logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Skutki medialnego zniewolenia

Czwartek, 10 kwietnia 2014 (02:05)

Na przełomie lat 50. i 60. amerykański socjolog austriackiego pochodzenia Paul Lazarsfeld prowadził badania w Stanach Zjednoczonych nad wpływem telewizji na świadomość i postawy społeczeństwa amerykańskiego. Wyniki jego badań wskazywały, że wpływ mediów na działania społeczne niekoniecznie postępuje według prostego mechanizmu bodziec-reakcja, czyli pełnego poddania się odbiorcy/odbiorców komunikatom wysyłanych przez nadawcę/nadawców. Dużo ważniejszymi czynnikami, które stanowiły niejako filtr łagodzący przekaz mediów, były takie „instytucje” jak, po pierwsze, rodzina, przede wszystkim rodzice/opiekunowie, po drugie – inni najbliżsi, zaczynając od przyjaciół, znajomych, sąsiadów itp.

Lazarsfeld wykazał, że wpływ mediów, niewątpliwie ważny i mocny, jest de facto drugorzędny w stosunku do znaczących innych, którymi są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, przyjaciele. Od tego okresu minęło jednak ponad pół wieku. Chociaż wciąż dla młodzieży polskiej najważniejszymi autorytetami i grupami odniesienia są rodzice, dziadkowie, rodzina jako taka, to czasy się znacząco zmieniły, w tym same media. Powstały poza tym nowe media, przede wszystkim elektroniczne, zaistniały też nowe społeczności, na przykład wirtualne, a technologia tworzona przez technokratów rozbudowała swój poligon i posiada moc masowego i totalnego wpływania na jednostkę i grupy.

Ponadto w świecie, w którym państwa zachodnie, czyli wciąż tak zwane nowoczesne i postępowe, robią dużo, aby zniszczyć opokę narodu, czyli rodzinę, zastępując ją nowymi formami lub poważnie ją dewastując i demontując, jednostki, głównie młodzi ludzie, nie mają już takiego oparcia i pewności jak w XX wieku. Dzisiaj jak nigdy przedtem media odpowiedzialne są za społeczne tworzenie rzeczywistości.

Destrukcyjny wpływ mediów

Trzema najważniejszymi skutkami destrukcyjnymi dla jednostek i danego społeczeństwa są: uzależnienie od mediów, rozbijanie wspólnoty oraz niszczenie relacji międzyludzkich. Po pierwsze, uzależnienie od czegokolwiek nie służy nigdy człowiekowi, czy jest to alkohol, tytoń, hazard, pornografia, czy analizowany tu problem produktów medialnych przybierających postać seriali, filmów, programów, gdyż każde przejęcie kontroli nad człowiekiem przez jakiekolwiek siły jest dla niego zgubne. Nie inaczej jest z poddaństwem wobec mediów.

Po drugie, jeżeli mediom i ich twórcom uda się rozbić wspólnotę za pomocą wyprodukowanej oferty, wówczas dezintegracja narodu, rodziny, przyjacielskich relacji będzie wprost proporcjonalna do postępującego procesu dezintegracji osobowości i tożsamości jednostki. Innymi słowy, jeżeli siedząc razem przy stole, w parku czy restauracji, wolimy „zagapiać się” w nasze smartfony, a niedzielne dni zamiast spaceru z rodziną wolimy spędzać przy komputerze, preferując obserwowanie i śledzenie „wydarzeń” na Facebooku, to chyba zaczynamy mieć problem. Dziś mąż i żona, ojciec i syn, brat i siostra, nie odchodząc od swoich laptopów, mogą rozmawiać między sobą przez komunikator, gdy oddzielają ich „tylko” drzwi pokojów. Czy są to tylko drzwi, czy też niewidzialny mur coraz trudniejszy do przeskoczenia, żeby być naprawdę blisko ze sobą?

Jak media grają opinią publiczną?

Oprócz małych struktur społecznych, jak rodzina, media kontrolują też wielkie struktury społeczne, do których należy między innymi państwo. Publikowane sondaże poparcia partii politycznych są przykładem, jak za pomocą wyspecjalizowanych technik i metod badawczych zleceniodawcy badań, czyli rządzące partie polityczne, potrafią czuwać nad tym, aby nadal rządzić. Stałe powtarzanie komunikatów, że dana partia jest na pierwszym miejscu albo że tylko dane partie dostaną się do Sejmu, może wywoływać efekt tak zwanego samospełniającego się proroctwa. Mniejsze partie na tym tracą, a obywatele, czyli wyborcy, są niejako szantażowani i przymuszani do głosowania na establishment, czyli układ zamknięty czterech czy pięciu partii pozostających przy władzy, chociaż zarejestrowanych jest kilkadziesiąt innych formacji politycznych.

Przyjrzyjmy się innemu wydarzeniu z ostatnich tygodni. Protest rodziców niepełnosprawnych dzieci, którzy w swojej determinacji weszli na teren Sejmu RP, z punktu widzenia moralnego był zjawiskiem, które powinno usposobić opinię publiczną wobec nich pozytywnie i Polacy, wydawało się, poprą ich protest. Byłoby tak zapewne, gdyby media głównego nurtu nie rozegrały tak tego wydarzenia, aby skłócać Naród. Pokażmy ten schemat.

