logo
logo

Zdjęcie: R. Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Mają Rzeczpospolitą w pieczy

Sobota, 22 lutego 2014 (02:04)

W czasach zamętu moralnego i politycznego rośnie lęk o przyszłość Polski – graniczącej na wschodzie z postkomunistycznymi reżimami na Białorusi i Ukrainie, Polski poddanej wpływom rosyjskiej despotii, która nie cofa się przed najdrastyczniejszymi metodami, by zatrzymać nas w strefie „bliskiej zagranicy”.

Pojawia się niepokój o losy Rzeczypospolitej broniącej się przed agresywną laicką indoktrynacją z Zachodu. Rządzący zajęci wyszarpywaniem kawałków biało-czerwonego sukna dla siebie na słowo „polskość” reagują alergicznie. Tymczasem walka o duszę Narodu, a właściwie o odarcie go z duszy, przybiera na sile.

Gdzie więc szukać otuchy? Na takie właśnie czasy Opatrzność zesłała nam świętych patronów Ojczyzny: św. Wojciecha, św. Stanisława Biskupa, św. Stanisława Kostkę i św. Andrzeja Bobolę. Zrządzeniem Bożym trzech z nich jest męczennikami, a jeden wyznawcą kultu Maryi – w ich życiu znajduje zatem odbicie historia Polski. Sięgnąć nam trzeba do samych źródeł Polski chrześcijańskiej, do świętych, którzy – choć żyli w czasach odległych – to jednak pozostawili po sobie przesłanie uniwersalne. Za ich wstawiennictwem wymodlić można dla Polski wiele łask.

Początek polskiego Kościoła to Gniezno, stolica państwa Bolesława Chrobrego – tam przybył z dworu cesarza Ottona III św. Wojciech, misjonarz czeskiego pochodzenia, którego śmierć za wiarę w ziemi Prusów w 967 roku „dała jakby drugi początek Kościołowi na ziemiach piastowskich” – jak mówił Jan Paweł II w 1997 roku. – Chrzest w 966 roku za Mieszka I został niejako potwierdzony krwią Męczennika„. Tam też położono trwały fundament pod budowę struktur kościelnych. Szczątki św. Wojciecha połączyły w 1000 roku cesarza Ottona III, pielgrzymującego do relikwii w Gnieźnie, z piastowskim władcą, księciem Bolesławem. To przy jego grobie została proklamowana przez Papieża Sylwestra II pierwsza polska metropolia – Gniezno, do której przyłączono biskupstwa w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu. ”Zjazd Gnieźnieński otworzył dla Polski drogę ku jedności z całą rodziną państw Europy – przypominał na progu XXI stulecia Jan Paweł II. – Naród polski zyskał prawo, by na równi z innymi narodami włączyć się w proces tworzenia nowego oblicza Europy. Jest więc św. Wojciech wielkim patronem jednoczącego się wówczas w imię Chrystusa naszego kontynentu„.

Do takiej właśnie formuły, Europy wyrastającej z chrześcijańskich korzeni, zmierzać miała Wspólnota Europejska – próba zjednoczenia Starego Kontynentu po II wojnie światowej na zgliszczach. Dziś Wspólnota, przekształcona w Unię, narzuca słabszym krajom członkowskim swoje zasady wbrew woli społeczeństw. Czas przypominać pośmiertne gnieźnieńskie przesłanie Wojciechowe, ponieważ ”z tego miejsca rozlała się wówczas potężna fala, moc Ducha Świętego„. ”Jakże można liczyć na zbudowanie ’wspólnego domu’ dla całej Europy, jeśli zabraknie cegieł ludzkich sumień wypalonych w ogniu Ewangelii, połączonych spoiwem solidarnej miłości społecznej będącej owocem miłości Boga?„ – wołał Papież w Gnieźnie.

Z krwi Stanisławowej…

Święci z czasów zamierzchłych dla młodego pokolenia, nieznającego historii Polski, wciąż wytyczają drogę duchownym i świeckim. ”Patron ładu moralnego i społecznego„, jak mówił o św. Stanisławie Biskupie Jan Paweł II z okazji 750-lecia jego kanonizacji, oddał życie za wierność kapłańskiej posłudze. Zarąbany w 1079 roku, nieco ponad sto lat po śmierci św. Wojciecha, przez siepaczy króla Bolesława Szczodrego podczas odprawiania Mszy św., napominał wcześniej władcę, że nawet on musi liczyć się z prawami Bożymi, że musi mieć na względzie przede wszystkim dobro poddanych, nie własne. ”Mieszał się do polityki„ – jak powiedzieliby dzisiejsi nieprzyjaciele Kościoła. Tymczasem jemu sumienie zabraniało milczeć, gdy działo się zło, choćby jego sprawcą był najmożniejszy tego świata.

