logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: MARTIN BUREAU/ PAP/EPA

Łabędzi śpiew Unii Europejskiej?

Piątek, 10 marca 2017 (23:09)

Propozycja Unii różnych prędkości to koniec pozorów europejskiej jedności.

Zbieg okoliczności sprawił, że Unia Europejska wkroczyła w obecny rok w stanie największego kryzysu, jakiego jeszcze nie znała.

Przypomnijmy, że Jean-Claude Juncker na ostatniej sesji Parlamentu Europejskiego przedstawił pięć pomysłów na wyjście UE z impasu, niczym pięć biegów w samochodzie. Jednak kanclerz Angela Merkel dokonała już wyboru, mówiąc o Unii dwóch prędkości. Polska oczywiście znalazłaby się w drugiej lidze. Tego typu propozycje mają przykryć jedynie wrażenie, że o wszystkim i tak decydują dzisiaj Niemcy. Pierwszy, minimalistyczny, projekt Junckera mówi: nie robimy nic, może sprawy same się rozwiążą w oparciu o obecny system działania. Drugi: dbajmy o wspólny rynek, podtrzymujmy UE jako projekt ekonomiczny bez współpracy politycznej. Trzeci pomysł, wskazany przez niemiecką kanclerz, to tzw. Europa różnych prędkości, gdzie UE decydowałaby, które państwa i w jakiej formie uczestniczą w życiu instytucji UE, skutkiem czego miałyby więcej lub mniej praw w podejmowaniu decyzji. Pierwszą ligą zarządzać będą Niemcy poprzez strefę euro, budowanie wspólnej polityki zagranicznej i wspólnej armii UE. To bardzo ryzykowny pomysł, który jawnie dzieli kraje na lepsze i gorsze, choć z drugiej strony dawałby Polsce więcej wolności, np. budżetowej, w decydowaniu o naszych sprawach zgodnie z zasadą subsydiarności. W zasadzie propozycja Merkel Europy różnych prędkości jest usankcjonowaniem obecnego stanu walki interesów państw, gdzie arbitrem są Niemcy, przy zachowaniu pozorów jedności europejskiej. Czwarty scenariusz Junckera jest próbą wskrzeszenia zasad traktatu lizbońskiego i zakłada zwiększenie centralizacji, choć bez jawnej idei budowania państwa federalistycznego: robimy mniej, ale dobrze. Centralizacja tak, ale powoli. W zasadzie jest to tylko pomysł dla krajów strefy euro. Piąty projekt jest już wyraźnie federalny i zakłada wzmocnienie UE, restrykcje w egzekwowaniu decyzji Unii (np. w sprawie imigrantów?) i pozostawienie poza organizacją tych, którzy ich nie przestrzegają, sankcje dla opornych łącznie z wykluczaniem krajów z UE lub pozbawianiem ich prawa głosu. To wyraźny podział Europy na klub bogatych i biednych, jawne odejście od zasady solidarności.

Wybór przez Angelę Merkel modelu Europy dwóch prędkości dowodzi, że motor UE już nie działa. Który bieg będzie włączony i promowany, zapewne jest już dyskutowane w zamkniętych gabinetach Brukseli, a od poniedziałku tego tygodnia w Wersalu na spotkaniu Merkel i prezydenta Francji François Hollande’a z premierami Włoch i Hiszpanii. Przypomina to wszystko awarię silnika na autostradzie i decyzje kierowcy, czy jechać powoli na małym biegu, czy może rozpędzić samochód, póki jeszcze można, z nadzieją, że dowleczemy się szybciej do stacji naprawy. W każdym razie jest to otwarte przyznanie się do braku wydolności instytucjonalnej. Spektakularne potwierdzenie porażki dziesięć lat po zamknięciu negocjacji nad traktatem lizbońskim, który miał zapewnić wydajność i sprawność UE na dziesięciolecia.

