logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Maciej Kulczyński / PAP

Brygada pancerna a Trump

Wtorek, 10 stycznia 2017 (18:15)

O wiele bardziej niż na sojuszników Polska musi liczyć na siłę własną.

Rozpoczęcie procesu rozmieszczenia w Polsce pancernej brygady wojsk amerykańskich przy samej końcówce rządów Baracka Obamy w USA odbiło się głośnym echem w polskich i zagranicznych mediach. Nie ulega wątpliwości, że działania te mają charakter militarny i nie można ich ograniczyć w ocenie li tylko do wymiaru symbolu. Nie chodzi o to, że wojska w sile jednej brygady byłyby w stanie skutecznie obronić Polskę w sytuacji regularnej wojny z Rosją. Chodzi o to, że wojska te mogą prowadzić regularne działania, więc atak na Polskę musiałby generować konflikt z USA. Jest to zatem jednoznaczny sygnał dany Moskwie, że kraje środkowoeuropejskie nie są już w NATO uważane za państwa drugiej kategorii. Rosjanie prężą muskuły, deklarują wzmocnienie swoich sił przy granicy z Polską i państwami nadbałtyckimi, ale z pewnością nie są zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

Polska karta a Rosja

Rozmieszczenie brygady pancernej należy łączyć z innymi decyzjami USA, choćby z decyzją o sprzedaży Polsce nowoczesnego uzbrojenia (rakiety do myśliwców F-16). Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Amerykanie sprzedają nowoczesne technologie wojskowe swoim najważniejszym sojusznikom. Jeśli to robią wobec Polski, jest to ważny sygnał w geopolitycznej układance. Większe zaangażowanie Waszyngtonu w Europie Środkowej jest oczywiście ściśle powiązane z rosyjskimi działaniami na Ukrainie, w tym z włączeniem Krymu do Rosji i wojną w Donbasie. Ewentualne dalsze postępy wojsk rosyjskich na zachód miałyby się spotkać ze zdecydowaną reakcją militarną USA.

Wszystkie te zewnętrznie dobrze wyglądające decyzje i działania należy poddać pogłębionej analizie w odniesieniu do zmiany ekipy rządowej w USA. Za kilka dni władzę w Stanach Zjednoczonych przejmie ekipa Donalda Trumpa, który w swoich zapowiedziach jest nakierowany na porozumienie z Rosją. Powstaje zatem pytanie, czy dotychczasowe zobowiązania USA wobec Polski pozostaną aktualne. Z innych zapowiedzi Donalda Trumpa wynika, że tak, zwłaszcza że Polska wywiązuje się całkowicie z zasad ustalonych w NATO przeznaczania 2 procent PKB na armię.

Z drugiej strony, patrząc w dłuższej perspektywie na politykę Waszyngtonu, zawsze można mieć obawy, że Amerykanie zlicytują interesy polskie na ołtarzu strategicznego porozumienia z Rosją. Było tak już w historii kilka razy. Wystarczy wspomnieć politykę Roosevelta z czasów II wojny światowej (układy jałtańskie) czy nawet Baracka Obamy z czasów jego pierwszej kadencji, kiedy to przeprowadził reset w stosunkach z Moskwą, wycofując się z zobowiązań dotyczących budowy w Polsce i w Czechach elementów tarczy antyrakietowej. Czy zatem Donald Trump w czasie negocjacji z Władimirem Putinem nie zlicytuje karty polskiej?

