logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Pogoń za wiatrem

Niedziela, 27 lipca 2014 (13:06)

Wszystkim nowym okresom i epokom towarzyszą euforia, entuzjazm, parcie ku „ostatecznej” nowości. I to jest słuszne. To jest motor tworzenia i historii. Ale zawsze też występuje jakiś zakres głupiej pychy, zrywania z dorobkiem i mądrością wieków, przyjmowania samowystarczalności świata materialnego oraz odrzucania Boga i odwiecznej moralności. Dlatego święta Księga Koheleta z III w. przed n. Chr. chce otrzeźwić takich ludzi: „Ktoś o czymś powie: ’Patrz, to jest rzecz nowa!’. Ale to już wydarzyło się w dawnych czasach, które były przed nami” (Koh 1,10). Bo wszystko, co jest bez Boga, „jest pogonią za wiatrem” (Koh 1,17).

Język „nowy”

U nas pojawiła się pewna „nowość” języka po odkryciu taśm podsłuchowych. Ktoś mi opowiada: „Wiesz, przechodzę koło budki z piwem, a tam tłum brudasów brzydko bluzga. Ja do nich: ’Trochę kultury, panowie, przecież tędy chodzą dzieci i młodzież!’. A oni: ’Jak to? Posługujemy się przecież językiem, który został ratyfikowany przez ministrów i najwyższych urzędników. Pan jest zacofany!’”.

Ale, młodzież! Podobno w jednym gimnazjum i liceum język, do tej pory „sprywatyzowany”, uzyskał prawa publiczne. Gdy jedna staroświecka „psorka” bardzo się wściekła, młodzież zagroziła, że doniesie na nią do kuratorium, że jest nielojalna wobec władzy, bo zabrania używania języka ministerialnego. Mamy tylko problem, jak do tej elegancji języka dorosnąć. I niektóre licealistki mówiły: „Szkoda, że – zapewne – rząd nie pozwoli już opublikować więcej takich rozmów, będą chyba najwyżej tylko delikatne omówienia, albo i tych nie będzie. Bo rząd oficjalnie ma bardzo dobry smak językowy, i choć jest bardzo tolerancyjny, to jednak tylko wobec swoich pochlebców i służących im”.

A przecież i świat młodzieżowy robi się znany z nowego języka publicznego. Melchior Wańkowicz pisze w „Tędy i owędy”, że przed wojną w Wilnie z kolorowego języka byli znani dorożkarze, jednak ktoś ich mógł prześcignąć. Otóż pewien student podszedł do dorożkarza i zagaja: „Jedziesz pan do uniwersytetu? A ile to będzie kosztowało?”. Dorożkarz odpowiada: tyle a tyle. „To za drogo, jedź pan sam!”. Dorożkarz rozsierdził się bardzo i zaczął swój popis językowy. Ale student nie pozostał mu dłużny i sypnął wiązankę najpiękniejszego sortu. Dorożkarz aż gębę otworzył z podziwu. I zawołał: „Sadis, darmo powiozu!”.

Jeszcze i inna nowość. Podobno korektorzy naszego języka polecili, ażeby zaniechać już powiedzenia przestarzałego „klnie jak szewc”, a wprowadzić wyższej klasy: „klnie jak minister”.

Ale żarty na bok! Słowa człowieka, zwłaszcza wypowiedziane bez pozy, nie są jak pot, lecz wypływają z głębi osoby. Najwybitniejszy komediopisarz grecki, Menander (ok. 342-291 przed n. Chr.), napisał w „Thais” („Bandaż”), że „złe rozmowy psują dobre obyczaje”, co przytoczył i sam św. Paweł (1 Kor 15,33). Język – pisze św. Jakub – może być „ogniem, sferą nieprawości… Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak być nie może!… Słone źródło nie może wydać słodkiej wody” (Jk 3,6.10.12). Jeszcze mocniej mówił Chrystus do kłamców: „Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście. Przecież z obfitości serca usta mówią” (Mt 12,34). Oczywiście, chodzi tu nie o brzydkie słowa, lecz o brzydotę języka duszy. Pod jaką władzą jesteśmy!

