logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Rozsiewał dobro na wszystkich frontach

Sobota, 24 maja 2014 (02:03)

Z Zofią Pilecką-Optułowicz rozmawia Beata Falkowska

Dla Polaków Witold Pilecki to postać pomnikowa. Jak zapamiętała Go Pani, dla której był po prostu Tatą?

– Pamiętam Ojca z lat pobytu w naszym majątku w Sukurczach na obecnej Białorusi. Dziś widzę, że mimo tylu trudnych i odpowiedzialnych zadań, które podejmował przez całe życie, nigdy nie zapominał swego obowiązku jako Ojciec, wychowawca, opiekun. Sukurcze to był nasz raj. Spacery aleją lipową z Ojcem były prawdziwymi lekcjami życia, ale także walką o naszą tężyznę fizyczną, równy krok. Ta aleja to był tunel, bo te ogromne, wiekowe lipy, mające setki lat, tworzyły swoimi konarami baldachim. W tych konarach była przeróżna ptasia dziatwa, pszczoły. Była górka dumania, którą tak pięknie opisuje w swej poezji Witold Pilecki. Służyła młodym marzącym o wielkiej miłości i starszym, którzy odmawiali tam modlitwy. Był Neron, nasz ukochany pies, który uczył mnie chodzić. Można wspominać i wspominać. Ojciec uczył nas szacunku dla każdego człowieka i stworzenia, do przyrody. Opowiadam wszystkim o tej biedronce, którą kazał mi podnieść i położyć na listku, by nie zdeptać. Nawet takie drobne rzeczy były dla niego ważne. Pamiętam sytuację, gdy w jednym z pokoi w naszym dworze pojawiło się kilka myszy, ktoś wpuścił szybko do tego pokoju kota, na ten moment wszedł Ojciec. Potwornie się zdenerwował. Powiedział, że mysz jest po to, by być złapaną przez kota, ale w momencie, gdy jest naturalna sytuacja, nie można kłaść na talerz kotu myszy, skazując je na sytuację bez wyjścia. Powtarzał, że gdy człowiek robi coś, co przerywa naturalny łańcuch przyrody, będzie to miało swoje negatywne konsekwencje. Pokazywał nam, że wszystko, co żyje, ma istotny sens swego istnienia. Bo jest w tym Boski zamysł. Wspominam to dziś, gdy tak ciężko np. o czystą wodę. My mieliśmy w Sukurczach tzw. krynicę, źródło bardzo czystej, leczniczej wody. Ludzie przychodzili po tę wodę nawet z daleka, właśnie do leczenia. Oczywiście komuniści nie zostawili niczego po takich „wrogach Polski Ludowej” jak my, zakopane zostało nawet to źródełko. Nasz majątek został zniszczony doszczętnie, nawet głazy, na których był wybudowany dwór, zostały wywiezione. Nie chcę już opowiadać o tym, co było po 17 września 1939 roku. Ten mój świat zginął. Bezpowrotnie. Przed wrześniem 1939 roku, w lipcu lub w czerwcu, burza zniszczyła bocianie gniazdo na wiekowej jodle, gdzie co roku przychodziły na świat bocianięta. To był symbol tego naszego cudownego raju, w którym żyliśmy.

Może Pani opisać Wasz, dzieci, zwyczajny dzień w Sukurczach? Ojciec był obecny w każdym dniu?

– Każdy dzień miał pewien rytm. Najpierw modlitwa, ubranie się, posprzątanie, potem meldunek składany Tatusiowi, że wszystko jest zrobione i czekamy na śniadanko. W tych porannych godzinach nie było Mamy, bo pracowała jako nauczycielka w szkole w Krupie. Tatuś dawał nam na śniadanie owsiankę, której ja już jeść nie mogłam, ale Ojciec powtarzał: „Jedz, jedz, popatrz, jakie piękne włosy ma koń, który je owies, ty też takie będziesz miała”. Potem zostawiał nas, rysował kreskę i mówił, że w momencie, gdy słoneczko przez nią przejdzie, możemy iść na spacer. Tatuś szedł wówczas na pole lub gdzieś wyjeżdżał, a nami opiekowała się niania, Białorusinka. Ojciec galopował wiecznie na swojej ukochanej klaczy Bajce, czarnej z białą gwiazdką na czole, jeździł między Sukurczami a Krupą, Krupą a przysposobieniem wojskowym dla okolicznej ludności, które stworzył. Sadzał mnie czasem na konia i mówił: „O, to jest moja generałka”. Dla Ojca bardzo ważne było, byśmy zawsze mówili prawdę. Do dziś zdaję raport Ojcu, że przeżyłam kolejny dzień i nie skłamałam. Tak mi już zostało.

Gdy umawiałyśmy się na rozmowę, kilka razy zaznaczyła Pani, bym tylko nic później nie upiększała. To po Ojcu?