Europa między dwoma biegunami

W istocie istnieją więc dwie wizje wyjścia z kryzysu. Pierwsza została opublikowana już rok temu przez MSZ Francji i Niemiec tuż po wynikach referendum brytyjskiego. Do tej wizji nawiązał Juncker w czwartym i piątym wariancie. Polega ona na ucieczce do przodu w budowaniu ścisłej współpracy europejskiej. Nie tylko wspólna waluta i bank centralny, ale również wspólne służby śledcze, wspólna armia, wspólny minister finansów nadzorujący budżety krajów członkowskich. To formuła, przed którą przestrzegali wiele lat temu eurosceptycy – jedno państwo zarządzane z Brukseli. Druga, popularna w krajach Grupy Wyszehradzkiej wizja wolnościowa, opiera się na wzmocnieniu roli państw i parlamentów narodowych i formule konfederacji państw. To jest krok wstecz w stosunku do traktatu lizbońskiego i powrót do zasad traktatu z Nicei, formalne pogrzebanie najwyraźniej niedziałającego traktatu z Lizbony. Zresztą umowa lizbońska nie jest już przestrzegana np. w sytuacjach dyscypliny budżetowej, ostatnio chociażby w sytuacji konieczności pilnego dofinansowania budżetu Grecji, jest zbyt sztywna do stosowania w sytuacjach awaryjnych.

Istnieje więc obecnie ryzyko szantażu krajów Europy Środkowo-Wschodniej polegające na zasadzie: albo bierzecie to, co proponujemy, albo musicie odejść. W ten sposób można będzie próbować zmusić trzy niepokorne stolice – Warszawę, Pragę, Budapeszt – do akceptacji wspólnej waluty. Oczywiście związane to jest z ryzykiem referendum w tej sprawie. Rozpisanie referendum na temat wstąpienia do strefy euro może różnie się skończyć.

 

Saryusz-Wolski: dyplomatyczne salto

Kakofonia towarzysząca w Polsce wyborom przewodniczącego Rady Europejskiej była na rękę Donalda Tuska. Polska dyplomacja nie miała klarownego stanowiska w tej sprawie przez ostatni rok. Przypomnijmy, że to akurat Jacek Saryusz-Wolski był największym promotorem Tuska na stanowisko szefa Rady i nazywał go „prezydentem UE”. Takie salto kadrowe nie wzbudza należnego szacunku dla naszego kraju u wielu naszych partnerów, chociaż jest na pewno spektakularnym wołaniem Polski o podmiotowość w relacjach unijnych. Biorąc pod uwagę brak szans dla zgłoszonego kandydata, można by wskazać innego polityka z obozu rządowego w Polsce lub w krajach Grupy Wyszehradzkiej.

Przeforsowanie kandydata Grupy Wyszehradzkiej byłoby możliwe, gdyby po drodze nie popełniono tylu błędów dyplomatycznych i negocjacyjnych.

W Berlinie i Paryżu człowieka dobiera się do planu, a nie na odwrót. Dwa i pół roku temu premier Tusk był przydatny do uregulowania sytuacji politycznej w Europie Wschodniej i u wschodnich sąsiadów, na Ukrainie. Zadania tego nie wypełnił. Stąd próbuje sobie wynaleźć ostatnio nowe zadanie – reformatora UE. Przy inteligentnej i lojalnej grze dyplomatycznej można było próbować nawet wciągnąć obecnego przewodniczącego w zadanie zarysowane przez polski rząd, do którego nikt się nie pali w Brukseli – reformy UE. Warunkiem tego było jednak posiadanie lojalnej wobec rządu dyplomacji. Mogłaby ona wykazać, że sam przewodniczący nie jest zainteresowany współpracą z rządem. To wykazanie błędów Donalda Tuska było przede wszystkim rolą polskich dyplomatów, a nie w ostatniej chwili działających polityków. Istnieje bowiem obecnie ryzyko wciągnięcia polskiego rządu przez ludzi PO działających w polskiej dyplomacji i w instytucjach unijnych w proces wyboru przewodniczącego, który realizować będzie wizję UE niezgodną z interesem Polski. Nasza dyplomacja nie wyrobiła sobie w ostatnim półtorarocznym okresie mocnej pozycji w Brukseli. Oto jej dylemat – Warszawa czy Bruksela, który zbiega się z dylematem UE na najbliższe dni i tygodnie.


Autor jest byłym ambasadorem RP przy Unii Europejskiej.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Dariusz Sobków

Aktualizacja 10 marca 2017 (23:14)

Nasz Dziennik