logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Efekt św. Mateusza a reforma Gowina

Środa, 10 maja 2017 (21:46)

Czy Ustawa 2.0 stanie się zalążkiem prawdziwej dobrej zmiany na wyższych uczelniach?

Rząd Prawa i Sprawiedliwości pracuje nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym. Przygotowywana przez ministra Jarosława Gowina reforma ma opierać się na założeniach opracowanych niezależnie przez trzy zespoły reprezentujące uczelnie publiczne (UAM), prywatne (SWPS) oraz Instytut Allerhanda (niezwiązany z żadną uczelnią). Przewiduje się odejście od obecnych zasad funkcjonowania szkolnictwa wyższego, bazujących na dorobku prawnym II RP, i przejście na menedżerski model zarządzania oparty na konkurencji o ograniczone zasoby. Jednym z elementów reformy ma być trójpodział uczelni na badawcze, badawczo-dydaktyczne (regionalne) oraz dydaktyczne.

Autorzy założeń chcą przyznać uczelniom badawczym szczególne przywileje. Wywoła to zjawisko znane w nauce jako efekt św. Mateusza (nazwa pochodzi od wyrwanego z kontekstu cytatu z przypowieści o talentach – każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma) – uczelnie badawcze wzbogacą się kosztem regionalnej konkurencji, a młodzież, której nie stać na studia w Warszawie czy Krakowie, otrzyma gorsze wykształcenie. Naszym zdaniem, nie musi tak być. Ustawa 2.0 może stać się zalążkiem prawdziwej dobrej zmiany, o ile uda się określić w niej misję ośrodków regionalnych oraz wprowadzić przepisy chroniące je przed grożącą im zapaścią finansową i degradacją.

Rzut oka za granicę

Niektóre kraje, jak choćby USA, mają daleko posuniętą stratyfikację uczelni, nie wynika jednak ona z przepisów, a raczej z tego, że mają one zróżnicowaną misję. Inne cele przyświecają dużej uczelni badawczej, inne małemu liberal arts college, jeszcze inne stanowym uczelniom regionalnym zapewniającym wykształcenie młodzieży z uboższych rodzin. Francja ma podział na elitarne grandes ecoles i otwarte dla wszystkich uniwersytety. Niemcy mają ścisły podział na uniwersytety i wyższe szkoły zawodowe. Republika Południowej Afryki w ramach niedawnej reformy połączyła tamtejsze technikony (uczelnie zawodowe mające jednak prawo nadawania doktoratów) z mniejszymi uniwersytetami, tworząc tzw. comprehensive universities.

Wszystkie te systemy mają swoje korzenie w różnych uwarunkowaniach historycznych, społecznych i prawnych. Wspólne dla nich jest to, że wprowadzenie różnych typów uczelni nigdy nie prowadziło do pozbawienia którejś z nich statusu akademickiego, w tym praw nadawania stopni doktorskich. Przeciwnie, obserwujemy raczej tendencję odwrotną, do rozszerzania działalności uczelni zawodowych na badania i uzyskiwanie przez nie statusu uniwersytetu.

Kasyno zawsze wygrywa

Czy nasze uczelnie mogą obecnie profilować się w kierunku dydaktycznym lub praktycznym? Formalnie – tak, realnie – nie. Tak, bo uczelnie mają autonomię, same określają swoje cele strategiczne, mogą więc skupić się na dydaktyce na wysokim poziomie, ograniczając aktywność badawczą do kilku wybranych obszarów. Nie, bo obecne przepisy widzą tylko jeden model i zachęcają wszystkie uczelnie do bycia dużymi jednostkami badawczymi. Od posiadania tak zwanej „pełni praw akademickich” zależy bardzo dużo, poczynając od możliwości używania prestiżowej nazwy „uniwersytet,” przez swobodę decydowania o awansach pracowników, a na swobodzie kształtowania programów studiów skończywszy. Dlatego nawet wyższe szkoły zawodowe starają się, wbrew swojej misji, uzyskać status akademicki.