– Tak. To był człowiek prawdy. I ja także nie lubię ubarwień, upiększeń w jego biografiach. Szczególnie Włoch Patricelli w swej książce o Ojcu bardzo fantazjuje. O mnie np. napisał, że podczas procesu Ojca zostałam wyjątkowo ukarana w szkole. Tak nie było. Na przerwie w szkole były przez radio przekazywane wiadomości, także o procesie „haniebnego zdrajcy Pileckiego”. Podeszła do mnie pani nauczycielka i zapytała, czy ten Witold Pilecki to jest mój Ojciec. Odpowiedziałam, że tak i że jestem z niego ogromnie dumna. To była bardzo życzliwa nauczycielka. W Ostrowi Mazowieckiej, gdzie przebywałam w czasie procesu i po procesie, nigdy nie doświadczyłam przykrości w środowisku, w którym funkcjonowałam. A wszyscy wiedzieli o Ojcu. Przeciwnie. Chcieli bardzo pomagać. Tata przed aresztowaniem przyjeżdżał do Ostrowi. 8 maja nie przyjechał. W głowie nam się to nie mieściło, bo to było św. Stanisława, dzień imienin wujka, miałam mówić wierszyk dla wujka przy Ojcu. Czekaliśmy z mamą, czekaliśmy, pociąg, którym Ojciec miał przyjechać, dawno odjechał. Kilka dni później dostaliśmy informację od szwagierki Eleonory Ostrowskiej, że został aresztowany. Mama długo liczyła, że Taty nie zabili, że wywieźli go na Sybir, że żyje. To temat na osobną rozmowę…

Wielu słyszało z pewnością o Pileckim „ochotniku do Auschwitz”, ale mniej o Pileckim prezesie spółdzielni mleczarskiej.

– To był działacz społeczny. Dzisiaj to by chyba był pracownik socjalny. Przy tych swoich ogromnych obowiązkach miał czas, by zorganizować przysposobienie wojskowe, modernizował swoje gospodarstwo, był naczelnikiem ochotniczej straży pożarnej, dbał w niesamowity sposób o ziemię, którą uprawiał. To wiązało się z dodatkową nauką – w Poznaniu kończył studia rolnicze. Założył z okolicznymi rolnikami kółko rolnicze.

A jak to było z tą spółdzielnią?

– Ojciec nie mógł znieść tego, że kupcy z Wilna, Lidy przyjeżdżali do Sukurcz i brali pierwszej klasy towar: masło, śmietanę, mleko, za grosze. A biedna ludność, dla której każdy pieniądz się liczył, godziła się na te narzucone ceny. Kupcy brali towar za pół darmo, a potem sprzedawali za bajońskie ceny w Wilnie. Nasze masło było doskonałe i naprawdę słynne. Przechowywało się te towary w specjalnych pojemnikach, które były spuszczane do studni. Wartość tego towaru była bardzo wysoka. Ojciec nie mógł znieść, że za tak ciężką pracę ludzie otrzymywali śmieszne pieniądze. Założył spółdzielnię mleczarską, ustalił ceny, a ludzie mu tego nigdy nie zapomnieli.

Do dziś w Sukurczach pamięta się podobno Witolda Pileckiego.

– Tak, bo On rozsiewał dobro na wszystkich frontach. Opowiem jeszcze jedną historię. Nasz dom był w gronie tych liczących się w okolicy. Rodzice byli zapraszani na różne uroczystości, które najczęściej zaczynały się późnym wieczorem, a ciągnęły się czasem do godzin porannych. Mama opowiadała mi, że Ojciec zawsze w pewnym momencie, jak zaczynało świtać, zabierał Mamę i prędko odjeżdżali, by broń Boże, nie spotkać człowieka ciężko pracującego o świcie. Bo jak to, on idzie z balu, a ludzie już pracują. To był człowiek tak olbrzymiej wrażliwości i szacunku dla drugiego. Jak z taką wrażliwością mógł przetrwać Auschwitz?

Może właśnie dlatego przeszedł to piekło czysty.

– Musiał się tak przetworzyć duchowo, by jakoś to znieść. A na Białoruś miałam jechać razem z Instytutem Pamięci Narodowej, z wystawą o Ojcu. Miałam już wizę, ale władze w Mińsku w ostatniej chwili, gdy wszystko było już załatwione, odmówiły. Przełknęliśmy tę gorzką pigułkę. Cóż, nasi europosłowie także wyrzekli się Witolda Pileckiego. Chodziło przecież głównie o to, by 25 maja, dzień śmierci Ojca, był dniem symbolicznym, Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem. Na początku było mi smutno, pomyślałam: gdyby Witold Pilecki był bardzo dobrym szewcem, też bym głosowała, bo to Polak. Ale później powiedziałam sobie: widocznie Witold Pilecki nie chciał tam być. On jest tam, gdzie chce być.

