logo
logo

Zdjęcie: / Reuters

Destrukcja suwerenności

Wtorek, 17 stycznia 2017 (20:13)

Przyjęcie umowy CETA utrwali neokolonialny charakter polskiej gospodarki.

Na początek lutego Parlament Europejski wyznaczył termin debaty i głosowania w sprawie ratyfikacji umowy z Kanadą CETA. Jest ona uznawana za umowę o wolnym handlu, ale w rzeczywistości jest czymś znacznie więcej niż umową handlową. Bo nie o wolny handel tu przede wszystkim chodzi. Cła w handlu pomiędzy Unią Europejską a Kanadą są bardzo niskie i w praktyce nie stanowią istotnej bariery pomiędzy oboma stronami. Istotniejsze są bariery pozataryfowe. O co tu chodzi? Przede wszystkim państwa Unii Europejskiej mają bardziej restrykcyjne przepisy dotyczące działalności gospodarczej, a zwłaszcza produkcji żywnościowej.

Standardy w dół

Unia Europejska jest bardzo wyczulona w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego, dlatego też dopuszczenie na swój rynek obwarowała wypełnieniem wielu warunków, które gwarantują bezpieczeństwo żywnościowe. Natomiast Kanada, podobnie jak Stany Zjednoczone, jest w tej kwestii bardzo liberalna. W tych krajach istnieje pełna wolność w dopuszczeniu produktów na rynek. To konsumenci muszą udowodnić, że dany produkt jest szkodliwy. Aby to udowodnić, czasami trzeba toczyć wieloletnie spory sądowe z producentami danego towaru, aby został on wycofany ze względu na swoją szkodliwość albo żeby wymusić na firmie podawanie informacji o jego szkodliwości. Przykładem jest tu wieloletni proces o uznanie szkodliwości tytoniu. Firmy tytoniowe przez dziesięciolecia broniły się sądownie, a także poprzez akcje medialne, przed stwierdzeniem o szkodliwości palenia tytoniu. To, co było oczywiste w krajach europejskich, w Stanach Zjednoczonych musiało być udowodnione sądownie. Koncerny tytoniowe, dysponujące ogromnymi środkami, latami przeciągały procesy sądowe, uniemożliwiając w ten sposób uznanie tytoniu za środek powodujący choroby nowotworowe. Dlaczego o tym piszę. Otóż zasadniczym elementem umowy o „wolnym” handlu są zapisy wzajemnie uznające certyfikaty. Oznacza to, że jeżeli dany produkt jest dopuszczony na rynku kanadyjskim, to automatycznie będzie także dopuszczony na rynku europejskim. Sprawa jest o tyle istotna, że dotyczy to również żywności zmodyfikowanej genetycznie i żywności produkowanej metodą przemysłową, a zatem przy użyciu środków, które obecnie są zakazane w państwach Unii Europejskiej.

Cios dla rolnictwa

Zasada uznania wzajemnych certyfikatów to rezygnacja społeczeństw państw UE z suwerenności w określaniu własnego bezpieczeństwa żywnościowego. Rezygnacja z tego zakresu suwerenności jest o tyle istotna dla Polski, że bezpośrednio uderza nie tylko w nasze bezpieczeństwo żywnościowe, ale także w interesy polskiego rolnictwa. Bowiem żywność produkowana w sposób przemysłowy jest znacznie tańsza od tej wytwarzanej w sposób tradycyjny, nie mówiąc już o żywności ekologicznej. Oznacza to, że żywność kanadyjska stanie się konkurentem dla żywności polskiej zarówno na rynku krajowym, jak i europejskim. Do czego to prowadzi, pokazuje układ NAFTA – układ o wolnym handlu pomiędzy Meksykiem, Kanadą a USA. NAFTA doprowadziła w znacznym stopniu do zniszczenia meksykańskiego rolnictwa i uruchomiła masową emigrację Meksykanów, tracących źródło utrzymania we własnym kraju, do Stanów Zjednoczonych. Otóż CETA będzie miała podobny wpływ na polskie rolnictwo.

Zwolennicy tej umowy argumentują, że handel Unii Europejskiej, w tym handel Polski z Kanadą, jest stosunkowo niewielki i w związku z powyższym te obawy są nieuzasadnione. Otóż jest to rozumowanie całkowicie błędne. To prawda, że rozmiar tego handlu nie jest imponujący, ale Kanada należy do strefy wolnego handlu ze Stanami Zjednoczonymi i praktycznie każda większa amerykańska korporacja posiada w Kanadzie swoje spółki zależne. Wprowadzenie umowy CETA w życie, nawet gdyby negocjowana analogiczna umowa ze Stanami Zjednoczonymi TTIP nie weszła w życie, oznacza, że będzie ona obejmowała także handel z korporacjami amerykańskimi. A to już jest zupełnie inna skala i inne możliwości. Stany Zjednoczone są potentatem w produkcji żywności i są w stanie zalać Europę własnymi tanimi, ale nędznej jakości produktami żywnościowymi. To praktycznie oznacza śmiertelny cios w polskie rolnictwo. Zgoda na przyjęcie tej umowy stanowi praktycznie wyrok śmierci na ten sektor naszej gospodarki, który w największym zakresie znajduje się w polskich rękach.

