska – a w tej grze chodzi o naprawdę duże pieniądze. Nie oszukujmy się: każda największa globalna marka produkuje swoje towary w Chinach. Czy nam się to podoba czy nie, to wiele markowych ciuchów opatrzonych znakiem „Made in China” znajduje się w naszych szafach. Dlatego nie widzę w tym żadnego zagrożenia.

Czym różni się tani chiński produkt od taniego północnoamerykańskiego, które mają trafić do Polski na mocy porozumień TTIP i CETA? Przypomnę, że przeciw obu tym umowom protestował Ruch Kukiz’15.

– TTIP i CETA są umowami, na które nie mamy żadnego wpływu, bo zostały wynegocjowane ponad naszymi głowami. Z kolei Jedwabny Szlak jest regulowany także przez nas – jego częścią jest umowa między Polską a Chinami. Dzięki temu możemy jasno określić zasady dwustronnego handlu, a przez to możemy zadbać o własne interesy. Rozumiem to, że pojawiają się obawy, że interesy Polski mogą ginąć w konfrontacji z korzyściami, jakie chcą odnieść wielkie mocarstwa. Jednak – w tym przypadku – sprawa jest w naszych rękach i tyle zyskamy, ile wytargujemy. Czy to się komuś podoba czy nie, to jesteśmy położeni w strategicznym miejscu. Towar z Chin będzie płynął do Europy bez nas, dlatego musimy stać się częścią tego systemu. Oczywiście, inną kwestią jest, czy wywalczymy sobie ważną rolę czy tylko staniemy się rynkiem zbytu.     

Jak na zacieśnienie współpracy Europa – Chiny zareagują Stany Zjednoczone?

– To jest problem prezydenta USA. Dla mnie ważne jest to, że Polska zaczyna rozwiązywać własne problemy, własnymi rękoma, a nie za sprawą państw trzecich. Nie wnikam więc w emocje prezydenta Trumpa – to jest jego problem – ale chciałbym, żebyśmy zadbali o swoje własne interesy.

Stara zasada mówi: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Może warto spróbować wykorzystać spół gospodarczy między Chinami a USA dla poprawienia swojej pozycji negocjacyjnej?

– Ten spór cały czas trwa. Pamiętajmy, że najwięcej amerykańskich obligacji wykupili Chińczycy, a nie Polacy, Niemcy czy Francuzi. Na dzień dzisiejszy relacje gospodarcze między Pekinem a Waszyngtonem stoją na bardzo wysokim poziomie. Dlatego uważam, że nasze próby mieszania się w interesy Chiny – USA – Europa nie mają większego sensu. Dlaczego? Bo to nie ta liga. Najwięksi gracze mają swoje interesy i z pewnością wiele kwestii do przedyskutowania. Nie sądzę też, żeby w szczególny sposób przejmowali się Polską. Skoro nie odgrywamy znaczącej roli w światowej gospodarce, to wolę, żebyśmy byli postrzegani jako solidny partner biznesowy niż cwaniak, który kombinuje na boku. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl