logo
logo

Zdjęcie: Mariusz Kamieniecki/ Nasz Dziennik

Polacy chcą karpia na wigilijnym stole

Czwartek, 30 listopada 2017 (21:34)

Ze Zbigniewem Szczepańskim, ichtiologiem, prezesem Towarzystwa Promocji Rybactwa i Produktów Rybnych „Pan Karp”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Do Wigilii świąt Bożego Narodzenia wprawdzie jeszcze trochę czasu, ale już pojawiły się informacje, że w tym roku karpi jest wyjątkowo mało i może ich zabraknąć na świątecznych stołach.

– Rybacy śródlądowi – ogólnie rzecz ujmując – nauczeni doświadczeniem lat ubiegłych, a czasem też odległych, wychodzą z założenia, że lepiej się zbytnio nie chwalić ilością wyhodowanych ryb, bo wywołuje to czy też może wywołać złe reperkusje. Tak czy inaczej nie obawiałbym się tego, że polskich karpi zabraknie w tym roku na wigilijnych stołach, ale tegoroczne plony rybne są mniejsze, niż to bywało w latach ubiegłych, i to jest prawda.

Z czego to wynika?   

– Wszystko to, co nie jest wynikiem produkcji przemysłowej, jest w dużej mierze uzależnione od pogody, a tegoroczna aura nie była zbyt korzystna dla hodowców ryb słodkowodnych. Zimna wiosna oraz chłodny i deszczowy wrzesień z całą pewnością nie sprzyjały dobremu wzrostowi karpi. Efekt jest taki, że ryb polskich będzie na pewno o co najmniej 10 proc. mniej niż w ubiegłym roku czy latach poprzednich.

Jak mniejsza ilość odłowionych ryb może wpłynąć na ceny świątecznych karpi?

– Już wiadomo, że zaproponowane przez rybaków 10-procentowe podwyżki cen zostały zaakceptowane przez hurtowników kupujących karpie. Póki co, nie wiemy jeszcze, jak zareagują na to konsumenci.

10-procentowe podwyżki wydają się niezbyt wygórowane…       

– Rzeczywiście nie jest to duża podwyżka, ale wszystko zależy od rynku, który zweryfikuje te decyzje. Zobaczymy, jak zareagują konsumenci, czy wychodząc z założenia, że raz w roku – zgodnie z naszą polską tradycją – mogą sobie pozwolić na zakup karpia, czy może znajdzie się jakiś odsetek klientów, którzy kupią tego karpia nieco mniej niż to bywało w ubiegłych latach. Póki co są to dywagacje, bo tak naprawdę nie wiemy, jak zareaguje rynek.

Mając tego świadomość, znajdą się pośrednicy czy handlowcy, którzy wykorzystają to przywiązanie do tradycji do zrobienia dobrego interesu?  

– Nie można tego wykluczyć. Taki – niestety – jest los producentów, w tym wypadków hodowców karpi, którzy do końca nie mają wpływu na rynek – zwłaszcza że nasz polski rynek jest już w ponad 50 proc. opanowany przez duże sieci handlowe, które mogą sobie pozwolić nawet na okresowe obniżki cen. Zresztą już teraz obserwujemy promocje, które burzą tradycyjny model handlu. Jeśli bowiem ktoś u hodowcy kupuje dzisiaj kilogram karpia za 11 złotych i sprzedając rybę konsumentom, chciałby zarobić 20 proc., a trzeba też brać pod uwagę, że przy rozwożeniu, transporcie itd. zawsze występują pewne straty, bo są to żywe ryby, i jeśli ktoś chce sprzedać taką rybę, dajmy na to, za 12 czy 13 złotych, to może się okazać, że promocja w hipermarkecie 9,99 złotego za kilogram karpia burzy ten cały logiczny model handlu. Ktoś chce uczciwie zarobić, ale klienci mu pokazują, że nie kupią karpia u niego, bo obok w markecie ryba jest tańsza.

Proszę powiedzieć, jakie jest dzisiaj zapotrzebowanie na karpia w Polsce, innymi słowy: ile karpia zjadają Polacy?

– Jest to ok. 20 tysięcy ton rocznie. Czasami sprzedawało się nawet 21 czy 22 tysiące ton. Na zapotrzebowanie i sprzedaż karpia wpływają też nastroje społeczne, zawartość portfeli Polaków, ale zależy to również od cen detalicznych tych skądinąd smacznych i zdrowych ryb. Ale tak jak wspomniałem wcześniej, nasza tegoroczna produkcja karpia nie będzie większa niż 18 tysięcy ton.

Jakie są dzisiaj najważniejsze karpiowe dylematy, dylematy hodowców czy producentów ryb słodkowodnych?

