logo
logo

Zdjęcie: Raffaello/ -

Niemiecki Darwin (4)

Sobota, 19 września 2015 (03:12)

Od odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, zależy rozumienie jego podstawowych relacji względem drugiego człowieka w małżeństwie, rodzinie i każdej społeczności. Kim, a może dokładniej, czym jest człowiek według ewolucjonisty Haeckla?

„Człowiek” – „najwyższym i najszlachetniejszym produktem” „przyrody”

„Człowiek jest przecież tylko wyżej rozwiniętym zwierzęciem kręgowym i wszystkie strony życia ludzkiego znajdują swoje paralele albo prawidłowiej ich niższe stadia rozwoju ukształtowane wcześniej w królestwie zwierząt”, które ostatecznie dalej „sprowadzają się do chemicznych i fizykalnych procesów, a więc do przyczyn mechanicznych” jako „prawdziwej przyczynowości” życia ludzkiego. Haeckel odrzuca świadomie „wszelkie mistyczne i nadprzyrodzone moce” chrześcijańskiego „Boga Osobowego jako Stwórcy świata” i klasyfikuje prawdę o stworzeniu świata przez Boga jako „ślepą wiarę w dogmat nadprzyrodzonego stworzenia”, którego negatywnym skutkiem jest m.in. „fałszywy dogmat o stałości i niezależnym stworzeniu pojedynczych rodzajów”.

Teza Haeckla z 1866 roku jest prosta i chodzi w niej o „powstanie rodzaju ludzkiego […] z królestwa zwierząt” i dlatego człowiek, według niego, nie jest żadnym homo sapiens Boskiego pochodzenia, lecz „małpą-człowiekiem” i jako taki musi on „podczas swego indywidualnego rozwoju” w stanie embrionalnym „przechodzić” „filogenetyczną” historię jego „roślinnych” i „zwierzęcych przodków”, którzy też „przez wiele milionów lat przechodzili ich […] transformację” od materii nieożywionej do ożywionej. Tak oto doszło, według Haeckla, do „zniszczenia” „chrześcijańskiego obrazu człowieka” przez „modernistyczną biologię”.

Człowiek – „zwierzęciem”, a nie „osobą”

Wprawdzie Haeckel używa językowo pojęcia „osoba” w opisie człowieka, ale za tym pojęciem nie kryje się adekwatne znaczenie, sens czy treść, które są typowe dla metafizycznego i chrześcijańskiego rozumienia człowieka jako osoby.

Otóż, według Haeckla, „egzystencja każdej pojedynczej osoby ludzkiej, podobnie jak tamta każdego innego, płciowo spłodzonego zwierzęcia kręgowego, rozpoczyna się w momencie zapłodnienia, w tym momencie, w którym komórka jajowa matki łączy się z komórką spermy ojca. Obydwie komórki płciowe, przyciągające się wzajemnie przez chemiczną działalność zmysłów (’erotyczny chemotropizm’), stapiają się potem do tworzenia nowej okrągłej komórki (cytula)”, z której poprzez rekapitulację całej filogenezy dochodzi w łonie matki do „antropogenezy” jako powtórzenia pierwotnego „pochodzenia człowieka od małpy”, co ma rzekomo artykułować „fundamentalna zasada biogenetyczna” Haeckla, oparta na „niekwestionowalnych, pewnych faktach”.

Już samo chemiczno-biologiczne określenie aktu zapłodnienia uzewnętrznia jego materialistyczną koncepcję człowieka jako zwierzęcia. Zresztą ten ewolucjonista podkreśla nieustannie, iż jakiekolwiek wyższe „dążenie do celu”, względnie jakaś transcendentna „finalność”, charakterystyczna dla osób np. ludzkich, nie wchodzi tutaj w rachubę. A przecież dowód z celowości w klasycznej filozofii jest zarówno dowodem na istnienie Boga, jak i na istnienie osób ludzkich. Warto jeszcze podkreślić, że Haeckel powołuje się wprawdzie na „embriologiczne pokrewieństwo” człowieka i zwierzęcia, ale sam jako uczony nigdy nie widział embrionu ludzkiego, ponieważ badał tylko embriony psów, ale wnioski wypowiadał o rozwoju embrionalnym człowieka, co już w oczach jego współczesnych przekreśliło rzetelność jego „naukowości”.

