logo
logo

Zdjęcie: / -

O heglowskiej koncepcji małżeństwa i rodziny (2)

Sobota, 2 maja 2015 (02:22)

Nie można uratować świętości katolickiej nauki o małżeństwie wewnątrz wspólnoty i doktryny Kościoła, jeżeli sięgnie się po zasadniczo błędne ideologie.

Wstępne refleksje na temat heglowskiej ideologii uświadomiły zapewne wszystkim Czytelnikom, że w studiach Hegla należy dotrzeć do zasadniczo innych znaczeń każdego słowa jako pojęcia. Nie ma ani jednego słowa, które w myśli Hegla zachowało swoje pierwotne i nadane mu przez samego Boskiego Stwórcę znaczenie. O tym należy stale pamiętać, w przeciwnym razie nie dotrze się do interpretacji rzeczywistości, którą Hegel proponuje na gruncie niemieckiego protestantyzmu.

Wychodzi on w swoim idealizmie od tego, że jego „duch absolutny” jest zarazem bytem-„procesem”, co oznacza, iż człowiek jako mężczyzna bądź kobieta oraz wszystkie relacje międzyludzkie jak np. małżeństwo i rodzina uzewnętrzniają jedynie niektóre „części” tegoż heglowskiego „boga”. One nie są „stworzeniami Boga Stwórcy” „ad extra”, czyli jako samodzielne byty-substancje, podmioty odrębne od Bytu Boskiego Architekta i jako takie powołane do wiecznego istnienia w swojej doskonałej, bo uwielbionej postaci w wiecznym Królestwie Niebieskim, lecz istnieją wyłącznie jako „przypadłości” „substancji absolutnej”, będącej „sumą” albo „syntezą” tychże „przypadłości”.

U Hegla ani nie ma podziału rzeczywistości na wiecznie realny Byt Boga jako Kreatora ani na stworzony w czasie i przestrzeni wszechświata byt tego kosmosu jako stwórcze dzieło, mające w swoim Bogu wiecznie rozumnego, świadomego i pełnego miłości wolnego Pana wszechrzeczy, istniejącego w trzech Osobach Boskich: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Ten Bóg Objawiony jako Osobowy z Miłości i dla wiecznej Miłości swojej stworzył ludzi oraz zaprosił ich do błogosławionej i pełnej szczęścia wieczności, tzn. do wiecznej nieutracalności swojej substancjalności osób ludzkich i zarazem wiecznej nieredukowalności osób ludzkich do Osób Boskich, ani też tych ostatnich do świata, czyli do bytu skończonego i zarazem śmiertelnego w swoim ciele ziemskim.

Hegel odrzuca systemowo Boga Stworzyciela w interpretacji Urzędu Nauczycielskiego Kościoła Chrystusowego, a bazując jako z wykształcenia teolog protestancki na myśli Marcina Lutra, wybiera świadomie i ze wszystkimi konsekwencjami opcję niedoskonałego „boga”, którego naturę boską określa poprzez wszystkie byty świata jako jego „momenty” bądź „części” – łącznie z czasem i przestrzenią, co zmusza (także z własnego wyboru) Hegla do przyjęcia tezy o samostwarzającym się „duchu absolutnym”, czyli „bogu” jako „procesie” „w” i „poprzez świat”. Treścią „boga” heglowskiego jest zatem ten świat, nazywany przez niego także „synem bożym”, bez którego tenże „bóg” nie byłby „bogiem”, co jest absurdem, wyrażonym w jego „Wykładach o filozofii religii”, t. 1: „Bez świata bóg nie jest bogiem”.

Małżeństwo jako wewnętrzny „element” Boga

Już samo pytanie: „Czy małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety jest Boskiego ustanowienia?”, jest dla Hegla fałszywe, ponieważ wskazuje na istnienie Boga Stworzyciela jako przyczynę człowieka i ich wspólnoty małżeńskiej: Stara teza o tym, iż „Bóstwa” są „dawcami […] małżeństwa”, dotyczy tylko według Hegla przejścia rozwojowego ze „świadomości” „narodów”, które graniczy z poziomem „religii naturalnej”, a więc z prymitywizmem myślenia ludzkiego, nazywanego przez Hegla myśleniem „prymitywnego mężczyzny” równoznacznego ze zwierzęcym stadium rozwojowym. A przecież człowiek musi przejść do „królestwa duszy”, czyli do „sfery intelektualnej”. Co ma więc uczynić heglowski „intelekt” w tej kwestii? Ma on z jednej strony „unicestwić” wyobrażenia „rozsądku” o pochodzeniu człowieka i małżeństwa od Boga jako przyczyny, aby z drugiej strony móc ustanowić dialektyczne sprzężenie w samym „bogu”, będącym syntezą „przyczyny i skutku” względnie „początku i rezultatu”, co tworzy sprzeczną w sobie syntezę „boga i świata”, czyniącą samego „boga” „skutkiem”, czyli bytem uprzyczynowionym. To faktycznie w języku filozoficznym oznacza pozbawienie Boga Jego Boskości.

