logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Rynek medialnych toksyn

Czwartek, 29 maja 2014 (02:08)

Powiedzenie dziś, że media kłamią, naraża na śmieszność i banał. Media nie kłamią. Media jedynie opanowały technikę polegającą na posługiwaniu się mieszanką prawdy i informacyjnych fałszerstw. Medialne półprawdy i stereotypy mogą zdyskredytować niewygodnych przeciwników politycznych, rządy, osoby, ich zapatrywania czy światopoglądy. Polityk, jak mucha, może być zabity gazetą. Telewizyjni zawodowcy, którzy są jednocześnie zawodowymi mówcami, stają w studiach naprzeciw swoich gości amatorów i nie dają im szans. To tak, jakby zawodowy bokser wagi ciężkiej zmierzył się z gospodynią domową.

W telewizyjnych studiach zasiadają politycy, związkowcy, protestujący, walczący o swoje prawa itd. Telewizyjni prezenterzy do części swoich gości podchodzą bezwzględnie, wykorzystując własną uprzywilejowaną sytuację. Zwłaszcza wobec polityków, którzy z określonych powodów nie cieszą się uznaniem ich stacji. Ci muszą być jednak zapraszani do studia, by nadać pozory dziennikarskiego obiektywizmu. Cóż z tego, że zaproszeni otrzymują głos, ale nie wtedy, gdy się spodziewają? Ucina się im w środku wywód – zwykle z racji upływającego czasu. Już na wstępie zadaje się pytania będące zawoalowanym pomówieniem czy insynuacją. Wśród polityków jest jednak szczególna, nieliczna, grupa, która prowadzi z zawodowymi prezenterami równy dialog. Potrafi dać się telewizyjnym prezenterom we znaki i toczyć z nimi równorzędną „walkę”. Zaproszeni do studia mają świadomość, że zostaną poddani, jak na sali rozpraw, przesłuchaniu. Wystąpią jako oskarżeni lub świadkowie oskarżenia z określonego paragrafu. Tak przygotowani, potrafią obnażyć niewiedzę i arogancję prezentera stacji, budząc jego irytację i złość. Wtedy stacja – „w rewanżu” – ośmiesza polityka. Prezentuje powtarzające się, wycięte z kontekstu jego zdania czy miny, wypaczając istotę całej wypowiedzi. Nierzadko w specjalnie zbudowanych tylko w tym celu programach quasi-satyrycznych, których zadaniem jest „przepuszczać” całą polityczną scenę przez magiel. Jako przykład przywołanego polityka na polskiej scenie politycznej automatycznie nasuwa się postać poseł profesor Krystyny Pawłowicz. Profesor już na wstępie, po wejściu do studia, wnosi aurę indywidualnego stylu, a więc i pewnej nieprzewidywalności. Daje do zrozumienia, że nie ulegnie zaprogramowanej sztancy, która ustawia ją w pozycji skrajnie niekorzystnej. Wśród widzów jej występy spotykają się z bardzo żywym odzewem. Często w sieci znajdujemy przykłady „starć” poseł w telewizyjnych studiach. Na YouTube specjalne „miksy” robią sami internauci, podpisując je: „Pawłowicz roznosi dziennikarkę Polsatu – mocne!”. W tych materiałach niemal zawsze ostatni, zwycięski uśmiech w stronę widza kieruje pani profesor. Choć chwilę wcześniej otrzymywała bezwzględne, choć niewidzialne, ciosy poniżej pasa.

To, co niewidoczne

Sami widzowie nie mają jednak zwykle wiedzy czy też potrzebnej intuicji, by poradzić sobie z efektem niewidzialnej pracy telewizyjnych redaktorów. Z tym ostatnim na przykład wiąże się cała procedura zapraszania do studia. Są osoby, których się nawet ani myśli zaprosić. Są też tacy, których się zaprasza, ale stale odmawiają. Widz otrzymuje już rezultat niewidzialnej pracy redakcji. Jak zauważa francuski socjolog i analityk telewizji Pierre Bourdieu: „Na scenie to, co widoczne, skrywa to, co niewidoczne”. Rozmowa zaaranżowana w studio sprawia wrażenie demokratycznej równowagi. Ta równość jest wręcz ostentacyjna, a prowadzący rozmowę pozuje na wyrocznię obiektywizmu. To są jednak tylko pozory.

Debaty w studiach poprzedzają informacyjne serwisy. Odbywa się nieustanny wyścig informacyjny, trwa specyficzna wojna na informacje. Redaktor, wydawca prezentuje nierzadko prawdziwe informacje, ale z intencją wywołania fałszywych implikacji. Pomija się wybrane, istotne, ale niewygodne informacje albo dokonuje się ich selekcji i zestawień, tak by budziły fałszywe skojarzenia. Informacje takie zaznaczają mniej lub bardziej realne zalety podejmowanych spraw, ale jednocześnie maskują lub przemilczają ich ciemne strony.

Nierzetelne dobieranie informacji i środków językowych, których celem jest wywieranie wpływu na nastroje, poglądy, opinie odbiorców, to motyw wielu redakcji. Mamy tu do czynienia z rodzajem stałej dominacji nadawcy nad odbiorcą. Manipulacja na tak zwanym wolnym rynku informacji i idei może okazać się w skutkach znacznie silniejsza i groźniejsza od tej, która rozgrywa się w systemie autorytarnym lub totalitarnym. W ostatnim przypadku odbiorcy zwykle są szczególnie na nią wyczuleni, dysponują środkami rozpoznawczymi i pozostają nieufni wobec nadawcy. Na rynku wolnego słowa odbiorca okazuje się bezbronny. Jest otwarty i ufny wobec otaczających go przekazów. A nawet pokłada w nich nadzieję na porządkowanie i organizowanie mu życia.

Uwierz mi – a zrobię cię na szaro

Przekaz informacyjny i komunikacja społeczna opierają się na zaufaniu. Warunek ufności odbiorcy stanowi akceptacja nadawcy komunikatów informacyjnych. Nadawca nierzadko wykorzystuje tę ufność i świadomie łamie zasady gromadzenia, przetwarzania i emitowania informacji. Nadawca wie, że wiadomość może być kłamstwem, ale wie też, że odbiorca nie ma narzędzi jej weryfikacji. Niedawnym takim przykładem może być emitowana na początku maja informacja o śmierci ministra z czasów PRL, Mieczysława Wilczka. Początkowo podawano tylko komunikat o jego śmierci. Dopiero kilka dni później media poinformowały, że wypadł przez okno i istnieje podejrzenie samobójstwa lub zamachu na jego życie. Za dwa dni znów podano, że targnął się na życie „własnymi rękami” – wyskakując przez okno (!).

Dwa dni później poinformowano opinię publiczną, że prokuratura zdecydowała o odstąpieniu od sekcji, przyjmując wersję samobójczą. W żadnym z wypadków odbiorca tych przekazów nie miał możliwości ich weryfikacji. Inne przykłady – przykłady wojny informacyjnej mamy w przypadku niemal każdej wiadomości płynącej z Ukrainy. Częste jest tu relacjonowanie nieprawdziwej informacji jako wydarzenia i potwierdzonego faktu i pozostawienie jej bez komentarza. Odbiorca zostaje sam z kontekstem sprawy – ma sam wyciągnąć wnioski. A przecież rzadko który słuchacz jest ekspertem i znawcą tych skomplikowanych spraw. Zwłaszcza w gąszczu sprzecznych faktów.

Wojna informacyjna na Ukrainie wskazuje też, w jakim stopniu media zdolne są do wykreowania określonej opinii publicznej czy wywołania psychozy zbiorowej bez konieczności gromadzenia w tym celu tłumów. Informacja oddziałuje na każdego z osobna i oddzielnie. Ale przyczynia się jednocześnie do zjawisk zbiorowych. Media zmieniają się więc w idealne narzędzia do prowadzenia nowych wojen. Czego przykład mamy, niestety, na Ukrainie. Gdzie w efekcie armia i żołnierze zostali sparaliżowani przez silną ekspozycję medialną uzbrojonych po zęby nieznanych bliżej nikomu „turystów”. Stałe powtarzanie tezy o chaosie, niebezpieczeństwach, zagrożeniach, łączone z innymi nieprawdziwymi danymi, utworzyło dodatkowe złudzenie logicznego łańcucha. Doszło tu do wykorzystania schematu, wedle którego dokonany został opis nowej sytuacji, której nadawca chciał nadać szczególną rangę.

Informacyjne śmietnisko

Ten rodzaj manipulowaniem świadomością opinii publicznej to rodzaj techniki mentalnej przemocy. Mechanizm przypomina adaptację technik reklamowych. Przeciwnik opatrzony zostaje przykrą etykietką, której starał się pozbyć. Jeśli nie ma dostępu do głównego nurtu mediów, już jest na pozycji straconej. Resztę dopełniają szumy informacyjne. Błahe artykuły, śmieciowe audycje, programy pozbawione jakichkolwiek treści. Wbrew pozorom są bardzo ważnym instrumentem w zawłaszczaniu uwagi słuchacza. Ich zadaniem jest jedynie jałowe wypełnianie miejsca na antenie czy szpaltach gazety. Takie informacyjne śmieci wydalają w Polsce główne komercyjne radiowe i telewizyjne stacje. I to one, paradoksalnie, mają największą słuchalność i siłą rzeczy najbardziej zajmują uwagę gros opinii publicznej.