Ewolucjonistyczny „człowiek” bez „duszy” i „ducha”

Haeckel nie ukrywa, że pytanie o „duszę człowieka” należy do „najbardziej kontrowersyjnych problemów nauki”, ale on sam rozstrzyga tę kwestię negatywnie, tzn. odmawia radykalnie człowiekowi istnienia „duszy” i „ducha” jako „niezależnej od ciała ’istoty’”. Haeckel zachowuje samo pojęcie „duszy” ludzkiej, ale definiuje ją jako „sumę czynności mózgu”, czyli jako „funkcję” mózgu. W takim układzie rzeczy „dusza” Haeckla jest po prostu częścią ludzkiego ciała, podobnie jak ma to miejsce u innych „ssaków”. Dla niego nie istnieje żaden rozum jako władza poznawcza odrębna od mózgu, ani nie istnieje „żadna ’wolna wola’”, a tym samym nie istnieje „żadna osobowa nieśmiertelność duszy”.

Skoro „mózg” przyjęty jest przez Haeckla a apriori jako „rzeczywisty organ życia duchowego” człowieka w sensie ewolucjonistycznym, to faktycznie wraz ze „zniszczeniem” „mózgu” następuje zniszczenie wszystkich „czynności duchowych”, czyli śmierć człowieka, chociaż pewne czynności wegetatywno-sensytywne mogą jeszcze pomimo tego funkcjonować. Wydaje się, że dzisiejsi zwolennicy poglądu śmierci mózgu ludzkiego jako właściwej śmierci człowieka opierają się na tym postulacie Ernsta Haeckla.

Zmysłowość jako najdoskonalsze źródło poznania ludzkiego

To ewolucjonistyczne pojęcie „duchowości” będzie jeszcze bardziej zrozumiałe w świetle rozumienia sfery poznawczej w człowieku. Według Haeckla, „człowiek nie okazuje się w związku z ukształtowaniem jego zmysłów w żadnym wypadku” niczym innym „jak najdoskonalszym i najwyżej rozwiniętym zwierzęciem kręgowym”.

Skoro osoba ludzka jest przez niego zredukowana do zwierzęcia, to najdoskonalszą sferą poznania ewolucjonistycznie pojętego człowieka jest „działalność zmysłowa” „wszelkiego poznania prawdy” oraz „organy myślenia”, ale pojęte przez Haeckla jako wyłącznie „system nerwowy” człowieka. W tym sensualistycznym „duchu” stwierdza on: „W pełni prawdy powiada Albrecht Rau: ’Wszelka nauka jest ostatecznie poznaniem zmysłowym’”, ponieważ „duch” czy „dusza” jest zawsze pojęta jako „duch” i „dusza” przyrody, czyli jako zmysłowość i wegetatywność świata przyrody. Tak pojęta „duchowość” ludzka jest tylko „częścią” otaczającego ją świata zwierząt i roślin oraz materii nieożywionej, których człowiek nie jest w stanie transcendować poznawczo: „Nasza dusza ludzka jest tylko niesamowicie drobną cząstką tej wszystkoogarniającej ’duszy świata’, podobnie jak nasze ludzkie ciało tworzy tylko indywidualną cząstkę większego zorganizowanego świata cielesnego”. „Dusza”, „rozum”, „świadomość” są „wyłącznie funkcjami mózgu”, a same w sobie są „masą nerwów”, czyli „częściami” zmysłowości przyrody. Jak zatem należy traktować chorych ludzi?

Ewolucjonistyczna „zasada selekcji” i konieczność eugeniki

Przypomnijmy, że „zasada selekcji” Darwina jest zasadą uśmiercania gatunku niższego, aby poprzez śmierć jako śmierć wyprowadzić doskonalszy i „wyższy” gatunek. Haeckel, czcząc Darwina m.in. za postulat „zasady selekcji”, krytykuje zasadniczo chorych i niepełnosprawnych – w szczególności „chorych rodziców”, którzy „przekazują” „następnym generacjom” „nieuleczalne zło […] dziedziczne” w postaci obciążonych ich własnymi chorobami dzieci. W swoim piśmie „Die Lebenswunder” stwierdza: „[…] także zabicie nowonarodzonych niepełnosprawnych dzieci, jak praktykowali je np. Spartanie w celu selekcji najzdolniejszych, nie może z racji rozumowych podpadać pod pojęcie ’morderstwa’, jak dzieje się to w naszych współczesnych księgach prawa. O wiele bardziej musimy je (dzieciobójstwo) uznać za celową i pożyteczną regułę zarówno dla uczestniczących (czyli samych chorych dzieci), jak i dla społeczeństwa”.