Jak to się mówi, w polityce wszystko jest możliwe, choć większość przesłanek wskazuje, że raczej nie. Z jednej strony wielu komentatorów ocenia pośpiech, jaki towarzyszy wysłaniu brygady pancernej do Polski, jako wyraz prowadzenia polityki faktów dokonanych przez odchodzącą ekipę Obamy, tak by Trumpowi utrudnić jego chęć ułożenia się z Rosją. Twierdzi się, że te działania są wbrew woli prezydenta elekta. Dowodem na to miałoby być choćby bezprecedensowe uznanie za persona non grata 35 dyplomatów rosyjskich w USA. Także śledztwo co do bezprawnego wpływu Kremla na wynik wyborów prezydenckich w Ameryce (rosyjskie ataki hakerskie) na to wskazuje. Jednakże z drugiej strony to, co z pozoru uznać by można za rzucanie Trumpowi kłód pod nogi w jego chęci dogadania się z Putinem, w innej perspektywie może wyglądać zupełnie inaczej. Rosyjski prezydent czeka na ostateczne zaprzysiężenie Trumpa, stara się manifestować dobrą wolę (brak retorsji za wyrzucenie rosyjskich dyplomatów). Im więcej kroków nieprzyjaznych Moskwie zrobi Obama, tym pozycja negocjacyjna Trumpa będzie wyższa. Jeśli na ołtarzu wzajemnego porozumienia będzie coś musiał poświęcić, z czegoś się wycofać, to im więcej ofensywnych kroków zrobi Obama, tym dla Trumpa lepiej. Skoro wojska amerykańskie będą już rozlokowane w Polsce, to ta sprawa praktycznie w ogóle nie musi być na stole negocjacyjnym.

Podobnie rzecz się ma ze sprzedażą nowoczesnego uzbrojenia do myśliwców F-16. Wszak z zaistniałymi faktami się nie dyskutuje. Gdyby mi zatem przyszło na dzień dzisiejszy spekulować, jak będzie wyglądała polityka Waszyngtonu wobec bezpieczeństwa Polski za prezydentury Donalda Trumpa, to odpowiedź byłaby raczej optymistyczna. Na stole negocjacyjnym będzie najprawdopodobniej sprawa Ukrainy, a w szczególności aneksja Krymu i specjalny status Donbasu. Nie jest wykluczone, że Amerykanie pogodzą się z dzisiejszym stanem rzeczy i zniosą sankcje wobec Rosji. W zamian będą żądać uzgodnienia wspólnych działań w Syrii i dogadania się wzajemnego w sprawie Chin. Są to priorytety zagranicznej polityki Trumpa, który jasno widzi wspólnotę interesów amerykańsko-rosyjskich w tych dwóch obszarach świata. Nie wydaje się, żeby prezydent Trump chciał osłabionemu Putinowi oferować niemal za darmo Europę Środkową.

 

Wyzwania geopolityki

Oczywiście musimy brać pod uwagę fakt, że spojrzenie Donalda Trumpa na Rosję zasadniczo różni się od spojrzenia ekipy Baracka Obamy. Trump nie chce destabilizacji Rosji, gdyż to niepomiernie wzmocniłoby Chiny. Wzrost radykalizmu islamskiego oraz rozpędzona potęga chińska to wyzwania kluczowe, którym można skutecznie stawić czoło, osiągając względne porozumienie z Rosją. Z drugiej jednak strony nowy prezydent musi się liczyć z republikańską większością w Kongresie o mocnym nastawieniu antyrosyjskim. Świadczy o tym choćby aktywność międzynarodowa senatora Johna McCaina i innych polityków republikańskich.

Polityka polska, patrząc z nadzieją na bieg zdarzeń na arenie międzynarodowej, musi brać pod uwagę różne warianty, również ten, że Zachód zechce się dogadać z Rosją nawet kosztem polskich interesów. Nowe otwarcie w relacjach z Kremlem nie dotyczy tylko polityki USA. Wielce prawdopodobne jest zwycięstwo prorosyjskiego kandydata w wyborach prezydenckich we Francji. Nawet jeśli to nie będzie Marine Le Pen, to zwycięstwo Françoisa Fillona również oznaczać będzie mocny prorosyjski kurs w polityce francuskiej. Wszystko to należy brać pod uwagę również w aspekcie ułożenia naszych relacji z Rosją, a także budowania polskiego bezpieczeństwa. O wiele bardziej niż na sojuszników Polska musi liczyć na siłę własną. Dlatego wszelkie działania poprawiające siłę naszej armii należy popierać z całą mocą.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Prof. Mieczysław Ryba

Aktualizacja 10 stycznia 2017 (18:26)

Nasz Dziennik