logo
logo

Mimo kolejnych aktów terroru Angela Merkel nie odstępuje od polityki „otwartych drzwi” dla imigrantów Zdjęcie: / Reuters

Gra w zaparte

Poniedziałek, 2 stycznia 2017 (18:24)

Zmianę niemieckiej polityki imigracyjnej mogą przynieść dopiero październikowe wybory do Bundestagu.

Ostatni atak terrorystyczny w Berlinie na jarmarku świątecznym w samym centrum miasta, w którym zginął obywatel Polski, nie był dla Niemców zaskoczeniem. Seria zamachów, jaka rozegrała się w różnych landach niemieckich na przestrzeni 2016 roku, niejako przygotowała niemieckich obywateli do tego, iż może dojść do masowej tragedii, podobnie jak miało to miejsce we Francji. Od miesięcy wyczuwało się napięcie, które jeszcze bardziej wzrosło po mordzie dokonanym w październiku ub.r. na niemieckiej studentce medycyny i córce unijnego urzędnika z Fryburga przez 17-letniego imigranta, który przybył wraz z falą uchodźców w 2015 roku. Tak jak wtedy, tak i tym razem scenariusz wystąpień politycznych i doniesień medialnych jest ten sam. Główny przekaz polega na zapewnianiu społeczeństwa o podjęciu kolejnych środków bezpieczeństwa oraz wezwaniu niemieckich obywateli do zaprzestania zbiorowego posądzania uchodźców i imigrantów o czyny karalne. Przy czym według polityków i mediów głównego nurtu owo posądzanie dotyczy już samego przekazu faktów, czyli nazwania rzeczy po imieniu: to młodociany Afgańczyk zgwałcił i zamordował z zimną krwią niemiecką studentkę oraz to 24-letni Tunezyjczyk, który przybył do Europy w 2011 roku na fali arabskiej wiosny, zastrzelił polskiego kierowcę i wjechał ciężarówką w tłum zebrany na berlińskim jarmarku.

Przeprosin nie było

Niezwłocznie po tragedii na Breitscheidplatz w Berlinie niemiecka telewizja państwowa podała, że „zdarzył się wypadek. Polski kierowca ciężarówki wjechał w tłum”. Przez następne godziny telewizja podawała do wiadomości, jakoby polski kierowca był wspólnikiem zamachowca, określając go „drugim kierowcą” ciężarówki, która staranowała kilkadziesiąt osób. Dopiero po doniesieniach ze strony polskiej od przełożonego zabitego Polaka i jego żony, które to lotem błyskawicy pojawiły się we wszystkich prywatnych mediach, telewizja zaczęła donosić o nieznanym sprawcy zamachu, który działał w amoku (!), przez długi czas nie podając jego tożsamości. Kiedy zwykli obywatele Niemiec zaczęli upamiętniać na Facebooku dzielnego polskiego kierowcę, który oddał życie, próbując zminimalizować liczbę ofiar zamachu, Angela Merkel wygłosiła przemówienie, w którym nawet nie wspomniała o Polaku ani nie przeprosiła jego rodziny za nieprawdziwe i szkalujące jego dobre imię i pamięć informacje, jakie pojawiły się w mediach w pierwszych kilkunastu godzinach po ataku. Jej przemówienie, tak samo jak wszystkie wcześniejsze, skupiało się na tym, aby nie dać się zastraszyć i „nadal żyć tak, jak chcemy: wolni, razem z innymi, otwarci”. Było to jasne odniesienie do tego, aby w tym, co się stało, nie widzieć winy w jej polityce otwartych granic i niekontrolowanym napływie uchodźców.

Linię tę potwierdził jeszcze prezydent Niemiec Joachim Gauck w świątecznym przemówieniu, w którym wyraźnie zaznaczył: „Zwłaszcza w czasach terrorystycznych ataków nie powinniśmy pogłębiać rozłamów w naszym społeczeństwie ani z góry nie kierować podejrzeń na całe grupy czy z góry ogłaszać polityków jako winnych”. Jest to jednoznaczne odniesienie do polityki kanclerz Merkel, która według niemieckich elit nie ma nic wspólnego z zamachami i społecznym niepokojem, na jaki zostali narażeni obywatele. Strategia ta ma na celu doprowadzenie do wygranej CDU w tegorocznych wyborach i przedłużenie mandatu Merkel na stanowisku kanclerza. Dlatego jedyną odpowiedzią na kolejne ataki ze strony imigrantów są wezwania do obywateli, by zaniechać prawicowej nagonki na uchodźców, tak jakby to właśnie ci, którzy podają fakty, winni byli niestabilnej sytuacji w kraju.

Kiedy zmiana kursu?

Zaraz po morderstwie niemieckiej studentki wiceprzewodniczący socjaldemokratów Ralf Stegner stwierdził, że „polityczne urynkowienie przez prawicę młodej mieszkanki Fryburga, która musiała umrzeć z powodu okrutnej zbrodni, jest ohydne”. Również szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker wypowiada się w tym duchu, ostrzegając przed „retoryką wykluczenia”. Takie przekręcanie faktów widoczne jest za każdym razem, kiedy polityka rządu Merkel nie zdaje egzaminu. Do tej pory społeczeństwo niemieckie nie usłyszało ani jednego słowa przeprosin ze strony pani kanclerz za wszystkie krwawe ataki z 2016 roku, dokonane w wyniku masowego i niekontrolowanego napływu imigrantów z innych kręgów kulturowych. W zaparte idą też pozostali członkowie rządu, którzy zapewniają o podjętych środkach bezpieczeństwa oraz ich skuteczności, jak minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière, który zaprzeczył, jakoby w przypadku Anisa Amriego, zamachowca z Berlina, zawiodły organy bezpieczeństwa, gdyż „jak do tej pory nie ma wystarczających możliwości prawnych, aby każdego, kto stanowi zagrożenie, kontrolować 24 godziny na dobę”.

Inaczej widzi to szef bawarskiej CSU Horst Seehofer, który w wywiadzie dla „Bild am Sonntag” stwierdził, że w razie wygranej w tegorocznych wyborach pragnie wprowadzenia górnej granicy osób ubiegających się o azyl. Jego zdaniem, warunkiem integracji i bezpieczeństwa jest przyjmowanie do 200 tys. uchodźców rocznie. Wszystko jednak zależy od wyniku wyborów, które odbędą się w październiku br. i które w razie przegranej CDU na rzecz socjaldemokratów oraz wysunięcia w koalicji z Zielonymi i Lewicą ich własnego kandydata na kanclerza mogą zmienić polityczny kurs w Niemczech. W przeciwnym razie nie ma na to szans.

Anna Meetschen

Aktualizacja 2 stycznia 2017 (18:41)

Nasz Dziennik