logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Bliska miłość z dystansu

Środa, 19 lutego 2014 (02:04)

Tytan literatury, który nie miał ani jednej wolnej chwili i przerwy w tworzeniu. Nawet siedząc w kawiarni, zapisywał serwetki przybywającymi wciąż pomysłami do swoich kolejnych utworów. Stworzył ponad pół tysiąca dzieł.

 

W związku z niezliczoną ilością książek, jakie stworzył Józef Ignacy Kraszewski – pisarz, poeta, malarz, dziennikarz, publicysta urodzony w Warszawie, trudno pokusić się o dokonanie w krótkim artykule syntezy jego dorobku. To niemożliwe. Skupię się więc na wybranej przeze mnie książce o znamiennym tytule „My i oni” z 1865 roku, która jest dziś w Polsce zapomniana, a która jest ważna z kilku powodów. W rozważaniach tych uwzględnię także zbiór publicystyki i reportaży zawartych w „Wieczorach drezdeńskich” z 1866 roku.

Na obczyźnie

Zazwyczaj, gdy myślimy o Józefie Ignacym Kraszewskim (1812-1887), przychodzą nam na myśl jego wielkie eposy historyczne, klasyczne dzieła, takie jak „Stara baśń”, trylogia saska (spośród tych trzech dzieł najlepszy jest oczywiście „Brühl”), „Bracia Zmartwychwstańcy” czy „Waligóra”. Nieprzypadkowo. Polski Homer snuł pieśń długiej, pięknej, ale i bolesnej historii Narodu Polskiego, którą opiewał w stu powieściach, pisząc bez przerwy w Warszawie, a potem w Dreźnie.

W styczniu 1863 roku (znamienna data, pisarz miał wówczas 51 lat) wygnany z Warszawy jako persona non grata w wyniku swojej dość jawnej i ostrej krytyki wobec polityki prowadzonej przez margrabiego Aleksandra Wielopolskiego osiadł w Dreźnie, gdzie z dystansu i z punktu widzenia „obcego” prowadził obserwacje socjologiczne swojej epoki, narodu niemieckiego, polskiego oraz sytuacji geopolitycznej w Europie. I właśnie tę perspektywę wybrałem do opisania twórczości mistrza.

Józef Ignacy Kraszewski zmarł na obczyźnie, w Genewie, wierząc, że nadejdzie moment odnowy i odbudowy Ojczyzny. Przez całe emigracyjne życie czuje się wyobcowany, jest niechętny zachodnim nowinkom i modom, odrzuca nihilistyczną, militarystyczną filozofię Okcydentu, nie podoba mu się także koncepcja chrześcijaństwa w wersji luterańskiej, zimna, samolubna, wręcz egoistyczna w porównaniu z katolickim duchem miłosierdzia, ofiarności, otwartości i powszechności.

W zbiorze tekstów publicystycznych „Wieczory drezdeńskie” wyraża cały swój smutek, ciężar bycia u obcych, wrogich, nieprzyjaznych Sasów, u których nawet jedzenie jest niesmaczne, a w Dreźnie najweselszym miejscem miasta jest „cmentarz nasz katolicki, kwiatów na nim pełno, cicho, napisy mówią znanym językiem”. Po czym ze swoistą ironią wskazuje na przesadną, maniakalną potrzebę nieustannego nakazywania legitymowania oraz bycia legitymowanym w tym państwie policyjnym („Oddawszy ducha, każdy jest już doskonale wylegitymowanym”).

W wielu swoich pracach rysuje konkretny program odnowy ducha narodowego, dostrzegając, że zbrojne zrywy niepodległościowe nie przynoszą oczekiwanego skutku w postaci upragnionej wolności. Już w pierwszych zdaniach powieści „My i oni”, dzieła, które powinno zwrócić naszą baczniejszą uwagę w aktualnej sytuacji geopolitycznej, odzwierciedla problem Ojczyzny w przededniu Powstania Styczniowego. Oto stary Jeremi mówi do powstańca Władysława, nie widząc szans na powodzenie styczniowej rewolty: „Uderzcie się w piersi, uderzmy wszyscy, popatrzmy na społeczność naszą okiem chłodnem, bezstronnem, nie Polaka, co kocha aż do zaślepienia wszystko swoje, ale człowieka, który ma sądzić wedle sumienia i rozsądku. Płomienia dosyć w was, ale tylko płomienia… rzucicie nań garść słomy, buchnie ogień wielki i spłonie. Niestety, niestety! posypmy głowy popiołem, rozedrzyjmy szaty – Polska nie ma kim, przez kogo zrobić i prowadzić wojny o niepodległość. Nie karabinów nam braknie, ani tych, coby je chwycili, mogą się oni znaleźć, znajdą się tacy, co z dobrą poginą wiarą, ale kto będzie prowadził? kto pokieruje? gdzie dłonie? gdzie głowy? gdzie wodzowie?”.

