logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Wiara dawała mi siłę

Poniedziałek, 10 kwietnia 2017 (18:28)

Z Jolantą Przewoźnik, żoną Andrzeja Przewoźnika, historyka, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który 10 kwietnia 2010 roku zginął pod Smoleńskiem w katastrofie Tu-154M, rozmawia Karolina Goździewska

Od 2010 roku 10 kwietnia to dla Pani szczególny dzień.

– Niezmiennie jestem na Powązkach w godzinie katastrofy. To był i jest dla mnie moment wyznaczający ten czas kolejnej rocznicy. Uczestniczę też we Mszy św. w mojej społeczności parafialnej. To ma bardzo ważny wymiar dla mnie i dla całej rodziny. Różnie w różnych latach układają się oficjalne uroczystości. Jest sporo inicjatyw, decyzję o udziale w nich podejmuję w zależności od roku.

Przez te lata miała Pani momenty zwątpienia z powodu śmierci męża?

– Nie mogłam zaprzeczyć, że katastrofa miała miejsce. Dla mnie to były twarde fakty. Oczywiście były łzy wzruszenia i cierpienie. Żałoba to nie bezbolesna choroba, ale mając wsparcie rodziny i życzliwość przyjaciół, można przez ten trudny czas przejść i radzić sobie z trudami codziennego życia. Nie mogłam jednak poddawać się zwątpieniu. Mogłam tylko zrobić wszystko, co w mojej mocy, przez wzgląd na to, jakim małżeństwem byliśmy i jak wartościowych ludzi straciliśmy, by nie zatracić się w rozpaczy.

To zobowiązywało do działania?

– Spotkałam w życiu wspaniałego człowieka i przez te kolejne lata po jego śmierci nie mogłam zaprzepaścić tego, co tworzyliśmy wspólnie zarówno w życiu rodzinnym, jak i zawodowym.

Udało mi się doprowadzić do wydania dwóch książek dotyczących zbrodni katyńskiej, które Andrzej i pani Jolanta Adamska złożyli jeszcze przed jego śmiercią, i książki na bazie jego pracy, którą przygotowała pani Jolanta Adamska o Kazimierzu Skarżyńskim, sekretarzu Polskiego Czerwonego Krzyża, który odpowiadał za prace Komisji Technicznej Polskiego Czerwonego Krzyża w Katyniu. To spełnienie marzeń męża, który zebrał wszystkie materiały do napisania książki, ale już jej nie zdążył ani napisać, ani przygotować. Powstała historia o człowieku bardzo zapomnianym w historii Polski, a dla sprawy dokumentowania prawdy o zbrodni katyńskiej niezwykle ważnym.

Mieli Państwo dużo wspólnego jako historycy?

– Pasje historyczne bardzo nas łączyły, byliśmy na jednym roku na wydziale historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez to doskonale się rozumieliśmy. Życie zawodowe uzupełniane było w życiu domowym. Do dziś utrzymuję kontakt z Węgrami, których Andrzej poznał, zajmując się jako historyk szlakiem kurierskim Polaków, którzy od 1939 roku i przez cały okres okupacji przez Węgry trafiali do Europy Zachodniej. W Budapeszcie była też baza łącznikowa ZWZ-AK.

Tej wiedzy nie zdążył przekazać innym, zabrakło czasu na pisanie. To dla mnie bardzo wzruszające, że od pierwszych dni po katastrofie mogłam liczyć na Węgrów, i zaskakujące mnie świadectwa polsko-węgierskiej przyjaźni. Jednym z nich 21 kwietnia w Budapeszcie ma być odsłonięta tablica poświęcona Andrzejowi z inicjatywy przedstawicieli samorządu polonijnego i burmistrza III Dzielnicy Budapesztu. To była ich wspólna inicjatywa. Po tylu latach to bardzo zaskakujące i miłe. Cenię sobie ten gest pamięci i przyjaźń, która trwa mimo upływu lat.

Co Pani pomagało i pomaga przetrwać trudne momenty po śmierci męża w katastrofie smoleńskiej?

– Wspólne życie z Andrzejem oparte było na zaufaniu, miłości i partnerstwie. To była baza wyjściowa, której nie chciałam zaprzepaścić. Przede wszystkim jednak wiara – bez systemu wartości opartym na Dekalogu rodzina nie mogłaby się budować.