Projekty Ustawy 2.0 utrwalają ten stan rzeczy, przewidując powstanie czegoś w rodzaju ligi futbolowej. Uczelnie byłyby okresowo oceniane pod kątem działalności badawczej i najlepsze z nich trafiałyby do ekstraklasy, uprzywilejowanej finansowo. Uczelnie, które nie osiągną minimalnego pułapu, spadną do niższej ligi, a te, które nie prowadzą badań, lub te badania nie są dość dobre, lądują w okręgówce. Otwarcie wspomina się o przesunięciu środków finansowych od uczelni kategorii „niższych” w kierunku uczelni badawczych.

Władze ministerstwa wprawdzie ostatnio odżegnują się od takiej intencji, ale podobne deklaracje były składane w przypadku tegorocznej zmiany algorytmu podziału dotacji podstawowej i jednak okazało się, że w wyniku nowego podziału nastąpiło istotne przesunięcie środków od uczelni regionalnych do uczelni największych.

Zatem znowu jedyną racjonalną strategią dla uczelni akademickich będzie walka o uzyskanie statusu uczelni badawczej. Nie opłaci się natomiast profilowanie uczelni jako badawczo-dydaktycznej, bo będzie się to wiązało ze spadkiem finansowania. Osłabione uczelnie regionalne nie będą mogły być konkurencją dla dużych uczelni z tradycjami, do których już obecnie trafia większość środków na badania naukowe. Wielkie uczelnie nie będą musiały dążyć do większej doskonałości, by utrzymać przewagę wynikającą ze zakumulowanych przez lata zasobów wiedzy i prestiżu. Natomiast uczelnie regionalne znajdą się w sytuacji gracza, który wie, że nie może wygrać, bo gra ustawiona jest tak, że kasyno zawsze wygrywa, nie może jednak odejść od stołu, póki się nie odegra.

Różni, lecz równi

Uważamy, że podział uczelni na różne kategorie ma sens tylko wtedy, gdy będą one mogły realizować różne, wzajemnie uzupełniające się misje. Dlatego zamiast zmuszać wszystkich do naśladowania tego samego modelu rozwoju, należy umożliwić każdej z trzech kategorii uczelni znalezienie własnej drogi do doskonałości. Uczelnie badawcze powinny skupić się na badaniach podstawowych i kształceniu elity wiedzy. Uczelnie badawczo-dydaktyczne powinny kształcić elity umiejętności – profesjonalistów przygotowanych do działania w realnym życiu i nastawionych na rozwiązywanie konkretnych problemów praktycznych. Stąd też skupiałyby się one na dyscyplinach stosowanych. Last but not least uczelnie dydaktyczne przejęłyby na siebie kształcenie ustawiczne oraz przygotowanie absolwentów tak do szybkiego, bezpośredniego wejścia na rynek pracy, jak i do studiów magisterskich na uczelniach pozostałych dwóch typów.

Wprowadzenie takiego podziału powinno się odbywać na zasadzie „różni, lecz równi”, co oznaczałoby przede wszystkim jednakową autonomię wszystkich typów uczelni, podobne zasady wynagradzania oraz istnienie systemu bodźców ułatwiających współpracę dydaktyczną i badawczą między nimi. Zakładamy, że każda z uczelni nowego systemu chciałaby przyciągać jak najlepszą kadrę i mieć jak najlepszych studentów. Podjęcie pracy na uczelni innej niż badawcza nie byłoby traktowane jako „degradacja”, a ukończenie uczelni dydaktycznej – jako uzyskanie wykształcenia drugiej świeżości. Obecnie dydaktyka nie jest mocną stroną polskich uczelni, nawet najlepszych. Na tym polu przewaga uczelni badawczych wcale nie jest taka oczywista.

Algorytm sukcesu

Powstaje pytanie, jak skonstruować system, by uczelnie mogły dokonać racjonalnego wyboru między badawczą, dydaktyczną i mieszaną ścieżką rozwoju. Naszym zdaniem, najprostszym i najbardziej efektywnym środkiem będzie wykorzystanie do tego algorytmu podziału dotacji podstawowej będącej głównym źródłem finansowania szkół wyższych. Już obecnie uczelnie podzielone są na kilka grup. Są to uczelnie akademickie, uczelnie zawodowe (PWSZ) oraz uczelnie finansowane przez inne resorty (w tym medyczne, artystyczne czy wojskowe). Grupy te nie konkurują między sobą o środki finansowe, a zróżnicowane algorytmy finansowania motywują je do konkurencji wewnątrz każdej z grup.