Jak wyglądały Pani kontakty z Tatą po opuszczeniu Sukurcz?

– Później, kiedy byłam o wiele starsza, ten kontakt z Ojcem nie ustawał. Stały kontakt z Ojcem miałam do 14. roku życia. Gdy nie było Taty, gdy był w Oświęcimiu, dostawaliśmy przepiękne listy, które stanowiły cenną naukę. Listy pięknie ilustrował. Pamiętam rysunkowe zagadki, np. dwóch krasnali kołyszących się na belce, niebieski był nisko, czerwony wysoko. Mama tłumaczyła nam, że krasnale symbolizują dwa narody, które walczą ze sobą. Później, gdy byłam starsza, Tata przekazywał nam wielką troskę o Mamę, która ponosiła ciężar życia rodzinnego, wychowania nas. Przed Powstaniem Warszawskim, po ucieczce Ojca z Oświęcimia, także byliśmy w kontakcie, uczył nas wtedy konspiracji. To człowiek wyjątkowy, tylko dlatego mógł postawić sobie najtrudniejsze zadania w walce o odzyskanie niepodległości.

To wydaje się niemożliwe, że ten człowiek, który ginie, mając 47 lat, dokonał tyle. Bez Boskiej opieki nie dałby rady. I ucieczka z Auschwitz, i Powstanie Warszawskie, w którym Jego reduta na placu Starynkiewicza była niezdobyta, i dwa obozy, i powrót do Polski. Jemu towarzyszyło jakieś niesamowite błogosławieństwo.

Był człowiekiem wielkiej wiary. W ostatniej informacji przekazanej Pani Mamie prosił o lekturę książki Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.

– To był testament, który Tata zdążył nam przekazać, testament z zapisem, by codziennie czytać „O naśladowaniu Chrystusa”, w tym miejscu, w którym otworzy się książeczkę. Ja też wykonuję ten testament Ojca. Nawet Polonia londyńska właśnie dlatego zabrała kiedyś z Polski, z Warszawy mnóstwo egzemplarzy „O naśladowaniu Chrystusa”.

W kościele w Krupie nadal wiszą namalowane przez Pani Ojca i ofiarowane świątyni obrazy św. Antoniego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

– On wspierał budowanie tego kościoła. Ojciec przepięknie malował. U wezgłowia łoża małżeńskiego moich rodziców był gigantyczny, przepiękny obraz Matki Bożej Karmiącej w bieli i błękicie. Pisał poematy, pięknie grał na pianinie. Był niesamowicie obdarzony talentami. Były pomysły ze strony opiekunów kościoła, by sprzedać te bezcenne dla nas obrazy. IPN wykonał ich inwentaryzację, liczę, że to powstrzyma te zakusy.

Tę Bożą opiekę, która towarzyszyła Ojcu, czuje Pani także nad swoimi działaniami?

– Wszystko nam pomaga, gdy chodzi o Witolda Pileckiego, wiele drzwi staje przed nami otworem. Ostatnio przyjechała delegacja francuska z telewizją, musiałam sama oprowadzać ich po więzieniu na Rakowieckiej, dostałam pozwolenie, a dodatkowo stał chyba przy nas jakiś Anioł, bo nagle ktoś z pracowników więzienia zaproponował, że może nas wpuścić na stary spacerniak, z którego korzystali więźniowie w latach, gdy przebywał tu Ojciec. To bardzo sfatygowany spacerniak, bardzo mały. Kiedyś jeden z więźniów przekazał, że widział na nim Ojca. Był wyprowadzany bardzo późno i pojedynczo. To było już po procesie. Był bardzo skatowany, nie mógł unieść głowy wysoko, ale – jak opowiadał ten więzień – Ojciec był jakiś taki promienny, nie taki, jak można by się spodziewać, wyglądał, jakby był w innym świecie.

Skatowali Go, ale nie złamali.

– Po ofierze życia Witolda Pileckiego do nas należy dokończyć Jego dzieło: odbudować ducha Narodu Polskiego. On po to powrócił do Polski. To była Jego ostatnia misja w życiu. Jego ostatni meldunek. Odbudować ducha Narodu. Dlatego dla mnie tak ważnym dziełem są szkoły im. Witolda Pileckiego, bo tam wychowuje się młode pokolenie. To, co dzieje się dzisiaj w różnych obszarach Polski, a szczególnie na południu i północy, to coś niesamowitego. Tam właśnie powstaje najwięcej szkół. To są żywe pomniki, w których trwają wszystkie wartości dla Ojca najważniejsze: Bóg, Honor, Ojczyzna. Byłam niedawno w zespole szkół im. Witolda Pileckiego w gminie Rembertów i pani dyrektor mówi do mnie, że cierpi, żegnając ostatnie klasy gimnazjum, bo tu tworzą dzieciom wszystko, co najlepsze, i boi się, że ta młodzież pójdzie do liceów, gdzie te wartości nie będą kultywowane, że wysiłek, by to wychowanie przyniosło wielkie dobro dla Polski, pójdzie na marne. Jaka zatem wielka myśl przyświeca tym szkołom? To nie jest tylko pusta forma, nadanie imienia, po to by mieć je na sztandarze. To praca u podstaw.