Etyka „nowa”

Ale brzydota języka nie boli nas tak, jak „nowe”, „postępowe” poglądy moralne wielu, przeklinające etykę życia i sumienia, zwłaszcza nasilone we wściekłości przeciwko ludziom Deklaracji Wiary, broniącej autentycznej, ogólnoludzkiej moralności. Aż trudno uwierzyć, żeby tak postępowali normalni Polacy, choćby nawet czynili to niezbyt przytomnie, pozostając pod przemożnymi wpływami nierozumnych poglądów w licznych innych krajach. Jak wytłumaczyć wściekłą i niesprawiedliwą napaść np. na prof. Bogdana Chazana, dyrektora Szpitala Św. Rodziny w Warszawie, za to, że nie poddał się prowokacji, żeby abortować dziecko kobiety, która przyszła z innego szpitala, rzekomo nie wiedząc, że prof. Chazan nie czyni takich rzeczy. Chyba chodziło o to, żeby zniszczyć silny ośrodek nieaborcyjny.

Jest bardzo przygnębiające, że tylu jest wrogów życia dzieci, całej kultury życia i że tworzą obłędne teorie etyczne w tej dziedzinie. Oto np. u nas pewien profesor z Komitetu Bioetyki PAN wyłożył niedawno swoją „nową” etykę. Mówi po prostu, że „czyste sumienie to wynalazek diabła”, co ma chyba oznaczać, że człowiek nigdy nie pozna, czy czyni dobrze, czy źle, albo też że czyn człowieka jest dobry i zarazem zły. Albo też, że są różne, nawet sprzeczne, etyki dobra i zła równoważne. „Nie zakładamy – powiada – że jest tylko jeden prawdziwy system etyki, czerpiemy z różnych tradycji etycznych”. Jak to możliwe? Czyżby można było czerpać jednocześnie z etyki ewangelicznej, hitlerowskiej, bolszewickiej, terrorystycznej, rasistowskiej, eugenicznej itp.? I dodaje, że Kościół „nie może decydować, który pogląd bioetyczny jest słuszny”, a premier Donald Tusk nie wprowadza etyki śmierci, bo „boi się Kościoła katolickiego”. Tymczasem nie ma „sumienia oświeconego” (przez Boga) i „nieoświeconego” – twierdzi profesor.

Według tegoż profesora bioetyki, o etyczności czy nieetyczności decyduje prawo stanowione przez odpowiednią władzę. Chciałoby się zapytać, czy nie najlepsze jest stanowione przez Komitet Centralny partii, bo to władza zbiorowa i ideowa, zawsze „nowoczesna”. Autor nie boi się sprzeczności własnej, która niweczy sensy wypowiedzi i tak je ustawia na jednej i tej samej płaszczyźnie, że trzeba przyjmować pluralizm etyk i moralności, odrzucać jednak etykę „fanatyków”, obrońców życia, i wreszcie, że etyka ma być „indywidualna, bo indywidualne wartości nadają sens osobistemu życiu”. Autor był tu jednak łaskaw pomylić dorobek faktyczny życia z zasadami etycznymi. Normy etyczne są ogólne, a ich stosowanie jest indywidualne. A jeśli i normy treściowe etyki są tylko indywidualne, to już nie ma etyki prawdziwej, jedynie samoubóstwianie się.

Autor wyjaśnia dalej, że „trzeba zaczynać od stanu faktycznego, a nie od poglądów (norm?) moralnych”. Czyżby sam czyn fizyczny stanowił zarazem o moralności, a nie jego zgodność albo niezgodność z normą etyczną? Byłby to jakiś fizykalizm, gdzie dobro fizyczne byłoby tym samym dobrem moralnym, np. udany napad na bank, a zło fizyczne byłoby tym samym złem moralnym, np. oddanie życia w obronie ojczyzny byłoby złem moralnym. Przecież nie ma moralności czysto fizycznej, lecz odnosi się ona z istoty swej do osoby ludzkiej jako takiej. Poza tym według profesora musi być nade wszystko „wolność moralna” i czasami trzeba podejmować „ryzyko moralne”. Trzeba to chyba tłumaczyć tak, że do każdej sytuacji mogę stosować wątpliwy system etyczny, czyli w razie wątpliwości, czy dana rodząca się istota jest człowiekiem, czy nim „jeszcze” nie jest, wolno podejmować „ryzyko” jej zabicia, jeśli np. dziecko matce przeszkadza. Jak można głosić taką etykę społeczeństwu! To właśnie niesławny lekarz obozowy Josef Mengele, członek SS, eksperymentujący na więźniach, także na dzieciach, nowe niebezpieczne leki, stosował „etykę ryzyka”: albo tę istotę zabiję, albo nie zabiję, ale ważniejsza ma być korzyść naukowa.

Ale nie chodzi tu tylko o jedną osobę. Mamy całe grupy ludzi głoszących błędną etykę w dziedzinie życia. Ktoś mówi np., że „Chazan popełnił grzech, nie zabijając chorego dziecka”. Jest to, oczywiście, rodzaj kpiny z wierzących obrońców życia. Albo ktoś inny dowodzi, że prof. B. Chazan bierze pensję od państwa, a nie zabija, to tak jakby urzędnik skarbowy nie ściągał podatku, bo jest przeciwnikiem podatków. Tyle tylko, że lekarz jest zaangażowany przez państwo, żeby leczył i chronił każde życie, a nie zabijał, jak chcą ludzie bez sumienia. Jeszcze inni piszą, że trzeba Polskę uwolnić od Kościoła, który jest Wielkim Inkwizytorem, ścigającym zabójców dzieci, i trzeba ratować etykę przed klauzulą sumienia, która nie dopuszcza aborcji, i tak stworzyć państwo bez Boga i bez etyki kategorycznej. Niektórzy dodają jeszcze, że etyka niezabijania dziecka chorego lub z wadami jest nieludzka, bo dziecko narodzone będzie cierpiało. Jest to głupia perfidia, bo cierpi straszliwie dziecko zabijane, zwłaszcza po kawałku. Być może jest tu stosowana praktyka dobijania ciężko rannych żołnierzy, ale błędnie. I tak różnych takich i podobnych poglądów błędnych w dziedzinie etyki jest cała masa (por. np. ostatnio: „Gazeta Wyborcza”, 2.07; 4.07; 8.07; 10.07; 12-13.07.2014).

Jest bardzo dla nas bolesne, że szlachetna kiedyś pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, dziś prezydent Warszawy, ulegając obłędowi liberalnemu i chyba także tzw. Kościołowi otwartemu, stawia na pierwszym miejscu prawo stanowione, choćby i przez komunistów, a etykę „prywatyzuje”, czyli odnosi jedynie do życia prywatnego, usuwając ją z forum państwowego. Ludzie zdezorientowani lub przewrotni kryją swoją niemoralność pod tezą, że „nie zabijaj” wywodzi się jedynie ze światopoglądu religijnego, czyli tylko z wiary pozarozumowej, a nie z rozumu naturalnego, który przenika naturę człowieka i świata. Toteż usunęła prof. B. Chazana ze stanowiska dyrektora za to, że nie chciał zabić dziecka chorego, poczętego in vitro, co gorsza – zrobiła to z taką zaciekłością, że bez obowiązujących procedur i nielegalnie stworzyła haniebny precedens dla całego kraju, poparła całą siłą lobby finansowe proaborcyjne i popełniła winę cięższą może od matki owego dziecka, bo matka mogła być osłabiona psychicznie, a pani prezydent niejako promulgowała prawo i obowiązek zabijania dzieci w szpitalach państwowych, zresztą wbrew Konstytucji gwarantującej klauzulę sumienia i ochronę życia. Przecież zabijanie dzieci, poczynając od stanu embrionalnego, stanowi dziś najstraszniejszy antynatalistyczny przemysł zła, uzyskujący kolosalne dochody na całym świecie, żerujący na ludzkiej słabości. Jest to ekonomia szatana, „który był od początku zabójcą” (J 8,44).