– Pierwszym problemem, jaki się w tym roku przetoczył przez rybacką Polskę, był brak pewności co do rekompensat wodno-środowiskowych, czyli wsparcia ze środków unijnych dla podtrzymywania przyrody stawowej, gdzie m.in. karpie są hodowane w wyjątkowo komfortowych warunkach. I o ile te warunki są możliwie najlepsze dla ryb, to na pewno nie są one komfortowe dla rybaka, bo dostęp do stawów hodowlanych ma cała przyroda, z której – przy okazji – korzysta także społeczeństwo, a kosztami tej działalności są objęci tylko hodowcy. W lutym resort Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wydał rozporządzenie, w którym określa sposób korzystania z funduszy unijnych przez hodowców karpi z dwóch źródeł. Z pierwszego portfela miałyby być finansowane inwestycje, a z drugiego pochodziłyby środki na podtrzymanie tradycyjnej, ekstensywnej i ekologicznej hodowli karpi z całym bagażem przyrodniczym i koniecznością utrzymania tego inwentarza oraz wykonywanie całego pakietu zobowiązań. Tymczasem min. Gróbarczyk obwieścił, że chce 92 miliony euro unijnego wsparcia dla hodowców karpi przeznaczyć na ochronę Bałtyku i wsparcie rybołówstwa bałtyckiego. Na to zgody być nie mogło, stąd negocjacje z ministerstwem, prośby o wsparcie parlamentarzystów i protesty, z których ostatni odbył się we wrześniu. Dzisiaj mamy zapewnienie ze strony resortu Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, że 55 proc. pierwotnie planowanej transzy zostanie przeznaczone na wsparcie rybaków. To nie wszystkich rybaków zadowala, ale w porównaniu do miesiąca lutego, gdzie tych rekompensat w ogóle miało nie być, jest to znaczący postęp.

Tak czy inaczej rybacy śródlądowi są stratni...?

– W porównaniu z budżetem, który był dla nich pierwotnie przeznaczony, to trudno o pełną satysfakcję. Ale wracając do pana pytania – drugą rzeczą czy problemem, który dał się nam i da się nam we znaki również w przyszłości, jest znowelizowana przez resort środowiska ustawa o prawie wodnym, gdzie wprowadzono opłaty za korzystanie z wody – również dla rybaków. I choć jak wszyscy – na dzisiaj – zgodnie twierdzą, że jest to kwota symboliczna, to jednak spędza to sen z powiek rybakom, bo dzisiaj minister środowiska zapewnia, że jest to symboliczna kwota – rzędu kilku złotych od jednego hektara, bo tak się oblicza powierzchnię stawów karpiowych, ale biorąc pod uwagę tę tabelę opłat, nie ma żadnej pewności, że następny minister nie uzna, że podatek jest tak mały, że trzeba go podwyższyć. Kolejna rzecz, wobec której rybacy są bezsilni, to jest ciągła walka o ograniczenie populacji tzw. szkodników rybackich, czyli zwierząt rybożernych, szczególnie mówimy tu o kormoranie czy wydrze. Tu są potrzebne rekompensaty, których jeszcze nie ma. Rekompensaty wodno-środowiskowe są, jak na razie, na etapie zapewnień, bo formalnych decyzji w rozumieniu ogłoszenia naboru wniosków nie ma. Innymi słowy, ten program wsparcia jeszcze nie wystartował, a rybożerne zwierzęta czynią ogromne szkody. Tylko będące pod ochroną kormorany żerują bezkarnie i w skali kraju zjadają rocznie ok. 10 tysięcy ton ryb. Dotyczy to zarówno stawów hodowlanych, rzek czy jezior i dotychczas nikt przeciw temu zjawisku nie przeciwdziałał.

Od kilku lat karpie z Polski goszczą na świątecznych stołach Watykanu. Czy w tym roku będzie podobnie?

– Właśnie trwają przygotowania. W tym roku będzie to już nasza piąta wyprawa do Rzymu i Watykanu, a więc będzie to mały jubileusz. Nie jest tak łatwo dostać się za Spiżową Bramę, ale na razie się to udaje. Jesteśmy umówieni z kilkoma dostojnikami Kurii Rzymskiej, że odwiedzimy Watykan i będziemy tam przed świętami Bożego Narodzenia promować nasze polskie ryby i tradycyjne potrawy. Mamy nadzieję, że symboliczny półmisek potraw z polskich ryb trafi również na stół Ojca Świętego Franciszka. Jesteśmy też wstępnie umówieni – jak w roku ubiegłym – na przekazanie darów polskich rybaków dla mieszkańców noclegowni „Dar Miłosierdzia”, którą się opiekuje papieski jałmużnik ks. abp Konrad Krajewski. Chcemy też poczęstować naszymi rybami dyplomatów przy Stolicy Apostolskiej. W organizacji takiego spotkania z personelem ambasad innych państw pomaga nam ambasador Unii Europejskiej przy Watykanie Jan Tombiński. Ciekawostką może być również to, że do Watykanu uda się ekipa kucharzy z Polski, którzy w tym roku będą przygotowywać potrawy z karpia według dawnych receptur. I tak nawiązując do klimatu obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, chcemy, żeby rybne menu, które w tym roku zostanie przygotowane w Rzymie, odnosiło się do receptur z okresu międzywojennego – zwłaszcza tego z lat 20. ubiegłego stulecia. Myślę, że będzie to pewien symboliczny gest, hołd oddany bohaterom polskiej wolności.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl