logo
logo

Zdjęcie: / Reuters

Wroga imigracja

Poniedziałek, 26 czerwca 2017 (20:04)

Nie istnieje norma prawna obligująca państwa Europy do przyjmowania imigrantów. 

W całej historii ludzkości były wojny, co jest nieuniknioną konsekwencją grzechu. Niektóre wojny powodowały masowe migracje, ale w większości przypadków, gdy kryzys już minął, ludzie, którzy dzielnie przetrwali działania wojenne, podejmowali zadanie odbudowy kraju. Na przykład, gdy w latach 1861-1865 wojna secesyjna siała spustoszenie w USA, powodując śmierć prawie miliona osób – zabitych na polu walki lub zmarłych na skutek zarazy Amerykanie nigdy nawet nie pomyśleli o emigracji. Wręcz przeciwnie – przystąpili do odbudowy kraju z taką energią, że przekształcili go w największe mocarstwo w historii.

Bez prawa do azylu

W dwudziestym wieku Europa doświadczyła dwóch wojen światowych, z których szczególnie druga wojna pozostawiła po sobie totalny chaos i zniszczenie. Niektóre mniejszości były rzeczywiście zmuszone do emigracji, jednak w przeważającej większości ludność Europy pozostała na miejscu i po zakończeniu wojny podjęła trud odbudowy swoich krajów i gospodarki, doprowadzając do wielu powojennych „cudów” gospodarczych, które wyniosły kontynent europejski na najwyższy – jak dotąd – poziom rozwoju materialnego.

Jednym z takich przypadków jest Polska. Doświadczona zaborami ze strony sąsiednich państw, rozbita nagłym i zmasowanym uderzeniem hitlerowsko-sowieckiego blitzkriegu, zdławiona trwającą pół wieku dyktaturą komunistyczną, powstała na nowo do życia po upadku żelaznej kurtyny i stała się motorem Europy Środkowej. Faktem jest, że niektórzy Polacy zostali zmuszeni do emigracji, ale przeważająca ich większość pozostała na miejscu i zdołała odbudować kraj z nową siłą.

Może to zabrzmi niepoprawnie z punktu widzenia politycznego, ale wojna rzadko jest przyczyną masowych migracji. Sytuacja obecna, a przynajmniej ta odnosząca się do Europy, wydaje się czymś przeciwnym. Wystarczy, że jakaś wojna wybuchnie w odległym zakątku naszej planety, a miejscowa ludność w sposób naturalny i oczywisty (ipso facto) otrzymuje „prawo” do emigracji na Stary Kontynent, co wskazuje na to, że Europa jest „zobowiązana” do przyjęcia uchodźców oraz do zapewnienia im wyżywienia i dachu nad głową. Argumentację tak sformułowaną można łatwo obalić. Z jednej strony, w świetle prawa międzynarodowego, tylko niewielką mniejszość imigrantów można zakwalifikować jako uchodźców. Przyjrzyjmy się włoskim danym statystycznym dotyczącym pierwszych dziewięciu miesięcy 2016 roku. Włochy, moja ojczyzna, przyjęły niewiele ponad 130 tys. imigrantów, z których zaledwie 70 tys. postanowiło ubiegać się o azyl. Pozostałe 60 tys. po prostu rozpłynęło się we mgle. Osoby te zapewne wiedziały, że nie przysługuje im status uchodźcy i w związku z tym „zeszły do podziemia”. W prostym tłumaczeniu na język angielski: 54 proc. imigrantów nie chciało nawet podjąć próby życia pod przepisami prawa europejskiego.

Spośród wszystkich ubiegających się o azyl tylko 2853 osoby azyl otrzymały. Pozostałe wnioski – w liczbie 67 097 – zostały rozpatrzone odmownie. Włoski wymiar sprawiedliwości uchodzi za najbardziej wyrozumiały, najbardziej łagodny i najbardziej liberalny w Europie. Jednakże, interpretując przepisy prawa w sposób najbardziej łagodny z możliwych, zmuszony był odrzucić 95,24 proc. wniosków. Podsumowanie powyższych danych prowadzi do wniosku, że w świetle prawa międzynarodowego 97,8 proc. imigrantów nie ma „prawa” emigrować do Europy, a Europa nie ma „obowiązku” ich przyjęcia.

W trybach ideologii

Liderzy europejscy, jak np. kanclerz Niemiec Angela Merkel, mogą uchodźców przyjąć, ale ich decyzja opiera się na przesłankach politycznych (osobiście powiedziałbym, że ideologicznych), a nie na przepisach prawa. A decyzje polityczne należą do przestrzeni suwerennych praw danego narodu. Żadne mocarstwo – ani USA, ani Unia Europejska – nie może zmusić suwerennego państwa do przyjęcia niechcianych imigrantów.

Ktoś mógłby tutaj zgłosić zastrzeżenia, mówiąc, że omawiana decyzja jest nie tylko decyzją polityczną, lecz również moralną. W związku z tym my, Europejczycy, powinniśmy jako chrześcijanie mieć moralny obowiązek przyjęcia napływających do nas fal imigrantów.

Poddajmy tę sprawę głębszej analizie. Czy istnieje w ogóle „prawo” do migracji i związany z nim „obowiązek” przyjęcia imigrantów? Prawo takie istnieje, ale ma ono charakter względny, a nie absolutny lub – jeśli wolimy tak to ująć – ma charakter wtórny, a nie pierwotny. Posłużmy się przykładem. Każda dorosła osoba ma prawo do wstąpienia w związek małżeński. Jednak prawo to nie koresponduje z obowiązkiem innej osoby do zawarcia związku małżeńskiego. Mogę oświadczyć się dziewczynie, ale ona ma pełne prawo odmówienia mi. Podam inny przykład: każdy człowiek ma prawo do pracy, ale ono nie koresponduje z obowiązkiem innej osoby do zatrudniania kogokolwiek. Mogę złożyć podanie o pracę, ale pracodawca jest wolny w tym, by moje podanie rozpatrzyć odmownie.

A więc jeśli nawet jakiś imigrant ma prawo do emigrowania ze swojego kraju, prawo to nie nakłada na Europę obowiązku przyjęcia tej osoby. Kwestia ta zależy od wielu konkretnych uwarunkowań.

Samobójcza polityka

Celem państwa jest obrona wspólnego dobra jego obywateli. Istnieją konkretne sytuacje, w których imigracja może wyrządzać szkodę wspólnemu dobru. Święty Tomasz z Akwinu nazywa to „wrogą imigracją”. Jednym z kryteriów są same liczby. Naród jako taki może w sposób naturalny wchłonąć pewną liczbę imigrantów. Lecz jeśli imigracja przybiera bardzo duże rozmiary – takie, które grożą rozerwaniem społecznej i duchowej tkanki narodu, wtedy powinna być uznana za wrogą. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku napływu ludności obcej z terytoriów, które cechują się o wiele wyższym wskaźnikiem przyrostu naturalnego niż społeczność lokalna. Gdyby obecny trend się utrzymywał, za 15-20 lat w wielu metropoliach europejskich imigranci stanowiliby większość mieszkańców. Ile czasu potrzeba, by jakiś kraj znalazł się w sytuacji, w której większość jego mieszkańców będą stanowili imigranci? Gdyby do tego doszło, kraj ten przestałby istnieć. A w żadnym wypadku nie może być mowy o „obowiązku” popełniania samobójstwa. Wręcz przeciwnie – tak jak każdy człowiek ma moralny obowiązek zachowania swojego życia, tak każdy kraj ma moralny obowiązek obrony swojego istnienia.