Ile jest szkół im. Witolda Pileckiego?

– Wczoraj byłam w szkole w Olsztynku, która jest 28. szkołą im. Witolda Pileckiego. Zjazdy tych szkół są organizowane dorocznie w Orpiszewie, ale niektóre z nich nie mają pieniędzy na taki wyjazd. Zatem ja jeżdżę do nich. Tworzę także mapy Polski z zaznaczonymi miejscami, w których są szkoły im. Witolda Pileckiego, i przekazuję je szkołom. Zawsze powtarzam młodzieży: nie uciekajcie z Polski, uczcie się, pracujcie dla Polski, by ona była atrakcyjna dla wszystkich, dla całego świata. A oni mówią: ale tu nie ma pracy. Róbmy zatem tak, by ta praca była, i była rzetelna, wspaniała dla świetności naszej Ojczyzny.

Oprócz szkół Witold Pilecki ma swoje drużyny i chorągwie harcerskie, pomniki, place, ulice, parki.

– Witold Pilecki sam toruje szlaki, którymi koniecznie chce kroczyć po całej Polsce. Ojciec był rycerzem. A rycerz jest wszędzie, gdzie powinien być. Czasem jest w zupełnie cichych – wydawałoby się – zapomnianych miejscach, myślę sobie, że to miejsca, w których Ojciec chciałby się wyciszyć. Takie Koziki na przykład, biedna okolica, gdzie ludzie zbierają runo leśne, by przetrwać, i tam jest szkoła im. Witolda Pileckiego. Wśród pięknych lasów i ludzi o dobrych sercach. To jest takie wyciszenie Witolda Pileckiego. Gdy jeszcze żył ks. prałat Zdzisław Peszkowski, poprosił o zabranie go do jednej ze szkół im. Witolda Pileckiego. Ponieważ Koziki były bardzo blisko, razem z mężem pojechaliśmy z ks. Peszkowskim właśnie tam. Ksiądz prałat odprawił tam Mszę Świętą i wygłosił homilię mówiącą o wielkiej świętości Witolda Pileckiego. Ksiądz Peszkowski chciał tam być. Było to dla niego ważne, choć nie znał Ojca bezpośrednio. To wszystko, co dzieje się wokół Witolda Pileckiego, ma jakiś dziwny sens. Ksiądz Jan Stępień, który był współwięźniem Ojca na Rakowieckiej, który także nie znał Go osobiście, a jedynie widział Jego ostatnią drogę na rozstrzelanie, opowiadał, że po śmierci Ojca najpierw modlił się za Niego, potem do Niego. Ja dawno wiem, że mój Ojciec jest święty.

Liczy Pani na znalezienie szczątków Ojca na Łączce?

– Czekam na te wykopaliska, może tam się jeszcze coś zdarzy, oddałam materiał genetyczny. Ale nawet gdyby nie stało się nic dla mnie ważnego, i tak jestem szczęśliwa, bo mam tego mojego Tatę wszędzie. Gdzie się nie ruszę, tam jest Witold Pilecki.

Nie brakuje Pani pomnika w Warszawie?

– Chciałabym, by pomnik Ojca stanął w alei Wojska Polskiego, skąd jako jeden jedyny na całym świcie poszedł dobrowolnie do piekła, do Auschwitz. Ojciec był bardzo skromnym człowiekiem, to miejsce jest dla Niego idealne. Zieleń, piękne drzewa, wyciszenie. Szczególnie młodzi prą do tego, by był pomnik. Nie ma jednak na to na razie środków. Może dopomoże w tym Polonia.

Jak zawsze będzie Pani 25 maja o 21.30 na Rakowieckiej, w godzinie stracenia Taty?

– Odkąd dowiedziałam się o dacie i godzinie zabicia Ojca, zawsze tam wtedy jestem. Przez pierwsze lata spotykaliśmy się właściwie tylko w rodzinnym gronie, paliliśmy świeczki i wiecznie byliśmy pytani przez przechodniów, co się dzieje, dlaczego palimy tu znicze i się modlimy. Od trzech lat na Rakowiecką przychodzi rzesza ludzi, w przeważającej mierze młodych. Oni wszyscy chcą być wtedy przy rotmistrzu Pileckim.

Dziękuję za rozmowę.

 


Skomentuj ten artykuł: facebook.com/naszdziennik

Aktualizacja 24 maja 2014 (10:26)

Nasz Dziennik