Ważnym wydarzeniem była nasza wspólna z Andrzejem obecność, choć w różnym gronie, na pogrzebie Papieża Jana Pawła II. Byłam w gronie pielgrzymów, a mąż był z delegacją rządową. Wtedy to było dla mnie ważne wydarzenie, które odebrałam jako przygotowanie do rzeczy trudnych, i takie uczucie ze mną szło aż do 2010 roku.

W 2010 roku nauczanie i świadectwo życia Jana Pawła II pomogło Pani przeżyć żałobę?

– Jak bumerang wróciło przesłanie i postawa Jana Pawła II, który był dla mnie wzorem i świadectwem tego, że uczciwe życie w wierze i odwaga w zachowaniu wartości jest sensem życia człowieka.

Siłę do przetrwania dawała mi również Koronka do Bożego Miłosierdzia, którą wówczas jedynie byłam w stanie odmawiać. Nigdy wcześniej nie miałam takiego nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia i tak często do niej nie wracałam.

Wiara dawała mi siłę i nadzieję do rozwiązywania problemów, które wydawały się nie do udźwignięcia samemu. Miałam nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze, cokolwiek by to znaczyło.

Doskwierała Pani samotność?

– Byłam sama, ale nigdy nie czułam się samotna, ani w obecności bliskich, ani w wymiarze pomocy, która przychodziła zupełnie niespodzianie. Przez te lata bardzo ważna i pomocna była opieka i wsparcie ludzi Kościoła – kapłanów i sióstr zakonnych, z którymi zawsze mogłam porozmawiać. Inne rodziny smoleńskie też miały takie oparcie. Doświadczyliśmy i doświadczamy wielkiego serca.

Kapłanów ze środowisk kombatanckich czy rodzin katyńskich spotykaliśmy wcześniej z Andrzejem przy różnych uroczystych okazjach, a po 10 kwietnia zostali na stałe i to grono się powiększyło. W mojej parafii też spotkaliśmy wielu przyjaciół, którzy towarzyszą nam w życiu. Spotkać dobrych ludzi to wielkie szczęście i dlatego my ten dar doceniamy. Warto mieć ufność i wiarę w drugiego człowieka i w jego dobroć. W tym wymiarze realizuje się właśnie moc Bożego Miłosierdzia.

A dzieci? Wiara też im pomagała przetrwać najtrudniejszy czas po śmierci taty?

– Myślę, że tak, ale to już same musiałyby się odnieść. Najstarsza córka jest już po studiach, a młodsza w gimnazjum. Rodzina była dla nas z Andrzejem bardzo ważna i tak zostało po jego śmierci.

Zależało mi, by nie zmarnować tego, co zbudowaliśmy razem, więc troszczę się o rodzinę, o dzieci, choć ojca już nie ma z nami. Andrzej był fantastycznym człowiekiem, ale przede wszystkim ojcem, który miał bardzo dobrą relację z córkami. To kapitał, z którego czerpię ja, ale one również.

Pani mąż był bardzo pracowitym człowiekiem. Nie było to kosztem rodziny?

– Ale praca nie oznaczała braku zainteresowania rodziną. Dzielił swój czas maksymalnie jak się dało na rzecz domu i najbliższych. Potrafił też świetnie gotować. Miał pasje, którymi nas zarażał. Moje córki gotowały z nim różne dania. To nie była obecność ojca czysto formalna. On w ich życiu był obecny.

Córki jeździły też chętnie z tatą na uroczystości, jeśli były w Warszawie. Młodsza córka ma sporą pasję i talent do historii.

Nadal okoliczności śmierci Pani męża i 95 pasażerów Tu-154 pod Smoleńskiem czekają na wyjaśnienie.

– Wciąż na nie czekam. Myślę, że wyjaśnienie nastąpi. Toczą się postępowania, odbyła się też ekshumacja mojego męża. Uważam, że w którymś momencie trzeba je doprowadzić do finału i zakończyć rzetelnie i uczciwie. Na to spokojnie czekam i myślę, że to nastąpi.

Cierpienie ma sens?

– Cierpienie dla człowieka, który stracił najbliższą osobę, zawsze jest niewytłumaczalne i niewyjaśnione. Ale kolejne zdarzenia świadczą o tym, że jest w tym Boży plan. Choć nie jest on bezbolesny, to jednak jest.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Karolina Goździewska

Aktualizacja 10 kwietnia 2017 (19:03)

Nasz Dziennik