Haeckel opowiada się też przeciwko, z pozycji jego ewolucjonistycznego utylitaryzmu, względnie darwinizmu społecznego, „setkom tysięcy nieuleczalnie chorych, dosłownie chorych umysłowo, trędowatych, chorych na raka itd.”, którzy, według niego, „są sztucznie podtrzymywani przy życiu i których męki są starannie przedłużane, bez jakiegokolwiek pożytku dla nich samych albo dla całości” (Die Lebenswunder, 1904) ich społeczności. Te tezy Ernsta Haeckla stały się podstawą dla ideologii rasy i praktyk eugenicznych w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej zarówno w odniesieniu do innych narodów, jak i własnego niemieckiego, co zaświadczają tacy historycy jak np.: William H. Tucker, Rolf Winau, Helmut Zander, ale już za życia Haeckla pisał o tym – za zgodą Haeckla – w artykule „Ernst Haeckel i eugenika” jego uczeń Wilhelm Schallmayer.

Eutanazja jako inny skutek śmiercionośnej ewolucji

W przeciwieństwie do „niepełnosprawnych”, których powinno się uśmiercać bez ich zgody, innym ciężko chorym powinno się, według Haeckla, stworzyć możliwość dobrowolnego odejścia od życia, czyli eutanazję. W swoim piśmie „Ewigkeit” („Wieczność”) postuluje on jako jeden z pierwszych Niemców, aby „nieuleczalnie chorzy psychicznie, cierpiący na raka albo trąd, którzy sami życzą sobie ich zbawienia”, mogli zażyć „małą porcję morfiny albo cyjanku potasu”, co „uwolniłoby nie tylko te same godne pożałowania stworzenia, lecz także ich najbliższych od wieloletniego ciężaru bezwartościowej i pełnej męki egzystencji”.

Pamiętamy, że w praktykach zagłady milionów osób z różnych narodów Trzecia Rzesza Niemiecka zastosowała te metody w swoich niemieckich obozach śmierci. Jakaż szkoda, że wiele niemieckich i żydowskich mediów na globie już o tej prawdzie historycznej nie pamięta, przerzucając w swojej zaprogramowanej ignorancji oraz w zwalczaniu w większości jeszcze katolickiej Rzeczypospolitej winę na Polskę i jej „obozy zagłady”, z których żaden nie należał do Polski. Nawet taki ewidentny fakt jak istnienie obozu w Oświęcimiu oraz w Oświęcimiu-Brzezince na terenie wcielonym do Trzeciej Rzeszy Niemieckiej uchodzi uwadze niektórym przedstawicielom wspomnianych narodów: Niemców i Żydów. Wprawdzie nie zaskakuje amnezja niektórych Niemców, ale z pewnością u niektórych Żydów, którzy właśnie w okupowanej przez nazistowskie Niemcy Polsce znaleźli najwięcej „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, i to pomimo że wyłącznie na terenach naszej Ojczyzny czekała ich najwyższa kara śmierci za ratowanie Żydów.

Ideologia totalnej śmierci człowieka

„Nieśmiertelność”, „osobowość” duszy jest „całkowicie nie do utrzymania”, bo to nie jest według tego ewolucjonisty żaden „dogmat o wrodzonej i wszystkim rozumnym ludziom przypadającej” duszy. Haeckel argumentuje dalej: „Nasza monistyczna antropologia przekonała nas pewnie”, że „egzystencja osobista każdego człowieka – z ciałem i duszą – równie pewnie kończy się wraz ze śmiercią”, jak ona „zapoczątkowała” swoje istnienie wraz z „powstaniem pierwotnej komórki”, z której powstały wszystkie istoty żywe.

Ks. prof. Tadeusz Guz

Nasz Dziennik