Zasady dotowania uczelni zawodowych łagodnie zachęcają do kształcenia na studiach I stopnia, zwłaszcza o profilu praktycznym, oraz prowadzenia działalności komercyjnej. Natomiast uczelnie akademickie są mocno motywowane do inwestowania w badania naukowe i umiędzynarodowienie. Dydaktyka schodzi w nich na dalszy plan. Warto podkreślić, że od wielu lat utrzymuje się dokładnie ta sama proporcja między dotacją dla grupy uczelni zawodowych i grupy uczelni akademickich. Uczelnie badawcze można i należy wpisać w ten system, przy okazji modyfikując algorytmy tak, aby premiowały poszczególne grupy uczelni za wypełnianie właściwych sobie misji. W przypadku uczelni badawczych może to być elitarność (relacja mistrz – uczeń), konkurencja na arenie międzynarodowej (nie ma sensu obecna premia za liczbę grantów krajowych, które dla tych uczelni są „łatwe”, premiować trzeba tylko granty międzynarodowe), wysoki poziom całej kadry naukowej (obecnie wydział może mieć nawet kategorię A+, mając większość kadry nieproduktywnej naukowo) czy liczbę publikacji w najbardziej renomowanych czasopismach światowych. Algorytm powinien natomiast mocno zniechęcać uczelnie badawcze do prowadzenia sprzecznych z ich misją studiów niestacjonarnych, a nawet studiów licencjackich. Wzrost finansowania uczelni badawczych, powiązany ze wzrostem ich pozycji na świecie, powinien być dokonany z budżetu na naukę, nie wpływając negatywnie na poziom finansowania innych uczelni. Największym wyzwaniem jest uwzględnienie w algorytmach (dla wszystkich typów uczelni) jakości i poziomu dydaktyki. Rozwiązaniem może być wprowadzenie składnika jakości naboru premiującego uczelnie za pozyskanie kandydatów z wyróżniającymi się wynikami egzaminu maturalnego. Zakładamy, że najlepsi maturzyści są zainteresowani nie tylko uzyskaniem dyplomu, ale też wysokim poziomem studiów. Trzeba tylko ustalić, co to znaczy „wyróżniający się wynik”. Dla uczelni badawczych może to być górne 5% (plus oczywiście olimpijczycy), dla uczelni badawczo-dydaktycznych 15%, a dla uczelni zawodowych 50%.

Ostatnio znowelizowano ustawę w podobnym duchu, rozdzielając 82 mln zł dotacji projakościowej uczelniom, do których zgłosili się maturzyści, którzy uzyskali maksymalny wynik.

Algorytm powinien premiować też mobilność krajową pracowników i studentów, co jest rozwiązaniem lepszym niż proponowana w projektach nowej ustawy obligatoryjna mobilność młodej kadry. Można także wprowadzić współczynnik zróżnicowania kadry zależący od odsetka pracowników, którzy uzyskali stopień doktora, habilitację lub profesurę, pracując na innej uczelni. Zachęci to uczelnie do rezygnacji z „chowu wsobnego”, czyli zatrudniania wyłącznie własnych wychowanków.

Co dalej?

Podział uczelni na kilka grup może być szansą na zrównoważony i sprawiedliwy podział środków finansowych. Kluczowym założeniem jest konkurencja wewnątrz każdej grupy oraz brak konkurencji (o środki finansowe) pomiędzy grupami. W szczególności nie może nastąpić wzrost finansowania uczelni badawczych kosztem uczelni pozostałych. Wcale nie będzie oczywiste, czy wszystkim większym uczelniom będzie się wtedy opłacało aspirować do statusu uczelni badawczej (bo mogą stracić na konkurencji z największymi). Co więcej, bezpośrednia konkurencja uczelni badawczych między sobą i skłonienie ich do konkurencji na arenie międzynarodowej (zamiast zadowalania się liderowaniem na własnym podwórku) może wreszcie wyrwać nasze uczelnie z tej swoistej „pułapki średniego rozwoju”. Poza tym przygotowując reformę, trzeba mieć na uwadze nie tylko przypowieść o talentach, lecz także i to, że komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Aktualizacja 10 maja 2017 (23:16)

Nasz Dziennik