logo
logo

Bóg Ojciec, Fra Bartolomeo, 1509 r., Muzeum Palazzo Mansi, Lukka Zdjęcie: / -

Sumienie w nauczaniu św. Jana Pawła II (17)

Sobota, 5 marca 2016 (03:21)

Istotną, jeśli niekiedy nie najważniejszą rolę w różnych współczesnych nurtach rozumienia nie tylko ustroju demokracji, lecz, co więcej, całej rzeczywistości oraz kultury wraz z nauką, prawem, sztuką, gospodarką czy polityką odgrywa kategoria „większości” lub „mniejszości” jako przecież „ilości”. Nie zrozumiemy sposobu myślenia wielu współczesnych ludzi, jeżeli najpierw nie zrozumiemy pojmowania przez nich „ilości”. Czym jest w gruncie rzeczy to pojęcie i co ono właściwie oznacza? Skąd wypływa takie dominujące znaczenie ilości jako ilości? Najpierw jednak warto przypomnieć sobie naukę o „kategorii ilości” w filozofii Arystotelesa, który po raz pierwszy w historii usystematyzował naukę o kategoriach. Dlaczego według niego istnieje realnie „ilość”?

Istnienie Boga i różnorodnego kosmosu – podstawą istnienia kategorii „ilości”

Według Stagiryty, „ilość” istnieje realnie tylko dlatego, że istnieje konkretna rzeczywistość, np. „mowa” człowieka, ale także „linia, powierzchnia, ciało, a ponadto czas i miejsce”, które składają się z wielu części, a ich przeliczenie daje właśnie „ilość”. Nie ma zatem dla Arystotelesa „ilości” jako substancji, czyli czegoś, co istnieje wyłącznie w sobie, lecz „ilość” pojawia się w każdej rzeczywistości ze względu na jej złożenie z różnych elementów, jak np. mowa ludzka składa się z wielu słów, sylab itd., natomiast linia z wielu punktów, a czas ze swoich odcinków. Różnorodność i złożoność świata prowadzi zatem tego filozofa do poznania kategorii „ilości”, która zawsze pozostaje po prostu „ilością” i jako taka jest wprawdzie czymś przypadłościowym, tzn. drugorzędnym, ale jednocześnie ważnym ze względu na realne istnienie tejże wielości, którą systematycznie badają m.in. nauki filozoficzne i matematyczne. Gdzie jest ostateczna racja dla tej kategorii?

„Jeden Bóg” –„jedyną Przyczyną” dla kosmicznej „ilości” bytów

Już w myśli metafizyki greckiej pojawia się niezwykle cenna dla naszej debaty intuicja poznawcza dla prawdy o tym, że wielość w kosmosie, względnie „porządek i harmonia wszelkich rzeczy” uwarunkowana jest istnieniem „jednego” „Boga”, tzn. „że wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga i przez Boga zostało ustanowione, że natomiast nie istnieje nic, co z siebie czerpałoby suwerenność, co byłoby pozbawione tego trwania, które od Boga pochodzi” jako „jedynej Przyczyny” dla „zgodnej harmonii bytów”, które słusznie nazywają się „wszechświatem”, czyli „porządkiem (kosmosem), nie zaś bezładem (akosmosem)”. Tenże „Bóg” Arystotelesa jako „Pan i Rodzic wszechrzeczy” jest w „swej potędze najpotężniejszy, w cnocie – najdoskonalszy, w piękności najbardziej wzniosły, w życiu – nieśmiertelny” i zamieszkuje w „niebie”. A ostatecznie On jako „Bóg jest dla nas prawem najdoskonalszym, które nie ulega jakimkolwiek zmianom czy doskonaleniu”, ponieważ tenże Pan Bóg wiecznie „jest jeden”. Jakżeż ta myśl filozoficzna koresponduje z myślą chrześcijańską o jednym Boskim Stwórcy i zarazem jednym Boskim Zbawicielu upadłego kosmosu, który sam, będąc absolutnie Jednym w Naturze Boskiej, istnieje jako Trójosobowy i dlatego stanowi obiektywnie tak idealnie jedną wieczną i absolutnie doskonałą Prarację bez żadnej zmiany i żadnego procesu w Nim jako Absolucie dla jedności i zarazem różnorodności całego świata.

Kłamstwo Hegla: Na początku była „ilość” jako „duch absolutny”

Poprzez utożsamienie „Boga” Objawionego w Jezusie Chrystusie ze „światem” Hegel odrzuca zarówno naukę biblijną o absolutnej doskonałości Jednego Boga, jak też i naukę o tym, że On jest Stwórcą kosmosu, a tym samym „ilości”, charakterystycznej dla opisu złożoności wszechświata z wielości. W miejsce Boskiego Stwórcy i Zbawcy w interpretacji katolickiej Hegel forsuje „dialektykę” zakłamania prawdy o Bogu jako „duchu absolutnym”, polegającego na tym, że jest on według Hegla tylko sumą części, czyli, że jest on co do swojej rzekomo boskiej natury wielością, pierwotnie nawet przez tegoż „ducha absolutnego” nieuświadomioną. Dopiero poprzez „stwarzanie” jako wewnętrzny proces, tzn. „uzewnętrznianie” swoich „części”, bóg Hegla „staje się” „samoświadomym” absolutem. A zatem „ilość” jest nie tylko, jak pisze Hegel, „prawdą jakości”, względnie „wartości”, lecz co więcej – „ilość” w sensie wielości, a dokładniej całość wszechświata konstytuuje według tego niemieckiego idealisty samą naturę tegoż „absolutnego ducha”, czyli rzekomą prawdę o istocie Boga chrześcijańskiego. A zatem „ilość” wszystkich rzeczy tego świata zajmuje ostatecznie miejsce Substancji Boga Objawionego, czyli wchodzi w miejsce Boga jako Boga. Na przykład dopiero dzięki rozumowi wszystkich ludzi rozum boga Hegla staje się „samoświadomym”, czyli boskim! Najważniejszą „częścią” tegoż absolutu jest „diabeł” jako według Hegla „pierwszy syn boga” i tylko dzięki niemu następuje w procesie boga w czasie i przestrzeni świata najwyższy „rozwój”. Stąd nieprzypadkowo Hegel pisze o „ewolucji boga” w „jego przejściu poprzez świat” jako wielość części. Hegel zamienił zatem „ilość” na samego Boga i Pana wszechrzeczy i tym samym zanegował Stwórcę i Odkupiciela, określając Jego Wieczny i Święty Byt „sumą przypadłości”. Tak dochodzi do zasadniczego zakłamania pytania o początek wielopostaciowego świata, który ma stanowić niedoskonały i zniewolony bóg Heglowski.

Kłamstwo Marksa i Engelsa jako następstwo kłamstwa Hegla: Na początku była „ilość” jako „materia” absolutna

Prawdę mówi Marks, gdy stwierdza, że cały jego wysiłek ideologiczny dotyczy postawienia dialektyki Hegla „na nogi”, czyli odwrócenia jej z dialektyki idealistycznej na dialektykę materialistyczną, czyli z rozumienia Boga chrześcijańskiego jako „ducha absolutnego” u Hegla na utożsamienie Boga Objawionego z „materią”, względnie z „przyrodą” jako dialektyczną jednością wszystkich części świata. Co do formalnej strony, to nic się tutaj nie zmienia. U Marksa i Engelsa „materia”, a nie jak u Hegla jakiś „duch”, jest też sumą części, która dla uzyskania przez nią „świadomości” musi się „wyobcowywać”, czyli „uzewnętrzniać” swoje części w postaci „świata”, aby następnie poprzez ich „negację”, czyli w przypadku człowieka poprzez „uśmiercenie”, „pojednać się” ze sobą samą. Zupełnie tak samo, jak czynił to „duch” Heglowski. „Państwo demokratyczne” jest według Marksa najdoskonalszą postacią materii i zastępuje „Chrystusa jako Pośrednika”, ponieważ to „państwo” jako także – ze zrozumiałych racji – „ateistyczne” zapewnia „materii” najdoskonalszy rozwój. Prawdę o Bogu Stwórcy należy odrzucić, jak też i prawdę o Bogu Zbawicielu, ponieważ skoro „materia” otrzymuje atrybuty boskości, to ona sama stwarza siebie i doprowadza siebie z „wyobcowania” do samozbawienia jako dialektyczna jedność wielości, co dokonuje się w „państwie komunistycznym” jako dialektycznej „jedności” materii z jej „wielością”. Dlatego też koniecznym w tym procesie zakłamywania pojęcia „demokracji” w materialistycznym totalitaryzmie jest uśmiercenie jednostkowości człowieka i jego narodów, ponieważ prawda o nich jest taka, że są oni tylko „częściami gatunku”, a ten ostatni jest częścią całości materii, której początkiem jest właśnie „ilość”.

Heglowskie, względnie Marksowskie zakłamanie, tzn. totalitarne pojmowanie „większości” i „mniejszości”

Niestety, ale wielu współczesnych intelektualistów, a także rzesze polityków cierpią na to faktyczne „ukąszenie Heglowskie” dialektyką, która zasadniczo determinuje myślenie wszystkich środowisk lewicowych, postmodernistycznych, genderowych, kapitalistycznych i liberalistycznych, o czym nadmienia św. Jan Paweł II w swoim nauczaniu o sumieniu, iż „po upadku w wielu krajach ideologii, które wiązały politykę z totalitarną wizją świata – przede wszystkim marksizmu – pojawia się dzisiaj nie mniej poważna groźba zanegowania podstawowych praw osoby ludzkiej i ponownego wchłonięcia przez politykę nawet potrzeb religijnych, zakorzenionych w sercu każdej ludzkiej istoty: jest to ”’groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym’, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy. Jeśli bowiem ’nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm’„, który najbardziej uzewnętrznia się w niszczeniu człowieka jako indywidualnej i zarazem społecznej osoby. W ten proces niszczenia Polaków i Polski oraz Europejczyków i Europy wpisują się wszyscy organizujący się wokół KOD-u i innych środowisk skrajnie zakłamujących rzeczywistość na gruncie ideologii Hegla i Marksa. Propozycja ideologiczna ”ulicy„ w Polsce i ”większość„ lub ”mniejszość„ w strukturach UE są pułapkami tego zakłamanego ducha, którego naturą jest ”dekonstruować„ rzeczywistość, zamiast ją reformować w rozumny i bogaty łaską Bożą sposób do najdoskonalszych kształtów na miarę Boga w Trójcy Świętej Jedynego i na miarę nietykalnej godności człowieka.

