logo
logo
 

Dr Tomasz M. Korczyński

Olimpijska obłuda

Sobota, 25 stycznia 2014 (02:16)

Każde igrzyska olimpijskie są wydarzeniem o randze światowej i niosą ze sobą nie tylko prestiż, uznanie, okazję do zwrócenia uwagi całego świata na wielkie sportowe widowisko, ale także dają możliwość promocji kraju-organizatora, usytuowania go w centrum zainteresowania mediów, do bycia przez chwilę ośrodkiem politycznym i finansowym, a przy tym napędzają potężną machinę ekonomiczną i propagandową, zwiększając jego psychologiczną przewagę na arenie międzynarodowej. Niejeden reżim podejmował zatem trud, aby zostać wybranym na gospodarza tej ogólnoświatowej imprezy.

Olimpiady organizowały III Rzesza w Berlinie w 1936 roku, Związek Sowiecki w Moskwie w 1980 roku, Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii w Sarajewie w 1986 roku, Chińska Republika Ludowa w Pekinie w 2008 roku. Nadszedł zatem czas na dyktatora Putina i jego Soczi.

Przyznanie organizacji olimpiady Rosji przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jest kolejną kompromitacją tej instytucji. Można powiedzieć, że po osiągnięciu moralnego dna, jakim była olimpiada w Pekinie, nie może być już gorzej, chyba że wytypowana zostałaby Korea Północna, ale na to się jeszcze nie zanosi.

Rosja jako organizator igrzysk otrzymała legitymizację dla swojego stylu zarządzania aparatem represji. Moskwa bezwzględnie i cynicznie wykorzysta to wydarzenie do cna. Już zresztą działa po swojemu. Nigdy w historii nie rozgrywano igrzysk tak blisko ognisk zapalnych.

W celu wsparcia logistycznego całej infrastruktury imprezy państwo putinowskie wprowadziło niemal stan wyjątkowy w całym kraju, nadając kolejne uprawnienia służbom specjalnym, które pod pretekstem ścigania terrorystów korzystają z inwigilacji opozycyjnych i dziennikarskich środowisk. Do zorganizowania olimpiady zaangażowano największe w historii środki finansowe w wysokości 60 miliardów dolarów.

I tak oto wkrótce dojdzie do promocji reżimu łamiącego prawa człowieka, ponadto do podtrzymywania propagandy sukcesu prezydenta Putina na arenie międzynarodowej. Igrzyska napędzą także jego geopolityczną grę. W końcu nieprzypadkowo olimpiada w Rosji odbywa się w Soczi, nieprzypadkowo w tym czasie. Oto w 2014 roku mija 150. rocznica wyniszczenia Czerkiesów, mieszkających u wybrzeży Morza Czarnego, między Krymem a obecną republiką Gruzji. W 1864 roku zostali ostatecznie usunięci ze swojej ziemi i brutalnie spacyfikowani przez armię rosyjską. Krasnaja Polana, która jest dziś potężnym centrum olimpijskim, to w gruncie rzeczy grobowiec, miejsce kaźni Czerkiesów. Prowokacja putinowska jest zatem dość czytelna. Igrzyska zimowe można odczytywać jako świętowanie podbicia Kaukazu przez Rosję. Stąd tak wielkie wzburzenie w Dagestanie i w innych autonomicznych republikach kaukaskich.

Oprócz rozgrywki „wewnętrznej” o supremację totalną w tym regionie były agent KGB w międzyczasie przebrał się w kostium cara, który przy wsparciu elit Cerkwi rosyjskiej obnosi się niemal jako władca namaszczony przez samego Boga i może dzięki tej grotesce realizować swoje scenariusze.

Władimir Putin jawi się oto Rosjanom i liderom Cerkwi prawosławnej jako zatroskany gospodarz chroniący nagle tradycyjne wartości, jak rodzina, małżeństwo, dobro wychowawcze dzieci, patriotyzm, w celu dążenia do zapewnienia świetlanej przyszłości narodu rosyjskiego. Takiego gospodarza Rosjanie przecież zawsze chcieli mieć i zawsze kochali. Putin gra swobodnie olimpiadą i prawami człowieka, a Zachód albo nieświadomie wchodzi w jego pułapkę, albo świadomie podejmuje tę grę. „Car” kpi publicznie z oburzenia wyuzdanego Zachodu i zdobywa kolejne przyczółki w świecie islamu, chociażby paktowaniem z Iranem czy Syrią. Z kolei dekadencki i zapóźniony moralnie Zachód potępia olimpiadę w Soczi, powołując się nagle na łamanie praw człowieka.

Jest to tym żałośniejsze, że owe „prawa człowieka” rozumiane są w zgodzie z definicją zaproponowaną w szerokim dyskursie przez zdeprawowane środowiska mniejszości seksualnych, które bronią wyłącznie praw gejów, lesbijek i innych tęczowych mieszkańców współczesnych Sodomy i Gomory. Można się zapytać, gdzie byli ci wszyscy oburzeni politycy z USA, Francji czy Wielkiej Brytanii, gdy organizowana była olimpiada w Pekinie, w państwie powszechnego łamania praw człowieka. Nie było ich, gdyż ucisk nie dotyczył homoseksualistów i innych wyznawców ideologii gender, ale chrześcijan, buddystów, muzułmanów, kobiet, demokratów, dzieci nienarodzonych, więźniów sumienia rozstrzeliwanych bezkarnie i masowo.

Wówczas pieniądz uspokoił sumienie Zachodu, chciwego, skorumpowanego, nihili- stycznego Zachodu, który obliczył, ile może stracić na bojkocie Komunistycznej Partii Chin. Dziś skorumpowani tęczową mamoną wyrachowani politycy Zachodu wykalkulowali, że bardziej im się opłaca pogrożenie palcem Moskwie w obronie rzekomo uciskanych środowisk LGBT, genderowców, feministek i innych ekstremistów, jako że jest to potężny kolektyw, dzięki któremu można zostać obficie wynagrodzonym, na przykład zwycięstwem w kolejnych wyborach. A to już gra warta świeczki.

Dr Tomasz M. Korczyński

Nasz Dziennik