Według Hegla, nie tylko małżeństwo jest „momentem” ewolucji „boga”, lecz także „rodzina” przedstawia tylko „naturalną moralną istotę społeczną”, czyli jest jeszcze „pozbawionym świadomości […] pojęciem”, tzn. jest takim sposobem istnienia „boskości”, które nie jest doskonałe, bo bez pełnego używania rozumu. Heglowska „rodzina” jest zatem „elementem rzeczywistości”, którą tworzy wyłącznie sam „bóg”, a więc sama rodzina jest „częścią” „ducha absolutnego” Hegla, a nie jakimś doskonałym dziełem stworzenia przeznaczonym wstępnie do czasowego „egzaminu dojrzałości”, by po osiągnięciu pozytywnego wyniku dotrzeć ostatecznie do wiecznego bycia sobą w poszczególnych osobach małżonków jako rodziców i dzieci. Jak zatem Hegel definiuje małżeństwo i rodzinę?

Jednoczenie się „bóstwa” heglowskiego ze sobą samym

Hegel pisze: „Związek osób obydwóch płci, którym jest małżeństwo, nie jest istotnie tylko związkiem naturalnym, zwierzęcym ani tylko umową cywilną, lecz związkiem moralnym usposobienia (życiowego) we wzajemnej miłości i zaufaniu, który czyni je jedną osobą”. Wprawdzie mamy tutaj do czynienia z zastrzeżeniem, jakoby człowiek nie był zwierzęciem, lecz „kimś” więcej, ale co to bliżej znaczy, skoro byty osobowe małżonków redukowane są do „jednej osoby”? Hegel traktuje naszą ludzką osobę jako iluzję, ponieważ jednym jest tylko jego „duch absolutny”, a wszystko, co jest, stanowi tylko jakąś „część” tej dialektycznej i sprzecznej w sobie i ubóstwionej przez Hegla „jedności”.

Dlaczego Hegel zastrzega się, że związek małżeński mężczyzny i kobiety „nie jest istotnie tylko związkiem naturalnym”? Z jednej racji, a mianowicie postać „naturalna” jest zasadniczo przejściowa i jako taka jest to moment „wyobcowania” w heglowskim „bogu”, inaczej koniecznego „rozdarcia” samego „ducha absolutnego”, który z „ducha obiektywnego” staje się poprzez małżeństwo coraz bardziej „duchem subiektywnym”, czyli „duchem-podmiotem”, bo przecież pierwotnie nie jest on świadomym podmiotem. Stąd wynika konieczność obiektywizacji, tzn. naturalizacji, ale ta płaszczyzna jego rozwoju musi przejść w następną, czyli w uczynienie go samoświadomym podmiotem. Tutaj tkwi odmowa Hegla względem określenia małżeństwa jako „naturalnego”.

Skąd się bierze niechęć Hegla do pojęcia małżeństwa jako „tylko umowy cywilnej”? Też z tej samej racji naczelnej, że sami małżonkowie nie są suwerennymi podmiotami-osobami, czyli takimi, którzy w sposób świadomy i wolny przyjmują plan Boga Stwórcy i starają się go możliwie najdoskonalej realizować, co jest nauką katolicką. Z jedną różnicą – że sakrament małżeństwa jest jeszcze czymś wyższym i doskonalszym od samej ich umowy, ponieważ chodzi w nim po prostu o realne wejście Pana Boga we wspólnotę osób małżonków. Hegel, pozbawiając małżonków ich bytu osobowego, a zatem także nietykalnej podmiotowości jako warunku ontycznego do zawarcia umowy, względnie sakramentu małżeństwa, poddaje konsekwentnie krytyce taką praktykę, a nawet taką możliwość.