Czas „ohydy spustoszenia”

Bywają czasy, kiedy przychodzi jakaś „ohyda spustoszenia” nie tylko w dziedzinie gospodarczej, ale także duchowej, moralnej i politycznej. Niestety, obecnie przychodzi taki czas i na Polskę.

Pewien minister, który organizuje sprawy wewnętrzne naszego państwa, w chwili szczerości powiedział, że „państwo istnieje tylko teoretycznie. Praktycznie nie istnieje”. Oznacza to, że nasi władcy nie mają idei państwa polskiego, nie rozumieją dobra wspólnego, państwo zamienili w egoistyczną partię, która sprawuje władzę nad całością, ale tylko dla swojego dobra. Przy tym dochodzenie do takiej władzy jest w „złotym” słowie „demokracja” jakieś dziwne. Władze faktyczne są wybierane tylko przez niewielką część społeczeństwa, ale i ich wyborcy przeżywają często potem rozczarowanie: wybieraliśmy ludzi wspaniałych, uczciwych i zdolnych, a wybraliśmy faktycznie jakichś innych. Jak kobieta po ślubie: gdzie ja miałam oczy. Albo przypomina mi się przedwojenna gra jarmarczna, polegająca na zwodzeniu naiwnych. Szuler manipulował kartami o dwóch kolorach i wołał: „Czerwona wygrywa, czarna przegrywa”. I było widać, gdzie jest położona karta czerwona, stawiało się pieniądze na nią, a po odkryciu okazywało się, że jest ona czarna. Oczywiście, nie wszyscy przegrywali, bo od czasu do czasu wygrywali, ale… podstawieni. Zupełnie jak dzisiejsze media chwalące władze. Właśnie smutne jest to, że do wysokich stanowisk dostaje się za mało ludzi zdolnych, szlachetnych, no i z dojrzałą osobowością, zresztą szerzy się poglądy, że w polityce żadna moralność nie obowiązuje.

Ponadto okazuje się, że i ci przez nas wybrani nie rządzą ani samodzielnie, ani dla dobra całej Polski. Wiemy, że ok. 70 proc. ustaw i norm pochodzi z Brukseli i większość z nich nie jest korzystna dla Polski, a niektóre są wprost idiotyczne, jak ostatnio zakaz wędzenia. Z kolei z naszych ustaw co trzecia czy czwarta jest wadliwa. Trzeba ją naprawić, ale ta nowa jest znów wadliwa i ją z kolei trzeba nowelizować i tak w nieskończoność. Brakuje po prostu inteligencji inżynierom „państwa prawa”, którzy sądzą, że życiem kieruje samo prawo bez człowieka o odpowiedniej osobowości, zwłaszcza ludzi pozytywnie moralnych i wierzących. Co gorsza, okazuje się, że i faktyczna władza krajowa jest często pod skutecznym naciskiem u nas albo „Salonu”, albo „Układu”, albo „Razwiedki”. I tak władza w Polsce jest też częściowo okradana czy rozkradana i wewnątrz kraju, i z zewnątrz przez Brukselę i sąsiadów.

Coś dziwnego dzieje się u nas i z gospodarką pod różnymi rządami. Widzimy, że jest coraz gorzej. Większość naszych aktywów została sprzedana w obce ręce: banki, firmy, zakłady, niektóre kopaliny, dużo ziemi ornej, uzdrowiska i inne. Zniszczone są prawie wszystkie większe przemysły, hamowane są prace nad łupkami, upada energetyka, zakłady zbrojeniowe, brak zabezpieczeń antypowodziowych, spaprane drogi, chłopi muszą ciągle walczyć o poprawę swej sytuacji i o równe prawa. Dług publiczny wynosi już prawie bilion złotych, a sama obsługa długów sięga 42,6 mld dolarów za rok. Olbrzymie bezrobocie, wielka emigracja za chlebem itd. A rządząca partia głosi, że jesteśmy „przodującą” gospodarką UE. I cmokają z zachwytu służebni dziennikarze, nawet i wrogowie Polski. Jak to wytłumaczyć? A może to tylko propaganda i „pogoń za wiatrem”?

