logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Dlaczego w szkole nic się nie zmieni?

Niedziela, 12 marca 2017 (18:45)

Czy „kontrreforma” (przywracająca ustrój szkolny sprzed kilkunastu lat: podstawówka plus liceum lub technikum, gimnazja do likwidacji) to będzie dobra zmiana? Takie pytanie słyszałem wielokrotnie w ciągu ostatniego roku. Odpowiedź: znaczenie tej zmiany będzie takie samo, jakby ktoś dla przyspieszenia końskiego galopu zmienił dżokejowi fason czapki.

Przed kilkunastu laty słyszeliśmy: „Koniecznie gimnazjum!”, teraz dla odmiany: „Gimnazjum bardzo szkodzi!”. Oba poglądy są równie dobrze uzasadniane – czyli w ogóle nieuzasadniane. Nie chodzi bowiem o dostosowanie szkoły do jakiejkolwiek stwierdzonej obiektywnie prawdy. A o co chodzi? Zapewne, jak zwykle, o zastąpienie na stanowiskach (w tym przypadku: dyrektorów szkół) nominatów konkurencyjnej partii własnymi. I żeby trwała nieustanna rewolucja na wielką i małą skalę – same ustawiczne korekty „podstawy programowej” stanowią pretekst do ciągłego wyrzucania podręczników i drukowania minimalnie innych, za które niewolnicy systemu oczywiście znów będą musieli zapłacić. (Nie bronię tu żadnego status quo, reforma jest konieczna, ale polegać powinna na delegalizacji jakiegokolwiek wpływu państwa na nauczanie).

Reforma trwała zawsze – z czterdziestu lat moich nauczycielskich doświadczeń nie pamiętam żadnego dnia, w którym by nie wprowadzano jakiejś reformy (zawsze należało o niej myśleć ze świętą trwogą). Do czego te wszystkie reformy doprowadziły?

EFEKTY

Pewna znajoma babcia (rok ukończenia szkoły powszechnej 1938) wrzała oburzeniem, gdy wnuczęta (kończące szkołę podstawową w ostatniej dekadzie XX wieku) w szyderczych i gniewnych słowach opowiadały jej o własnej szkole. Jak można tak bez szacunku myśleć o nauczycielach? A wnuczęta (podstawówka ukończona w latach dziewięćdziesiątych) opowiadały o nauczycielce przerywającej uczniowi, który poprawiał jej błędy merytoryczne („Siądź, nie mamy czasu”), o innej nauczycielce tłumaczącej rolnikowi, którego pole truskawek ograbili w czasie szkolnej wycieczki jej piętnastoletni uczniowie, że „przecież nie połamali krzaczków”, i o jedenastoletnim Leonie przymuszonym do zmiany szkoły, ponieważ zaprotestował przeciw nazwaniu go przez nauczycielkę „gnojkiem”.

Trudniej dostrzec podobne zjawiska, kiedy się nie jest kilkunastoletnim uczniem, lecz przysłanym z kuratorium urzędnikiem i bada szkolną rzeczywistość w ramach tzw. ewaluacji (czy… inwigilacji? – procedura obejmuje m.in. wywiady z uczniami, obowiązkowo pod nieobecność nauczycieli, i z nauczycielami – pod nieobecność dyrektorów), a lekcji nie traktuje w ogóle jako czegoś godnego zainteresowania – nauczyciele aspirujący do wyższych stopni „awansu zawodowego” nie muszą udowadniać, że umieją poprowadzić lekcję, lecz np. spisywać „plan [własnego] rozwoju zawodowego”; niżej podpisany ostatni raz spotkał się z wizytatorem, który wysłuchał lekcji i znalazł dwadzieścia minut na rozmowę o niej, przed dwudziestu czterema laty. Za to młodych nauczycieli nikt systematycznie i naprawdę nie uczy zawodu (można to robić tylko przy warsztacie, czyli na lekcjach), a wszystkich – młodych i starych – władza traktuje jak oszustów i półgłówków (na pisemne egzaminy z polskiego nie mają wstępu nauczyciele polskiego, a z fizyki – fizycy; inaczej na pewno jedni i drudzy by podpowiadali, a z innego przedmiotu na pewno nic nie będą umieli podpowiedzieć).

Efekty – ciąg dalszy. Młoda urzędniczka niezdolna do załatwienia sprawy spadkowej wymagającej rachunków na ułamkach o różnych mianownikach; dziewiętnastoletni studenci polonistyki nieznający słowa „errata”; studenci kulturoznawstwa niepewni, w jakim stuleciu było Powstanie Styczniowe i czy żył jeszcze wtedy Tadeusz Kościuszko. Wszystkie przykłady – autentyczne. To nie jest kryzys, to rezultat.