Ta powieść, trudna w odbiorze dla współczesnych mu rodaków, krytyczna, wyzywająca, karcąca, ukazuje jednocześnie, gdzie leżą zasadnicze problemy w zarządzaniu Polską. Kraszewski wskazał w niej także, w jaki sposób jesteśmy traktowani przez kraje Europy. W gruncie rzeczy nigdy nie mogliśmy na nie liczyć, ponieważ one prowadzą partykularne gry, kierując się wyłącznie swoim narodowym interesem, a tylko my staramy się im ciągle przypodobać, zaprzedając całą swoją istotę.

Jest to podkreślone bardzo mocno podczas kolejnej rozmowy Władysława z Jeremim. Na słowo „Europa” w ustach młodego powstańca starzec reaguje żywo: „Cicho! cicho z Europą, jej podłości później się dopiero dowiecie, gdy wygnańcami nie znajdziecie nigdzie przytułku, zgłodniali chleba, wycieńczeni pracy (…). Powie wam Europa, żeście głupi, oplwa mogiły naszych męczenników, odwróci się tyłem, rachując, o ile zyska na kursach banknotów, gdy nas diabli wezmą… oto masz, co myśli Europa… Podniósł oczy w niebo i dodał ze łzami prawie: – Garść naszych rozproszeńców żebrać będzie powietrza i wody, a narody jej odmówią… Będziemy Hiobem ludów, Łazarzem uczty bogacza… odwrócą się od nas przyjaciele i rodzina”. Mowa ta wprawia w przerażenie rozmówcę starca. Jeremi – można powiedzieć – jest radykalnym pesymistą, Kasandrą nieszczęśliwie zakochaną w Ojczyźnie, której zgubny los przewiduje. Jednak nie można mu odmówić trafności punktu widzenia, jasności i przenikliwości, jego szczerość budzi niestety sprzeciw młodego pokolenia (konflikt pokoleniowy jest także ważnym motywem tej książki).

Wizjoner

Czy coś się zmieniło od tego czasu, czego nie dostrzegają albo nie chcą dostrzec euroentuzjaści z PO i SLD na czele, którzy w żółtych gwiazdkach na niebieskim tle widzą swoją świetlaną przyszłość. Swoją, bo przecież nie Polski. Nie, nic się nie zmieniło. We wspomnianych „Wieczorach drezdeńskich” Kraszewski skarży się tak: „W Polsce cudzoziemiec znajdował cały kraj na usługi; nadskakiwania, ofiary, ułatwienia, pomoce; osiadał w niej, zbogacał się, a odchodząc, oplwał w nagrodę”. Wyprzedawanie dóbr narodowych, powszechna prywatyzacja na rzecz obcego kapitału, obsypywanie przywilejami „kolonistów”, jak firmy zagraniczne, to znana polityka centrolewicowego rządu, który dla Brukseli i Berlina jest gotowy zaprzedać duszę Narodu, ogołocić go z majątku, aby wzbudzić udawane zresztą uznanie poszczególnych komisarzy i kolejnych kanclerzy.

Kraszewski nie łudził się. W swej twórczości odzwierciedlał antagonizm niemiecko-polski, z akcentem na słowo „niemiecki”. Nad Europą lat 60. XIX wieku, przypomnę, zawisł wówczas cień zmory Bismarcka, pruscy zaborcy byli wyjątkowo brutalni w wyniszczaniu polskości. Represje po Powstaniu Styczniowym, jakie dotknęły Polaków, nie stanowiły wyłącznie domeny strony rosyjskiej, ale także pruskiej, działającej solidarnie w tym aspekcie, w pełnym porozumieniu z carem, gdy na tereny „niemieckie” napływali pobici powstańcy. To właśnie na terenach zaboru pruskiego w połowie XIX wieku pojawiła się słynna wizja „Drang nach Osten”, tak zawzięcie demaskowana przez Kraszewskiego w jego polemikach, m.in. z Freytagiem (zwolennikiem „szybkiego końca z Polską”).

Na marginesie dodam, że właśnie w tym momencie można szukać istotnego zaczynu pod narodowy socjalizm i wielką tragedię Europy, i łączyć ją należy bezpośrednio z takimi nazwiskami jak Gustav Freytag (na obszarze publicystyki i literatury) i Otto von Bismarck (na obszarze polityki).

Warto zatem wciąż na nowo odczytywać ostrzeżenia wizjonera Kraszewskiego, piętnującego szowinistyczną, antysłowiańską, nacjonalistyczną koncepcję „misji niemieckiej” i rasy panów. Wraz z postępującym procesem germanizacji, agresywnej i bezlitosnej antypolskiej kampanii Kraszewski staje się głównym adwersarzem pruskiej polityki w swojej celnej publicystyce. Jego teksty czytane były w polskich pismach wychodzących w Rosji, Austrii, jak i na terenie zjednoczonych Niemiec. Czytajmy go zatem i dzisiaj, w „zjednoczonej” Europie.

Dr Tomasz M. Korczyński

Aktualizacja 19 lutego 2014 (08:30)

Nasz Dziennik