logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Wojciech Wyziński/ Nasz Dziennik

Święty Jan Bosko światłem dla wychowawców

Piątek, 31 stycznia 2014 (09:49)

Z ks. prof. dr. hab. Kazimierzem Misiaszkiem SDB, dyrektorem Instytutu Teologii Praktycznej na Wydziale Teologicznym UKSW, autorem wielu opracowań na temat katechezy i nauczania religii w szkole, rozmawia Izabela Kozłowska

 

Dzisiaj przypada 126. rocznica śmierci ks. Jana Bosko. Założyciel Towarzystwa Salezjańskiego znany jest jako wychowawca młodzieży, szczególnie tej najbardziej potrzebującej wsparcia. Ksiądz Jan Bosko w dalszym ciągu może być światłem dla rodziców i wychowawców w prawidłowym kształceniu młodych ludzi?

– Z propozycji świętego Jana Bosko można zaczerpnąć przede wszystkim to, co wiąże się z tzw. asystencją. Asystencja w środowiskach wychowawczych, które on tworzył (oratoria, szkoły), była rodzajem permanentnej obecności wśród wychowanków, gdzie tenże asystent – czasami to był starszy kolega, seminarzysta, pomagał kierownikowi oratorium. Był on obecny wśród wychowanków zawsze, co miało szczególne znaczenie wtedy, gdy wychowankowie przeżywali sytuacje trudne, z którymi sami nie mogli sobie poradzić.

Jest on kimś, kto egzemplifikuje to, co jest dzisiaj nazwane towarzyszeniem wychowaniu. Pierwsza permanentna obecność jest zadaniem rodziców. Jeżeli rezygnują oni z tego – a wydaje się, że często rezygnują – to mamy do czynienia z problemami. Asystencja, obecność, towarzyszenie wydaje się być taką podpowiedzią, sugestią dla współczesnych rodziców, jaka płynie z systemu wychowawczego ks. Jana Bosko. Ona wskazuje nam na bardzo istotną kwestię, czyli na to, że jako rodzice oraz wychowawcy bierzemy odpowiedzialność za rozwój młodego człowieka. Jeżeli nie ma tej odpowiedzialności, a wychowanie „zleca się” instytucjom, to konsekwencje tego stanu rzeczy zwykle są negatywne.

Dziecko bowiem nie jest wówczas przedmiotem opieki, zainteresowania, a w sumie miłości. Są też ignorowane jego potrzeby płynące z charakteru jego rozwoju. Dzisiaj obserwujemy, że najczęstszą wymówką rodziców jest brak czasu na zajęcie się dziećmi, gdyż – tak argumentują – muszą poświęcić się pracy. Trzeba im w pewnym sensie przyznać rację, szczególnie odnośnie do pracy i jej braku. Wskazuje to przede wszystkim na niewydolność państwa, które nie jest w stanie zapewnić możliwości pracy. Ponadto obserwujemy, że dzisiejszy charakter pracy nie sprzyja życiu i wychowaniu w rodzinie: pracodawca, szczególnie w sektorze prywatnym, chce swobodnie dysponować czasem pracownika, nie interesując się jego życiem prywatnym.

To nie jest sytuacja zdrowa dla rozwoju człowieka i rodziny, gdyż nie liczy się człowiek, tylko ekonomia. Z drugiej jednak strony trzeba jasno wskazać, że wiele zaniedbań jest po stronie samych rodziców. Tymczasem te zaniedbania dość często wpływają na rodzenie się w młodym człowieku stanu opuszczenia, a więc świadomości, że musi sobie radzić sam, co może prowadzić na przykład do różnego rodzaju uzależnień: od gier, internetu czy używek, albo też zaczyna wychowywać ulica. Wówczas niesienie pomocy takiemu dziecku jest o wiele trudniejsze.

Rodzice przeoczyli ten dobry moment na ukierunkowanie zainteresowań dziecka, rozmowę z nim i prowadzenie dialogów, które przekonałyby go do zaufania im, a w konsekwencji do szukania w nich osób udzielających najlepszej pomocy. Jeżeli tego nie ma, to mamy do czynienia ze złym pojmowaniem wychowania. Dlatego św. Jan Bosko w swoim systemie wychowawczym tak mocno zwracał uwagę na asystencję – permanentną, ciągłą obecność wśród młodych ludzi, którzy mają wtedy poczucie pewności, że jest ktoś, kto się nimi interesuje. Jeżeli na pewnym etapie zabraknie tego poczucia, to w młodym człowieku rodzi się egzystencjalny lęk i pewnego rodzaju trwoga, że jest on sam. Wówczas może dokonywać niedobrych wyborów.

W ostatnim czasie wiele uwagi poświęca się ideologii gender. Jakie ona niesie ze sobą zagrożenia?