Czego rezultat?

PRZYCZYNY

Oczywiście nadal pracują nauczyciele szlachetni i kompetentni. Niedobitki. Trzy pokolenia nauczycieli przyzwyczajano do pracy za stawki podobne do stawek stróża na parkingu; trzy pokolenia rodziców do tego, że ich dzieci są własnością państwa, ono bowiem decyduje o sposobie ich kształcenia; siedemdziesiąt roczników uczniów tresowano i tresuje się w kardynalnej cnocie uległego posłuszeństwa.

Wszyscy boją się wszystkich: nauczyciele – dyrektora, dyrektor – kuratora i rodziców, skłonnych przeważnie walczyć nie o dobro własnego dziecka, lecz o pieczątkę na jego świadectwie, rodzice i uczniowie – nauczycieli, minister – jakichś wariatów od poprawności politycznej. Czy ktoś jeszcze pamięta, żeby bać się Pana Boga?

Nie boją się niczego urzędnicy – producenci przepisów, przepisów, przepisów. Dokument pt. „Procedury organizowania i przeprowadzania egzaminu w klasie trzeciej gimnazjum” wraz załącznikami liczy 96 stron – a to tylko jeden jedyny przepis regulujący kilka godzin działania szkoły w ciągu roku. Nie będzie gimnazjów – spokojnie, nadrobimy to „procedurami” prowadzenia matur. Zdumiewające, jak w ogóle bez tych paragrafów poradzono sobie przed laty z rzetelnym ocenieniem ucznia Henia Sienkiewicza albo panny Marysi Skłodowskiej, którzy jakoś szkołę skończyli, choć na maturze nie odmierzano im odległości między stolikami krawieckim centymetrem i nie kazano naklejać tajemniczych kodów (ani wpisywać numeru PESEL – żeby praca była – he, he – bardziej anonimowa).

RATUNEK?

I radą na to wszystko mają być znów dwa zamiast trzech szczebli kształcenia? I może jeszcze „tablice multimedialne” (za sto milionów; potrzebne szkole według pani minister „natychmiast”)? Żarty!

Nowatorska myśl programowa? Zreformowana siatka godzin, w której polskiego ma być w klasach IV-VIII mniej niż za czasów Władysława Gomułki, biologii i geografii prawie dwa razy mniej, fizyki mniej o jedną trzecią, muzyki i plastyki w starszych klasach podstawówki mniej trzykrotnie, a w liceum zero; faktyczna ostateczna eliminacja łaciny, fundamentu naszej kultury, ze szkół wszystkich szczebli (uczniowie muszą de facto wybierać: podstawy łaciny, nazwane dumnie „poziomem rozszerzonym”, czy zdobywanie punktów liczących się na progu wyższej uczelni) – to ma uleczyć szkolną rzeczywistość?

„ENTER”

Socjaliści u władzy zawsze sądzą, że wydadzą nasze pieniądze mądrzej niż my, którzy je zarobiliśmy, i że najlepiej będzie, jeżeli zaprojektują jakieś procesy społeczne, intelektualne, kulturalne, edukacyjne „przy rysownicy”, a potem nacisną guzik „ENTER” i zamierzony rezultat się ziści. Tymczasem w szkole nic nie może się ziścić nagle, za naciśnięciem magicznego klawisza – choćby ludziom przywykłym do komputera zdawało się inaczej. Szkoła – i każda poważna instytucja życia społecznego – musi rosnąć jak drzewo latami – i tego nie zmieni żadne urzędnicze „Stań się”.

Żaden socjalistyczny rząd nie jest także w stanie znieść różnorodności, wszędzie ma być tak samo, a najlepiej, żeby wszyscy ludzie byli tacy sami – jak w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya.

Również nauczyciel nie ma być osobowością, artystą, twórcą, intelektualistą – ma być urzędnikiem przestrzegającym procedur. Rzecz oczywista, że w tych warunkach możemy się spodziewać najwyżej sprawnej produkcji śrubek, ale nie owocnego kształcenia ludzi.

Czy rodzice pragną, żeby ich dzieci były „śrubkami”? Na pewno nie. Dlaczego więc – mimo że stanowią wielomilionową większość (dziecko ma prawie każdy) – tak nielicznie, tak niemrawo, tak bez wiary w powodzenie walczą o cokolwiek w dziedzinie oświaty?

Po pierwsze dlatego, że się boją, i oni zapewne najbardziej, bo przecież chodzi o losy ich dzieci. Ich karier wciąż prawie nigdy nie wyobrażają sobie poza systemem.

Po drugie: ponieważ rodzice, podobnie jak nauczyciele, są przeraźliwie zmęczeni i chcą mieć spokój.