Jeśli zaś komunikat informacyjny jest nieskuteczny – jest po prostu powtarzany. Do bólu. Do irytacji odbiorcy. Im bardziej zirytuje, tym jest skuteczniejszy. Powtarzane są także obrazy, zestawienia negatywnych zdjęć z tekstem kompromitującym osobę, instytucję, partię. Najłatwiej to zauważyć w tabloidach. Ten rodzaj informacyjnego odpadu skutkuje odcięciem odbiorcy od prawdy o otoczeniu. Niszczy jego układ odniesienia, zrywa więzi pokoleniowe, tradycje, zasady etyczne. Tu warto wspomnieć o drastycznym wydaniu jednego z tabloidów z kanonizacji Jana Pawła II, kiedy eksponowano zdjęcia świętego obok odrażających patologicznych ludzkich ciał.

Bunt ofiary

Taktyka skrajnego przejęcia kontroli nad określoną grupą czy społecznością przez umiejętne wykorzystanie mediów czy nawet inwazję medialną (np. sprawa Ukrainy) prowadzi do sytuacji zwanej praniem mózgu. Odbiorca wtedy nie ma już ani świadomości, ani wiedzy, ani nie wyraża zgody na to, co go informacyjnie zalewa. Wtedy już tylko krok do sytuacji, gdy techniki wpływu wykorzystywane są zbyt nachalnie i intensywnie. Odbiorca może zacząć odzyskiwać dawną świadomość i pierwotną uwagę. Przekazy, które dawniej wpływały na jego zachowanie, tracą swoją moc. A gdy masa krytyczna informacyjnych toksyn zostaje ostatecznie przekroczona – jak w każdej sytuacji – organizm zaczyna się buntować. Odbiorca przekazów przestaje zachowywać się zgodne z oczekiwaniem manipulatora. Jego komunikaty nie są wchłaniane, a wprost przeciwnie – odrzucane. Reakcja jest taka, jak na każdy rodzaj fizycznej agresji czy inwazji. Uczenie nazywa się to zjawiskiem reaktancji. Łączy się ona z negatywnymi stanami emocjonalnymi – gniewem, wzburzeniem itd., wywoływanymi obawą przed zagrożeniem osobistej wolności. W efekcie może doprowadzić do bardzo zdecydowanych działań obronnych osoby czy wręcz całych grup poddanych manipulacji.

Jak się bronić przed toksynami informacji?

Co zatem robić, by nie ulec informacyjnym toksynom? Należy przede wszystkim odrzucać formy niepożądanych przekazów. Po pierwsze – odrzucić ich język i terminologię. To przez nie nadawca realizuje swoje koncepcje. W ten sposób uniknie się narzucanych kategorii pojęciowych. Nie należy też przyjmować narzuconej płaszczyzny konfrontacji, ale zachować przede wszystkim ostrożność przed powtarzaniem clichés. Przychodzi tu z pomocą tak zwana kontrpropaganda, polegająca przede wszystkim na rozpoznaniu tematów odrzucanych. Wyodrębnieniu ich, sklasyfikowaniu według znaczenia, by kolejno i pojedynczo z nimi prowadzić polemikę. Dalsza strategia nakazuje uderzanie w słabe punkty nadawcy komunikatów. Ale uwaga, co bardzo ważne: jeśli uderzenie niechcianej czy odrzucanej propagandy jest tak potężne, że wręcz przygniatające, nie należy nigdy wchodzić we frontalne i otwarte starcie z nią. Trzeba neutralizować wszechobecną niepożądaną opinię. A to znaczy – za punkt wyjścia należy właśnie tę opinię przyjąć, następnie znaleźć wspólny grunt z nią, a potem stopniowo, poprzez różnego rodzaju argumenty, także ośmieszanie, osłabiać i eliminować z obiegu publicznego. Jest to proces trudny, wymagający doświadczenia i wiedzy. Dobrze jest także wykazywać na każdym kroku niezgodność komunikatów przeciwnika z podstawowymi faktami.

W tym starciu polem zderzenia jest ludzka świadomość. Dlatego tak ważne jest uświadomienie faktu ulegania informacyjnej agresji. Jak długo osaczeni i poddani jej nie wiedzą o tym, tak długo są całkowicie bezbronni. W chwili uzyskania tej wiedzy skuteczność informacyjnego agresora niemal automatycznie gwałtownie spada.

Dr Hanna Karp

Nasz Dziennik