logo
logo
zdjęcie

Dr Marian Szołucha

Bez planu, bez efektów

Środa, 26 lipca 2017 (09:46)

Według wyliczeń Narodowego Banku Polskiego od 600 do 800 tys. pracowników w Polsce to imigranci. Stanowią oni obecnie 4-5 proc. ogółu osób pracujących. Dane te nie uwzględniają krótkoterminowych imigrantów. Tymczasem za granicą pozostają miliony Polaków.

Strategia to długofalowy i przemyślany plan. To, co teraz obserwujemy, to nie jest to plan, tylko efekt zaniedbań poprzednich rządów. I tak decydenci z poprzednich lat nie dbali o Polaków, nie dbali o młodzież. Chciano rozładować napięcia społeczne i rosnące wśród młodych frustracje otwarciem granic i umożliwieniem wyjazdu na Zachód do pracy. W ten sposób sztucznie obniżono poziom bezrobocia, co miało też wydźwięk propagandowy.

W międzyczasie sytuacja w Polsce zaczęła się stopniowo poprawiać. A na Ukrainie? Wręcz przeciwnie. Wybuchła wojna. Zaczęły ściągać do nas setki tysięcy osób gotowych do pracy za niższe pieniądze, niż płaciło się Polakom. A jakby tego było mało, to odnotowano historyczny niż demograficzny.

A więc trzy czynniki: emigracja Polaków, wojna na Ukrainie i niepokoje na Wschodzie oraz niż demograficzny – to są składowe tej niedobrej sytuacji, z którą mierzymy się dzisiaj.

Mimo wszystko sądzę, że sytuacja będzie zmieniać się na coraz bardziej korzystną. Z każdym miesiącem poprawiają się perspektywy życia i pracy w Polsce. Myślę, że dopóki ktoś nie zapuścił za granicą rodzinnych korzeni i nie wtopił się w zachodnie społeczeństwa, to jest szansa, że do Polski wróci. Pierwsze dane mówią, że Polacy wracają do kraju. Okazuje się też, że została zatrzymana fala wyjazdów.

Emigracja pracowników z Ukrainy nie jest co do zasady dobrym zjawiskiem. Nie jest pozytywne to, że Polacy wyjeżdżają, a Ukraińcy przyjeżdżają. Chociaż, gdybym miał być adwokatem diabła, to stwierdziłbym, że wolę sytuację, w której przyjeżdżają do nas Ukraińcy czy obywatele innych narodów Europy Środkowej i Wschodniej, niż gdyby przybywały do nas osoby z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu, tak jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech.

W ciągu ostatnich miesięcy Polska zaczęła się rozwijać naprawdę dynamicznie. Dotarły do nas najświeższe dane Głównego Urzędu Statystycznego mówiące o dalszym spadku stopy bezrobocia. Wynosi ona już 7,1 proc. Jeszcze w tym roku zobaczymy odczyty poniżej 7 proc. W sytuacji dynamicznego rozwoju, w sytuacji, w której polscy emigranci z zagranicy wracają powoli i gdzie młodych Polaków wchodzących na rynek pracy jest coraz mniej, napływ siły roboczej z zagranicy jest czymś – niestety – nieuniknionym.

Pytanie o źródło i skalę tego zjawiska. O źródle już wspomniałem, a co do skali, to nie ma jednoznacznej, klarownej granicy, po przekroczeniu której zaczyna się ryzyko niepokojów społecznych, drenażu finansowego państwa, obniżenia poziomu bezpieczeństwa czy jakichś innych negatywnych zjawisk. Nie ma tej granicy, a więc to zjawisko trzeba bacznie obserwować. Trzeba też dążyć do sytuacji, w której Polacy będą do nas wracać.

Jestem przeciwnikiem konstruowania jakichś specjalnych programów zachęcających do powrotów. Wystarczy im nie przeszkadzać i stworzyć równe warunki dla wszystkich. Nie można karać tych, którzy zostali, tylko dlatego, że żyją nad Wisłą, a nie nad Renem czy Sekwaną. Stopniowa poprawa sytuacji w Polsce, umożliwienie spokojnej pracy, stworzenie uczciwego państwa dla obywateli, umożliwienie życia z pracy własnych rąk to jest jedyna metoda, ale obliczona na dłuższy bądź średni termin, która może uzdrowić obecną sytuację.   

Dr Marian Szołucha

Autor jest ekonomistą, Akademia Finansów i Biznesu Vistula.

NaszDziennik.pl