 

Niebezpieczny arbitraż

Ale jeszcze większym zagrożeniem jest zawarta w umowie koncepcja arbitrażu. Mniej istotna sprawa ze strony unijnej to fakt, że Komisja Europejska, a nie poszczególne państwa, będzie wyznaczała jego skład. Otóż ta koncepcja ustanawia władzę międzynarodowych korporacji ponad prawem państw narodowych. Umowa przyznaje korporacjom prawo do uczestniczenia w procesie legislacyjnym każdego projektu ustawy, który one uznają za istotny do prowadzenia działalności gospodarczej. Oznacza to, że mają prawo nie tylko do zgłaszania własnych propozycji, ale także do wstrzymania procesu legislacyjnego, a w przypadku uchwalenia ustawy – którą uznają za szkodliwą dla własnych interesów – do zaskarżenia przed międzynarodowym arbitrażem w celu uzyskania rekompensat za „utracone” w przyszłości zyski. Przyznanie tych praw międzynarodowym korporacjom oznacza praktyczną rezygnację państw narodowych z suwerenności sprawowanej nad tymi korporacjami. W świetle tej umowy stają się one równorzędnymi partnerami tych państw, a w niektórych wymiarach ich władza staje się nadrzędna nad państwami narodowymi. Te przepisy w sposób zasadniczy zmieniają same fundamenty ustrojowe państw Unii Europejskiej, ponieważ oznaczają rezygnację z demokratycznego stanowienia prawa i suwerenności państwowej na rzecz tych korporacji.

Korporacje, korzystając z międzynarodowego arbitrażu i dysponując pozaprawnymi środkami perswazji, uniemożliwiają państwom narodowym suwerenne wykonywanie władzy na własnym terytorium. Co więcej, ten mechanizm arbitrażu umożliwia ekonomiczną eksploatację państw narodowych poprzez wykorzystanie mechanizmu arbitrażowego. Z przykładem takiego działania mieliśmy do czynienia w Polsce, gdy poprzedni rząd zrezygnował z dochodzenia własnych praw w sprawie prywatyzacji PZU przed polskimi sądami na rzecz międzynarodowego arbitrażu. W efekcie Polska musiała zapłacić 9 mld zł spółce, która przejęła PZU w sposób naruszający polskie prawo. Ten przykład pokazuje możliwość eksploatacji finansowej państw, które będą starały się chronić własnych obywateli w suwerennie stanowionym procesie legislacyjnym.

 

W stronę neokolonializmu

Przyjęcie umowy CETA to utrwalenie neokolonialnego charakteru polskiej gospodarki. Właśnie ten neokolonialny charakter polskiej gospodarki stanowi dziś główną barierę w dynamicznym rozwoju. Polska jest przedmiotem wyprowadzania kapitału, który mógłby być w Polsce inwestowany i przyczyniać się do rozwoju ekonomicznego naszego państwa i dobrobytu Polaków.

Dziś zasadniczym celem ekonomicznym naszego państwa jest przezwyciężenie tego neokolonializmu i budowanie polskiej własności. Przyjęcie tej umowy to zaprzeczenie programu rozwoju naszego kraju, to padnięcie na twarz przed międzynarodowymi korporacjami i rezygnacja z suwerenności, nie tylko w zakresie polityki gospodarczej, ale także społecznej, zdrowotnej, żywnościowej itp. To wielkie zagrożenie dla przyszłości naszego kraju. I dlatego państwo polskie powinno zrobić wszystko, by odrzucić tę umowę. Niestety, do tej pory nie ma zrozumienia dla szkodliwości tej umowy negocjowanej przez poprzednie rządy. Zarówno premier Szydło, jak i wicepremier Morawiecki zapowiedzieli jej poparcie. Jej wejście w życie to praktyczne zaprzepaszczenie celów, jakie stawiał sobie plan Morawieckiego. Potrzeba zatem szerokiej akcji społecznej uświadamiającej zagrożenie, jakie płynie dla Polski z wprowadzenia CETA w życie. Obecnie ta umowa stanowi największe zagrożenie dla polskiej suwerenności, ponieważ uniemożliwia ona w wielkim zakresie prawo do samostanowienia i oddaje to prawo w ręce międzynarodowych korporacji. Zgoda na przyjęcie tej umowy to wyprzedaż polskiej suwerenności i zgoda na stopniową destrukcję państwa narodowego.

 

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Marian Piłka

Nasz Dziennik