logo
logo

Zdjęcie: Arch. Rodziny Thompsonów/ -

Wychowali do samodzielności

Sobota, 7 czerwca 2014 (02:12)

Co zrobiłem, żeby każde z moich 12 dzieci same zapłaciło za swoje studia? – tak brzmi tytuł artykułu Francisa L. Thompsona, ojca 12 dzieci, inżyniera w Northrop Grumman Corp. kierującego zespołami projektującymi pierwsze satelity telewizyjne i satelity obrony powietrznej. Choć u Thompsonów nigdy nie było problemów z finansami, a praca ojca była na tyle dochodowa, by finansować wszelkie potrzeby dzieci, zdecydowali, by tego nie robić.

Thompson kształtował z żoną postawy dzieci w obszarze przedsiębiorczości, odpowiedzialności i gospodarowania pieniędzmi, a jego doświadczenie może być pomocą dla wielu rodziców. Tym bardziej że w przypadku Thompsonów możemy już mówić o owocach wychowawczego trudu – wszystkie ich dzieci są dorosłe, wszystkie skończyły studia lub są w ich trakcie i wszystkie same finansowały swoją naukę. Rodzice jedynie dostarczali im wyczerpujących informacji, jak używać swoich umiejętności i zasobów do pomnażania bogactwa.

Thompsonowie nie dawali dzieciom rzeczy, ale informację i uczyli je „jak” te rzeczy zrobić. Podstawą dla wszystkich wychowawczych metod u Thomsonów była oczywiście miłość między małżonkami i przykład życia rodziców, którzy są wierni zobowiązaniom, od których nie ma kompromisu.

ZASADY THOMPSONÓW

Niejeden współczesny rodzic (o nowoczesnych psychologach nie wspominając) chwyci się za głowę, zapoznając się z zasadami, które obowiązywały małych Thompsonów. Dzieci były wdrażane do prac domowych od 3. roku życia.

– Trzylatek niezbyt dobrze czyści toalety, ale zanim skończy 4 lata, robi to już całkiem nieźle – konstatuje Thompson. Musieli sami prać swoje ubranie od 8. roku życia. Rodzice wyznaczali im na to dzień prania. Gdy zaczęli czytać, musieli zrobić obiad według przepisu. Musieli się też nauczyć podwoić wszystkie składniki. Kieszonkowe było wyznaczane w oparciu o wykonane w tygodniu prace domowe. Chłopcy i dziewczęta musieli nauczyć się szyć. Obszarem, do którego przykładano dużą wagę, była edukacja. Obowiązywał czas nauki od 18.00 do 20.00 każdego dnia tygodnia oprócz niedzieli.

Nie było telewizora, komputera, gier ani innych zajęć, zanim nie minęły te dwie godziny. Jeżeli dzieci nie miały zadania domowego, czytały książki. Ktoś czytał dla tych, którzy byli za mali, żeby uczyć się w szkole.

– Potem miały czas wolny, byle wróciły przed godziną policyjną – stwierdza ojciec w swoim tekście (w tygodniu szkolnym była to 22.00, w dni wolne północ). Nie pozwalali dzieciom „obwiniać” nauczyciela za nieuczenie się, ale zawsze odpowiedzialność za opanowanie materiału spoczywała na dzieciach. Rodzice towarzyszyli im przez dwie godziny codziennej nauki, aby mogli zawsze zwrócić się o pomoc. Wszystkie dzieci musiały uprawiać jakiś sport. Mogły wybrać jaki, ale nie można było nie wybrać żadnego. Wszystkie musiały także być w jakichś klubach: harcerzy, kole historycznym, teatrze itp.

Wzajemna pomoc

Podejmując wszelkie zabiegi wychowawcze stymulujące kreatywność i poczucie odpowiedzialności, rodzice muszą uważać, by nie wywołać niezdrowej rywalizacji i egocentryzmu. Thompsonowie wymagali, by dzieci pełniły służbę na rzecz wspólnoty.

– Byliśmy woluntariuszami w naszej społeczności i w kościele. Całą rodziną pomagaliśmy w wypełnieniu wymagań stopnia Eagle Scout [wyróżnienia harcerskiego w USA]. Raz zbieraliśmy stare ubrania, zabraliśmy je i rozdaliśmy w Meksyku. Dzieci zobaczyły, jak wygląda życie wielu rodzin, jak ta zbiórka je rozradowała i ile zmieniła – wspomina ojciec.

Mali Thompsonowie od początku byli uczeni życia razem, współpracy i wzajemnej pomocy. Starsi czytali młodszym, odrabiali z nimi lekcje etc. Oprócz obowiązków były oczywiście i przywileje. Dzieci miały pewien udział w ustalaniu rodzinnych zasad, miały prawo wyboru w zakresie niektórych decyzji dotyczących czasu wolnego, organizacji życia rodzinnego.

Kiedy dzieci Thompsonów kończyły 16 lat, każde otrzymywało do rodziców stary, używany samochód, który same musiały naprawiać (a nawet doprowadzić do stanu używalności!). W tym obszarze rodzice dawali im prawo do popełniania błędów.

– Nasze dzieci nie obawiają się robić czegoś nowego. Zostały wychowane tak, że jeżeli zrobią coś nie tak, nie zostaną ukarane. To często kosztuje więcej pieniędzy, ale my wychowywaliśmy dzieci, a nie oszczędzaliśmy pieniądze – stwierdza Thompson.

Prezenty były tylko na urodziny i Boże Narodzenie, a rodzinne wakacje nie oznaczały wylegiwania się na plaży w kurortach. Bynaj- mniej nie z powodu braku środków.

– Jeździliśmy pod namiot z plecakiem. Jeżeli padało, okazywało się, jak iść z plecakiem w deszczu i przeżyć. Rozbijaliśmy obóz bazowy z pięcioma albo sześcioma namiotami i zabierałem wszystkie dzieci w wieku od 6 lat na 3-5-dniowe wycieczki z plecakiem. Moja żona zostawała z młodszymi. Proszę pamiętać, że przez 15 lat ona była albo w ciąży, albo właśnie urodziła – zaznacza Thompson.

Rodzice byli z dziećmi podczas wszystkich trudnych doświadczeń, ale nie chronili ich przed konsekwencjami złych wyborów. Czytając wspomnienia Thompsona, które przedkłada nam jako zestaw dobrych rad, wielu może mieć mieszane uczucia i wątpliwość, czy czasem te zasady nie były za ostre. Każde dziecko i każda rodzina jest inna i z pewnością nie ma jednego wzoru na wychowanie odpowiedzialnego dziecka, w przypadku Thompsonów – jak zaznacza głowa rodziny – te sposoby przyniosły dobry owoc. – Nie byliśmy i nie jesteśmy dla dzieci dobrymi kumplami. Byliśmy ich rodzicami – podsumowuje swoje rozważania Thompson.

Beata Falkowska

Aktualizacja 7 czerwca 2014 (08:11)

Nasz Dziennik