Spadkobiercami duchowymi św. Stanisława byli w czasach najnowszych księża niezłomni wobec władzy w okresie komunistycznego zniewolenia, m.in. rozstrzelany w 1944 roku ks. Michał Pilipiec, kapelan Obwodu AK Rzeszów, po wojnie głoszący z ambony otwarcie potrzebę powrotu do chrześcijańskich korzeni; ks. Stanisław Zieliński, niekryjący wrogiego stosunku do komunizmu, zabity podczas modlitwy w 1945 roku; ks. Michał Rapacz, uznany za ”wroga nowego ustroju„, zakatowany na śmierć w 1946 roku; ks. Władysław Gurgacz, który w 1948 roku poszedł do partyzantki po to tylko, by roztoczyć opiekę moralną nad walczącą młodzieżą – uśmiercony metodą katyńską w 1949 roku; ks. Zygmunt Kaczyński, redaktor ”Tygodnika Warszawskiego„, zamordowany w więzieniu w 1953 roku. I wielu, wielu innych.

Ton bezwarunkowej nieustępliwości św. Stanisława słyszymy w słowach listu Episkopatu Polski z 1953 roku. Była to odpowiedź na uderzenie komunistów w Kościół jako ostatnią ocalałą z czerwonego potopu instytucję. Gdy na przełomie 1952 i 1953 roku w więzieniach znalazło się około tysiąca kapłanów, a w styczniu 1953 roku w procesie kurii krakowskiej zapadły trzy wyroki śmierci na księży, władze przekroczyły granicę, poza którą usłyszeć mogły ze strony hierarchii jedynie: ”Kościół będzie bronić wolności kapłaństwa, nawet za cenę krwi. Gdy cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: ’Non possumus’„.

Drogę św. Stanisława wybrał biskup Antoni Baraniak, niemalże zakatowany na śmierć przez bezpiekę, bezskutecznie usiłującą wydrzeć z niego zeznania obciążające aresztowanego Prymasa Wyszyńskiego, i torturowana w sprawie biskupa Czesława Kaczmarka nazaretanka Izabela Machowska, i szarytka Władysława Sobierajska, która mdlejąc z wyczerpania podczas przesłuchań, nie zgodziła się na współpracę i poszła do więzienia… Niepodobna wspomnieć wszystkich wiernych prymasowskiemu ”non possumus„. Nie wahał się przeciwstawić władzy bł. ks. Jerzy Popiełuszko ani zamordowani już podczas Okrągłego Stołu: ks. Stefan Niedzielak i ks. Stanisław Suchowolec, a w lipcu 1989 roku ks. Sylwester Zych.

”Ludowi waszemu został dany Pasterz, który oddał życie za owce (…), a w ten sposób posiane ziarna Ewangelii przez swoją krew uczynił jeszcze bardziej urodzajnymi„ – napisał o św. Stanisławie w liście na 700-lecie jego kanonizacji Papież Pius XII.

I wydaje ziemia zbryzgana krwią św. Stanisława owoce męstwa w obliczu przemocy rządzących…

Twardy charakter

W świecie ogarniętym szaleństwem ”samorealizacji„ i ”tolerancji„ dla sprzecznych z porządkiem naturalnym anomalii, a zarazem nieuznającym prawa do życia panoszy się język czyniący wszystko względnym, znoszący granicę między dobrem a złem. Ludzi młodych, szczególnie narażonych na zagubienie, polecajmy św. Stanisławowi Kostce, XVI-wiecznemu jezuicie. Należał do ”niepokornych„, idących wbrew oczekiwaniom świata. Syn majętnych rodziców, należących, jak byśmy dziś powiedzieli, do ”establishmentu„ (jego ojciec był kasztelanem zakroczymskim), nie poddał się naciskom rodziny, lecz wypełniał swoje duchowe powołanie. Ścigany przez rodzonego brata, odrzucony przez rodziców, dotarł z Wiednia, gdzie się kształcił, do Rzymu, by – idąc za wewnętrznym głosem – wstąpić do zakonu jezuitów. Gdy składał śluby zakonne, miał zaledwie siedemnaście lat, a kiedy umierał na malarię, nie ukończył jeszcze osiemnastu.

Odszedł jako szeroko znany w Rzymie człowiek niezwykłego formatu. ”W owym czasie nasilała się propaganda religijna protestantów. Po zamknięciu naszego domu (…) Stanisław znalazł pokoik przy rodzinie, która sympatyzowała z protestantyzmem – wyjaśnia jezuita o. Kazimierz Przydatek, rektor kościoła św. Andrzeja na Kwirynale, gdzie spoczywają relikwie młodego świętego. – Spotkał się więc z zaprzeczeniem najważniejszych spraw w Kościele: kultu maryjnego i Eucharystii.