I po trzecie: dlatego że wiele zmian w oświacie, prawie zawsze na gorsze, dokonuje się stopniowo. Rozciągnięcie jakiegoś procesu na lata, ba – na dziesięciolecia – choćby ów proces miał w końcu prowadzić do zupełnych absurdów, sprzyja znieczuleniu obserwatorów i przymusowych uczestników.

NADZIEJA

Czy radą na zło może być tworzenie i działanie szkół niepublicznych? Wciąż są dozwolone – i mogłoby, gdyby… Gdyby nie to, że szkoły te chcą mieć prawa szkół publicznych, czyli wydawać takie same świadectwa uprawniające do podjęcia nauki w szkole wyższego szczebla czy na wyższej uczelni. Gdyby z tych praw zrezygnowano, można by uwolnić uczniów między innymi od obowiązku odsiadywania w szkole przewidzianej ministerialnymi nakazami, czyli urzędniczym widzimisię, liczby godzin. W tej chwili czas do „odsiedzenia” w szkole plus na odrobienie zadań domowych wymaga od uczniów aspirujących w ambitnej szkole zaledwie do trójki pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu godzin pracy w tygodniu – więcej niż od dorosłego pracownika. Szkoła więc zmusza uczniów i nauczycieli do pracy w warunkach permanentnego pośpiechu, obawy i zdenerwowania. To nie są warunki do spokojnego poznawania świata.

Twórcy i właściciele szkół niepublicznych jak ognia jednak boją się rezygnacji z praw szkoły publicznej – ponieważ na krótką metę, to znaczy na kilka lat, spowodowałoby to odpływ uczniów, których rodziców zniechęcałaby perspektywa konieczności uzyskiwania świadectw gdzie indziej niż w szkole. A sto lat zgubnego panowania socjalistów sprawiło, że nawet ci spadkobiercy dawnych intelektualnych elit, którzy ocaleli z różnych totalitarnych pogromów dwudziestego wieku fizycznie, są prawie wszyscy tak wycieńczeni materialnie, że rozwaga powstrzymuje ich przed ryzykiem niegroźnym tylko dla ludzi materialnie niezależnych. Krótko mówiąc: władza dobrze wie, co robi, kiedy utrzymuje wynagrodzenia nauczycieli na poziomie omówionym wyżej, a samych nauczycieli (zresztą najlepsi, którzy potrafiliby uczynić ze szkół miejsce prawdziwej intelektualnej przygody, przeważnie dawno porzucili zawód) w przekonaniu, że nic istotnego w tej mierze się nie zmieni.

W tej sytuacji wypada z głębokim szacunkiem patrzeć na poczynania tych zdeterminowanych rodziców, którzy decydują, że ich dzieci będą kształcone w systemie nauczania domowego. To ludzie, którzy płacą na szkołę publiczną w podatkach, nie korzystają z jej usług, otrzymują, owszem, zwrot, ale tylko części nakładów (zresztą nie mogą nią bezpośrednio dysponować), muszą sami uczyć własne potomstwo i organizować mu naukę, w tym w razie potrzeby osobno opłacać nauczycieli, a przy tym ustawicznie drżeć z obawy, że ich oczywiste prawo do decydowania o sposobie kształcenia własnych dzieci, uważane przez państwo za nadany im łaskawie przywilej, zostanie znów w jakiś sposób ograniczone lub korzystanie z niego zostanie utrudnione (rok temu rząd – ten rząd, wtedy świeżo powołany – podobno zatroskany o dzieci i rodzinę) ni stąd ni zowąd dwukrotnie zmniejszył subwencję na dzieci kształcone w trybie domowym, pochodzącą przecież z podatków).

Jak dotąd tylko nieliczni rodzice postanowili kształcić swoje potomstwo poza szkołą. I oni zresztą – jeżeli chcą, by ich dzieci zyskały wstęp na uniwersytet – muszą im nakazać zdawanie państwowych „egzaminów”. Czy można sobie wyobrazić, że pewnego dnia rodzice, i to dużo liczniejsi niż dotychczas, zakażą dzieciom wszelkich kontaktów z oświatą kontrolowaną przez rząd, a od wyższych uczelni (podobno autonomicznych) zażądają powrotu do zakazanych im przez państwo egzaminów wstępnych – lub założą własne uniwersytety? To wizja wyglądająca półfantastycznie. Ale skoro i mury Jerycha – wbrew oczekiwaniom – runęły, nie widać powodu do utraty nadziei.


Dr Stanisław Falkowski – polonista; autor książek popularnonaukowych poświęconych literackiej klasyce; nauczyciel; usuwany z pracy w szkołach w latach: 1982, 2000, 2011, 2016.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

dr Stanisław Falkowski

Aktualizacja 12 marca 2017 (19:08)

Nasz Dziennik