– Z różnych dyskusji, toczących się przede wszystkim w środkach masowego przekazu, na temat gender wynika, że mamy do czynienia z pełną ideologią. Nie znajduję żadnych przesłanek, żeby gender uznać za naukę. Nie spotkałem żadnego opracowania czy wypowiedzi, które wskazywałyby na metodologię naukową tej „nauki”.

Czasami się słyszy, że mamy do czynienia z określoną teorią społeczną. A teorię można sobie wymyślić, jak wcześniej robili to marksiści. I właśnie mamy do czynienia z taką teorią, która nie bada rzeczywistości, ale chce ją według jakiegoś planu modyfikować. Tymczasem gender burzy realistyczny wizerunek antropologiczny człowieka, podważa wyniki badań w naukach antropologicznych, szczególnie wtedy, gdy twierdzi, że kultura spełnia dominującą rolę w rozwoju człowieka, a płeć jest już kwestią wtórną. Na podstawie jakich danych naukowych tak się twierdzi? Skąd bierze się teoria o tzw. stereotypach kulturowych, od których należy odchodzić? Co się uznaje za stereotyp kulturowy? Jakie są  kryteria jego oceny? Dlaczego on ma być zawsze zły?

Czy przypadkiem nie chce się w ten sposób niszczyć chrześcijańskich wizji człowieka i rodziny? Z pewnością tak. Owszem – sam tak nauczam moich studentów – kultura pełni bardzo istotną rolę w wychowaniu. Należy łączyć z jednej strony kierunek rozwoju wyznaczony przez płeć, a z drugiej strony doceniać to, co jest rolą kultury. Nie można jednak doprowadzić do sytuacji takiej, kiedy uzna się rolę kultury za dominującą i neguje się płeć. Negacja biologii człowieka, która jest uwarunkowana genetycznie, stwarza zagrożenia dla rozwoju osoby ludzkiej. Nie można zaprzeczać faktowi płci. Jeżeli dochodzi do braku równowagi, to oznacza, że mamy do czynienia z ideologią.

Młody człowiek, któremu głoszone są tezy gender, staje przed wyzwaniem, dużym problemem określenia własnej tożsamości płciowej. Zwracali na to uwagę pedagodzy z PAN. Czyżby odnosili się oni do nieistniejącej rzeczywistości? Przecież są programy edukacyjne, za które nie chce odpowiadać Ministerstwo Edukacji Narodowej, proponujące wczesną seksualizację dzieci. Jeżeli ministerstwo nie chce o tym wiedzieć, to jaka jest jego rola? Ministerstwu obojętne jest to, jakie programy wprowadza się do edukacji? Zwolennicy ideologii gender twierdzą, że tam tego nie ma. Dlatego pytam: skąd biorą się te konkretne praktyki edukacyjne? Z jakiej innej ideologii są one zaczerpnięte? Wszystko, co próbuje się wprowadzić do programu edukacji, logicznie wypływa z założeń ideologii gender. To w niej mówi się o tzw. równościowej polityce, co próbuje się wcielać w życie poprzez takie właśnie karkołomne pomysły, jak niektóre programy przedszkolne proponujące zmianę ról płciowych.

Nie jestem pewny, czy zapewnienia minister ds. równościowych Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, że w polskich przedszkolach nie ma gender, są zgodne z prawdą. Co rusz dowiadujemy się, że są przedszkola, w których eksperymentuje się z dziećmi i zmusza się je do zamiany rolami płciowymi. Jest to manipulowanie rozwojem człowieka. Dewastacja osobowości dziecka, które ma prawo harmonijnie się rozwijać.

Największą falę debat i dyskusji, a jednocześnie ataków wymierzonych w Kościół, wywołał list polskich biskupów na Niedzielę Świętej Rodziny. Zwolennicy ideologii gender „wystraszyli się” tego przesłania?

– W liście, o którym pani wspomniała, uderzono w sam środek problemu. Dlatego po odczytaniu tego dokumentu podniosły się tak silne głosy ośmieszające i lekceważące zdanie biskupów. Ale czy to jest ten rodzaj dialogu, jaki ma być prowadzony? Zresztą trudno tu mówić o dialogu, raczej o zamykaniu ust tym, którzy głoszą niewygodne prawdy. Podkreślam, że biskupi uderzyli w czułą strunę. Dlatego reakcja zwolenników tej ideologii jest tak silna. W liście na Niedzielę Świętej Rodziny hierarchowie Kościoła w Polsce w sposób jasny wskazali na realne zagrożenia wynikające z ideologii gender.

Dziękuję za rozmowę.

 


Jutro na portalu NaszDziennik.pl opublikowana zostanie druga część wywiadu z ks. prof. dr. hab. Kazimierzem Misiaszkiem. A w niej m.in. o charyzmacie świętego Jana Bosko, miłości wychowawczej i metodzie prewencji, którą wypracował założyciel Towarzystwa Salezjańskiego.

Izabela Kozłowska

NaszDziennik.pl