Najważniejszą jednak cechą Stanisława była zdecydowana chęć pełnienia woli Bożej. Odrzucał wszystko, co przeszkadzało w wypełnieniu woli Ojca Niebieskiego, nawet miłość rodziny. Dlatego jego reakcją na sprzeciw rodziców była odpowiedź, że trzeba bardziej słuchać Boga Ojca niż własnych rodziców. Kiedy otrzymał list, w którym ojciec groził mu wydziedziczeniem, z całą godnością odpowiedział, że idzie za głosem powołania i pragnie nade wszystko słuchać Boga. Czyni to go rzeczywiście patronem młodzieży, bo wbrew temu, co można by powierzchownie sądzić, nie jest to zły przykład, ale wręcz odwrotnie – bardzo dobry„. Siła woli, mocny charakter i posłuszeństwo Bogu – jakże bardzo odbiega rzeczywistość od powszechnego ”cukierkowatego„ obrazu św. Stanisława.

”Jestem Andrzej Bobola…„

Święty Andrzej Bobola, według tradycji autor tekstu ślubów króla Jana Kazimierza, nad życie przedkładał służbę Rzeczypospolitej. Maryjna duchowość podyktowała mu w 1656 roku słowa wypowiedziane we Lwowie przez króla podczas potopu szwedzkiego – w chwili, gdy po zdradzie sojuszników władca postanowił powierzyć los Ojczyzny Matce Bożej: ”Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico. Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim miłosierdziem król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram…„.

Po męczeńskiej śmierci w 1657 roku podczas powstania Chmielnickiego z rąk Kozaków św. Andrzej otacza Polskę opieką, a jego interwencje dostrzegalne są w najbardziej dramatycznych chwilach dziejowych. Często przytaczana jest opowieść o proroctwie wygłoszonym w 1819 roku w obecności dominikanina o. Alojzego Korzeniewskiego. Gdy ten modlił się w swojej wileńskiej celi do świętego o niepodległą Polskę, zobaczył przed sobą jezuitę, a przez okno wychodzące na klasztorny ogród ujrzał wizję walczących armii. ”Gdy wojna, której masz obraz przed sobą, zakończy się pokojem, Polska zostanie odbudowana i ja zostanę uznany jej głównym patronem„. Minął wiek i proroctwo św. Andrzeja się spełniło.

Dał o sobie znać, gdy kraj stanął nad przepaścią w 1920 roku. Zbliżanie się do Warszawy bolszewickich wojsk skłoniło wiernych do odprawienia nowenny do błogosławionego wówczas Andrzeja Boboli. Relikwię z jego ręki obnoszono po ulicach, do niego i Matki Boskiej tłumy modliły się na ulicach. I stał się cud – tak postrzegali współcześni odwrócenie losów wojny i ocalenie kraju, a wraz z nim Europy, do której barbarzyńskie wojska, dowodzone przez zwalczających religię komisarzy politycznych zmierzały ”po trupie pańskiej Polski„.

Święty Andrzej bliski był Prymasowi Wyszyńskiemu – swój tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu spisał właśnie 16 maja 1956 roku, w dniu jego liturgicznego wspomnienia. ”Odezwał się„ św. Andrzej także w 1957 roku, gdy właśnie 16 maja Prymas Stefan Wyszyński otrzymał w Rzymie kapelusz kardynalski, co pozwoliło mu w 1978 roku wziąć udział w wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową.

Kult świętego nie mógł rozpowszechniać się po wojnie swobodnie – władze nie zgodziły się na budowę świątyni pod jego wezwaniem. Dopiero za pontyfikatu Jana Pawła II powstało sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, na ziemi sanockiej.

”Sama postać św. Andrzeja, Patrona Polski, jest bardzo ciekawa – czytamy na stronie internetowej parafii w Strachocinie. – Choćby przez to, jak on sam wzbudził kult w Kościele, gdy pojawił się w Kolegium Jezuitów w Pińsku w 45 lat po swojej męczeńskiej śmierci i powiedział: ’Jestem wasz współbrat Andrzej Bobola’. A potem wskazał na swoją trumnę, którą kazał odnaleźć w podziemiach i ją oddzielić od innych. (…) W Strachocinie podobnie pojawiała się proboszczom nieznana postać kapłana w XX wieku. Dopiero ks. Józef Niżnik po czterech latach odważył się zadać jej pytanie: ’Kim jesteś i czego chcesz?’. I usłyszał odpowiedź: ’Jestem święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie’. Wpierw z usłyszaną nowiną udał się do Ordynariusza, a potem do jezuitów w Warszawie, by zweryfikowali ’tajemnicze’ objawienie. Gdy się okazało, że św. Andrzej jest tak oryginalny w inicjowaniu kultu, dalsze prace przygotowawcze do rozpoczęcia kultu przebiegały spokojnie. Pojawiająca się postać przestała przychodzić„.

Różne były drogi naszych świętych patronów – tak jak zmienne były koleje Polski. Historia zbawienia i dzieje ziemskie przed Tronem Najwyższego łączą się w jedno. Dlatego czas powierzyć nasz los w ręce świętych patronów Ojczyzny.

Anna Zechenter

Nasz Dziennik