Kłamstwo ”demokracji„ Heglowsko-Marksowskiej – systemowym zamachem na istoty ludzkie i wszystkie narody

Papież z Polski, bogaty w negatywne doświadczenia z dialektyką niemieckiego idealizmu i materializmu w czasie II wojny światowej i panowania socjalizmu rasistowskiego w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej i w sowieckim socrealistycznym PRL-u, nie ma wątpliwości: ”Tak więc nowoczesny totalitaryzm wyrasta z negacji transcendentnej godności osoby ludzkiej, będącej widzialnym obrazem Boga niewidzialnego i właśnie dlatego z samej swej natury podmiotem praw, których nikt nie może naruszać: ani jednostka czy grupa, ani też klasa, naród lub państwo. Nie może tego czynić nawet większość danego społeczeństwa, zwracając się przeciw mniejszości, spychając ją na margines, uciskając, wyzyskując czy usiłując unicestwić„, z czym zmaga się dzisiaj niestety Polska w jej dążeniu do pełniejszego upodmiotowienia w ramach struktur UE. Ojciec Święty Jan Paweł II dostrzega wciąż niebezpieczeństwo kryzysu sumienia i kryzysu prawa w aplikowaniu tak istotnie fałszywej koncepcji demokracji jako antyboskiego i antyludzkiego systemu: ”We współczesnej kulturze demokratycznej szeroko rozpowszechnił się pogląd, wedle którego porządek prawny społeczeństwa powinien ograniczać się do utrwalania i przyswajania sobie przekonań większości i w konsekwencji winien być zbudowany wyłącznie na tym, co większość obywateli stosuje i uznaje za moralne. Jeśli następnie uważa się wręcz, iż prawda wspólna i obiektywna jest w rzeczywistości niedostępna, to szacunek dla wolności obywateli – którzy w systemie demokratycznym uchodzą za prawdziwych suwerenów – nakazywałby w zakresie prawnym uznanie autonomii sumienia jednostki, to znaczy, że ustanawiając te normy, które w każdym przypadku są niezbędne dla współżycia społecznego, należałoby kierować się wyłącznie wolą większości, jakakolwiek by ona była„, co przecież zrodziło olbrzymie dramaty wielu milionów istnień ludzkich w XX wieku. Totalitarnie nie może działać także żadna ideologiczna mniejszość w stosunku do większości, czego rozliczne próby mamy obecnie w ramach niektórych praktyk polityczno-administracyjnych Unii Europejskiej w postawie np. ugrupowań homoseksualnych.

Nie ”większość„ i ”mniejszość„ jako ”ilość„, lecz Pan Bóg i dobre ”jakości„ chrześcijańskie – fundamentem ludzkiego sumienia i prawdziwościowego rozumienia ”ilości„

Pismo Święte Starego Testamentu jednoznacznie przestrzega człowieka przed ”większością„ i ”mniejszością„ opowiadającymi się za jakością ”zła„, ponieważ w żadnym przypadku osoba ludzka nie powinna się kierować w swoich postawach i decyzjach moralnych kategorią ilości, lecz jakością dobra jako dobra oraz innymi ideałami chrześcijańskimi. W Księdze Wyjścia czytamy: ”Nie kieruj się zdaniem większości, gdy opowiada się ona za złem, i nie naginaj zeznań do opinii większości, aby doprowadzić do niesłusznego wyroku„, co swoje apogeum osiągnęło na procesie Jezusa i w niesprawiedliwym wyroku przeciwko Niemu zarówno w świetle ówczesnego prawa żydowskiego, jak i rzymskiego. Kajfasz i Piłat są symbolami zdrady prawa jako prawa. Słowo Boże mówi także: ”Nie będziesz stronniczy nawet na korzyść ubogiego, gdy wniesie skargę„, co oznaczałoby błąd lub zło sumienia, ulegającemu niesprawiedliwej mniejszości – dzisiaj artykułującej się jako LGBT. W przeciwieństwie do tego sumienie kierujące się nauką Bożą, tzn. prawdą, sprawiedliwością i wszelkim Dobrem Boga samego jest pewne, dobrze uformowane i nie pozwoli nikomu sobą manipulować. Ono stoi na straży prawdy o Bogu jako Kreatorze człowieka i każdej ”ilości„ jako pochodzącej od Boga i tylko w Bogu Objawienia chrześcijańskiego urzeczywistniającej się w doskonały sposób.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

Nasz Dziennik