Mowa Hegla o „miłości i zaufaniu” jest sytuowaniem bytu małżonków w sferze „uczuciowości”, tj. „cielesności”, ponieważ nie ma on w swoim idealizmie absolutnym do dyspozycji osób małżonków, by pojąć ich wzajemną miłość jako akt ducha, a konkretniej wspólny akt ich obopólnej wolności, nabudowanej na wolnej woli każdego z małżonków. Tego nie chce mieć do dyspozycji Hegel, ponieważ według niego tylko „duch absolutny” jest wolny, ale na sposób absolutnej „konieczności” i całkowitej zależności od wolności skończonej, czyli ludzkiej, co de facto oznacza zniewolenie tegoż heglowskiego „boga”. Cóż to jest za „bóstwo”, jeśli jego wolność jest istotowo określona wolnością ludzi, co więcej, i którą to wolność, jak Hegel tłumaczy ten problem w jego „Fenomenologii ducha”, musi „zabić”, a następnie wykraść człowiekowi w jego „walce na śmierć i życie” jako „pana z niewolnikiem”, tzn. z człowiekiem.

Proces czynienia z małżonków „jednej osoby” jest stopniowym etapem przejmowania podmiotowości współmałżonków przez samego „ducha absolutnego”, do którego oni obydwoje należą jako, według Hegla, jego „momenty”, względnie „części”. Jeżeli nie uczynią tego sami, to zostaną do tego przymuszeni, co realnie oznacza dla nich „uśmiercenie”, ale ta „śmierć” ich nie jest, jak obiecuje Hegel, „unicestwieniem”, lecz „wywyższeniem”, bo w stanie natury istnieją w prymitywnej postaci, natomiast po śmierci zostają „wyniesieni” w samego „boga” heglowskiego, więc nie powinni mieć czegokolwiek przeciwko temu koniecznemu procesowi, skoro śmierć zapewnia wyższą formę istnienia, już nie w stanie wyobcowania z „całości” „ducha absolutnego” jako ten oto mężczyzna czy ta oto kobieta, lecz jako „część” ponownie wcielona w byt-„całość” „boga” Hegla. Śmierć nie jest skutkiem grzechu, lecz zasadą wyższego rozwoju „ducha absolutnego”. Innymi słowy: bez śmierci małżonków jako osób „bóg” heglowski nie stałby się prawdziwym „bogiem”.

Teologiczne pojęcie „stopniowalności”

Przy takiej panteistycznej koncepcji „boga” heglowskiego nie ma realnej różnicy pomiędzy „bogiem” a „światem”, czyli także pomiędzy „bogiem” a „małżonkami” i ich „związkiem” czy też innymi związkami ludzkimi w myśli Hegla. Wszystko już jest „duchem absolutnym”, ale różni się jedynie stopniami: przyporządkowania do „całości”, etapów „rozwoju” czy „świadomości”. Skoro pomiędzy „bogiem” a „diabłem” jest tylko różnica stopnia istnienia, co więcej, Hegel przypisuje diabłu w „Fenomenologii ducha” status „pierwszego syna boga”, a Jezusa jako Syna Bożego redukuje do „drugiego syna boga”, to podobnie rozwiązana jest kwestia różnicy stopniowej pomiędzy „łaską” a „grzechem”, „prawdą” a „kłamstwem”, „dobrem” a „złem”.

Stąd pojawiła się zaskakująca, niebezpieczna dla nauki katolickiej w ogóle, nie tylko w odniesieniu do nauki katolickiej o małżeństwie i rodzinie, forma argumentacji u niektórych teologów „katolickich” na synodzie o różnicy „stopnia” pomiędzy sakramentalnym związkiem małżeńskim a związkiem rozwiedzionych, pomiędzy stanem moralnym małżonków w stanie łaski uświęcającej a stanem moralnym rozwiedzionych i tworzących drugi związek i będących, obiektywnie patrząc, w stanie grzechu śmiertelnego. W takim układzie rzeczy, czyli na gruncie Hegla, także związek ludzi jednej płci różni się tylko stopniem przyporządkowania do „całości” „absolutu”, ale zasadniczo nie różni się od jakości „ducha absolutnego”, bo ostatecznie także takie osoby są „częściami” heglowskiego „boga”.

Nie można uratować świętości katolickiej nauki o małżeństwie wewnątrz wspólnoty i doktryny Kościoła św. jako Mistycznego Ciała Chrystusowego, a zatem także świętości małżonków, jeżeli sięgnie się po zasadniczo błędne ideologie jako rzekome „podstawy” do współczesnego rozwiązania problematyki małżeńsko-rodzinnej.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

Aktualizacja 4 maja 2015 (08:27)

Nasz Dziennik