Najpierw protest rodziców niepełnosprawnych dzieci był wykorzystywany do poprawienia wizerunku rządu. Od rana do wieczora prezentowano premiera jako zatroskanego gospodarza, który pochyla się nad biedą i nędzą ludzką. Mogliśmy oglądać wspólne spotkania w Sejmie RP z protestującymi, prowadzenie przez szefa rządu i jego ministra dialogu pełnego zrozumienia, rozmów pełnych obietnic. Media eksponowały owe obietnice, tę garść rzuconą rodzicom z wielkopańskiego stołu władzy, która ani z punktu widzenia materialnego, ani moralnego nie mogła przekonać pokrzywdzonych. Rodzice zostali w Sejmie. To musiało spowodować atak. Najpierw harcownicy i politycy do specjalnych poruczeń ruszyli do zmasowanej akcji odwetowej. Zaczęto powszechnie dyskredytować idee protestu, a także osoby biorące w nim udział.

Ponadto władza swoimi wypowiedziami i deklaracjami celowała w skłócanie społeczeństwa, a jej wyszkolona ekipa podsycała niechęć Polaków do protestujących. Nie złamało to wyszydzanych. Wytrwali. Do walki z protestującymi wykorzystano zatem nowe media, czyli w skrócie sieć. Na forach internetowych, portalach społecznościowych od samego początku kampanii siania nienawiści do rodziców dzieci widoczny stał się ostry podział na zwolenników i przeciwników ich akcji.

W jądrze całego sporu podgrzewanego przez władzę i jej media zanikła w pewnym momencie najważniejsza idea, najgłębsza kwestia, czyli walka o poprawę bytową chorych dzieci i domaganie się przez ich opiekunów godnych warunków egzystencjalnych. Ponieważ rodzice psuli dobre samopoczucie dostatnio uposażonych polityków, media prorządowe wyeliminowały demonstrantów. Odłączyły ich od świadomości społecznej i ci przestali istnieć w przekazach oraz newsach. To typowe działanie socjallibertyńskich mediów. Nie tylko w Polsce.

Marszom za życiem w Hiszpanii czy Francji nie poświęca się żadnej uwagi, nawet jeśli przyjdzie na nie milion obywateli. Skoro w głównych mediach ich nie widać, to znaczy, że ich nie ma. Proste. Jeśli ktoś sprawuje władzę, musi mieć usłużnych dziennikarzy, których skrupulatnie futruje i opłaca. Mediom głównego nurtu jednak milczenie o tragedii protestujących nie wystarczyło. Dlaczego? Brak informacji może wywołać niepotrzebne pytania widzów, czytelników i słuchaczy, którzy w pewnym momencie przypomną sobie o zaistniałej sytuacji.

W tej wojnie o władzę, czyli jej utrzymanie „za wszelką cenę”, należało znów przekroczyć granicę, czyli zupełnie odwrócić uwagę opinii publicznej od problemu protestu i zająć się czymś wstrząsającym. I tu w sukurs polityce odwracania uwagi od problemów rządu przyszedł pomysł na nagłośnienie do maksimum granic możliwości tragicznego wydarzenia z Jastrzębia-Zdroju. Straszliwa tragedia, o której mówiło się ponad tydzień, spowodowała, że Polacy zapomnieli o protestujących w Sejmie i ich osobistej tragedii. Gdy ci opuścili Sejm RP, natychmiast zniknęła sprawa podpalenia rodziny. Kiedyś wykorzystano w ten sam sposób śmierć małej Madzi.

Powyższy przykład ilustruje, jak media będące pod kontrolą władzy mogą dyrygować emocjami, postawami, nastrojami społeczeństwa i rozgrywać je dla własnych potrzeb. Jeżeli zabraknie alternatywnych mediów, wówczas demokracja masowa zamieni się w jedynowładztwo medialne korpusu urzędników państwowych, których zadaniem będzie utrzymać pod kluczem umysły, opinie, wolność i swobodę wypowiedzi. Jeśli tak się stanie, a wiemy, że w Polsce czyniono wszystko, aby uniemożliwić Telewizji Trwam obecność na cyfrowym multipleksie, wówczas demokracja zamieni się w mroczny świat wieszczony przez Orwella w „Roku 1984” i społeczne skutki medialnego zniewolenia będą jeszcze poważniejsze. I na odwrót, dopóki rodzina pozostanie najważniejszą komórką społeczną (chociaż rządy państw Unii Europejskiej próbują dokonać rewizji tej zasady i zastąpić rodzinę tradycyjną quasi-wspólnotami na wzór platoński), to możemy być pewni, że rodzice i najbliżsi będą nadal bazą dla młodych ludzi i uwolnią ich od zgubnego wpływu mediów. Dlatego w gruncie rzeczy walka zawsze rozgrywa się o rodzinę.

Dr Tomasz M. Korczyński

Nasz Dziennik