Drugim kryterium do uznania imigracji za dobrą lub korzystną jest wola imigrantów do zintegrowania się z krajem, który ich przyjmuje. Celem imigracji powinna być integracja, a nie dezintegracja czy segregacja. I w tym przypadku fala imigrantów obecnie przybywających do Europy nie spełnia tego kryterium. Od kilkudziesięciu lat kraje europejskie próbują stosować różne modele działania w tym względzie. Zasadniczo mówimy tu o modelu „integracyjnym” (Francja, Niemcy) i o modelu „wielokulturowym” (Wielka Brytania, Holandia). Żaden z tych modeli nie zdał egzaminu, jak wyraźnie wskazują na to ostatnie wydarzenia. Nawet potężne państwo niemieckie nie było w stanie zintegrować przyjętej rzeszy imigrantów. „Straciliśmy kontrolę nad naszymi ulicami” – tak pisze niemiecka policjantka (Tania Kambouri) w swojej popularnej książce „Deutschland im Blaulicht: Notruf einer Polizistin” („Niemcy w niebieskim świetle: Wołanie policjantki o pomoc”).

Żandarmeria francuska co roku publikuje mapę niebezpiecznych stref miejskich – Zones Urbaines Sensibles (ZUS) – klasyfikując je według poziomu ryzyka. Prawie 20 proc. stref ZUS to obszary opatrzone szyldem „nie wchodzić”, co oznacza, że są to miejsca, do których Europejczyk normalnie wejść nie może. Sytuacja w Norwegii nie przedstawia się lepiej.

Na przytoczone powyżej fakty i na inne podobne sytuacje należy spojrzeć z perspektywy historycznej, gdyż wszystkie one ukazują trend, który staje się coraz bardziej przejrzysty. Mianowicie, w sytuacji gdy Europa utraciła swoje fundamenty, wyrzekając się własnych korzeni, do jej drzwi kołaczą ludzie o silnej woli i silnej motywacji religijnej. Sam tylko rozmiar tej imigracji rodzi pytanie, czy jest ona zjawiskiem zorganizowanym czy nie. Osobiście uważam, że jest mało prawdopodobne, by zjawisko o tak masowej skali było po prostu skutkiem działania czynników naturalnych lub okoliczności warunkowych. Za tym wyraźnie stoi jakiś plan.

Atak na tożsamość

Istnieje pojęcie zwane cywilizacją europejską, które charakteryzuje nasz kontynent, odróżniając go od wszystkich innych kontynentów, od Sycylii po Norwegię, od Irlandii po Polskę. Cywilizacja ta jest z trudem uzyskanym owocem kilku tysięcy lat ludzkiego wysiłku obejmującego filozofię grecką, prawodawstwo rzymskie, cywilizację łacińską, zwyczaje germańskie, tradycję średniowieczną i współczesny dynamizm. Jej fundamentem, latarnią i najgłębszą istotą jest wiara chrześcijańska. Cywilizacja ta jest zbyt cenna, by ją zmarnować. Niesie ze sobą wartości kulturowe i historyczne, a szczególnie wartości moralne i religijne, których po prostu nie można zdradzić.

Najwyższym obowiązkiem rządów europejskich jest obrona europejskiej tożsamości. Należy jej strzec jak wyjątkowo drogocennego skarbu. Marnowanie tej tożsamości jest nie tylko okrutnym ciosem zadanym naszym przodkom, którzy mężnie walczyli o budowanie Europy, lecz także najwyższą niesprawiedliwością dla naszych potomków, którzy mają prawo do swojego dziedzictwa.

Pragnę zakończyć, przytaczając słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w Santiago de Compostela w Hiszpanii 9 listopada 1982 r.: „Ja, biskup Rzymu i pasterz Kościoła powszechnego, z Santiago kieruję do ciebie, stara Europo, wołanie pełne miłości: Odnajdź siebie samą! Bądź sobą! Odkryj swoje początki. Tchnij życie w swoje korzenie. Tchnij życie w te autentyczne wartości, które sprawiały, że twoje dzieje były pełne chwały, a twoja obecność na innych kontynentach dobroczynna. Możesz jeszcze być latarnią cywilizacji i bodźcem postępu dla świata. Inne kontynenty patrzą na ciebie i spodziewają się po tobie tej samej odpowiedzi, jaką święty Jakub dał Chrystusowi: »Mogę«”.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Julio Loredo

Nasz Dziennik