Mnie obchodzi też bardzo sytuacja uniwersytetów, bo one kształtują myśl i świadomość społeczną. Ich funkcje są dziś ważne, bo wypracowują w dziedzinie humanistycznej światopogląd, koncepcje polityczne, gospodarcze i kulturowe, kształtują wyższe wartości i sensy społeczne. Tymczasem w tej kwestii jest wielkie ubóstwo w UE. Głoszenie, że dzisiejszy Polak – Europejczyk zostaje ubogacony takimi wartościami wiodącymi, jak: wolność (raczej dowolność we wszystkim), poszanowanie mniejszości i równość płci, jest bardzo ubogie treściowo i mętne. Po ostatniej rzekomej reformie życie i praca na uniwersytecie bardzo się pogorszyły: zamiast pracy naukowej i dydaktycznej tylko walka o pieniądz, żeby nie zbankrutować, tarcia, konflikty, kasowanie instytutów i katedr, usuwanie pracowników i profesorów, zamykanie wydawnictw i księgarni. A także terror w stosunku do pracowników naukowych. Na przyklad na jednym z polskich uniwersytetów zarządzono, że pracownik naukowy na humanistyce musi napisać 7 rozpraw naukowych w roku, a co dwa lata książkę. Przecież jest to ciężka choroba, tzw. liczbówka. Trzeba jeszcze dodać, że „reforma” zaleca, by w celu podniesienia poziomu sprowadzać z wykładami wybitne postacie z zagranicy. Jest w tym „wielka mądrość” ekonomiczna. Na przykład Uniwersytet Connecticut w USA zapłacił Hillary Clinton za jeden wykład 251 tysięcy dolarów, a za drugi wykład na Uniwersytecie Nevada Las Vegas prelegentka zażądała 225 tysięcy dolarów („Gazeta Wyborcza”, 10.07.2014). Może by ją zaprosić i na Uniwersytet Warszawski na koszt ministerstwa? Podniosłaby bardzo poziom naukowy. Oczywiście, doszłoby jeszcze jakieś kilkadziesiąt tysięcy dolarów za podróż. Jak mogli rektorzy i profesorowie polscy zgodzić się na taką „reformę”? Przecież to jest tylko pogoń za wiatrem.

Ciekawe, że w krajach pokomunistycznych mimo odzyskania wolności są nawroty ciągot ku tamtym czasom. Jest to takie prawo historyczne wypiękniania przeszłości. Ale jeśli taka postawa przybierze formy żywe, to są patologiczne. Tymczasem u nas teraz znów i część społeczeństwa, i władze ukazują pewne elementy nostalgii za PRL. Władze robią się dyktatorskie, opozycji nie dopuszczają do niczego, a tylko wszelkie zło obecne zrzucają na rządy poprzedników, a jeśli są ważne zarzuty przeciwko nim, to odpowiadają jak przekorne dzieci: „Właśnie już przygotowujemy odpowiednie prawo, którego wyście nie zaprojektowali”. A faktycznie wszelkie projekty opozycji leżą latami w zamrażarce sejmowej. Działacze PRL są coraz częściej dopuszczani do wysokich stanowisk, chroni się pomniki morderców naszych sióstr i braci, blokuje się niekiedy badania nad szczątkami pomordowanych patriotów, czasami też ludzie, którzy działają i teraz na szkodę Polski, ale są powiązani z elementami zagranicznymi, otrzymują ordery. Prześladowane są ruchy narodowe jako „faszystowskie”, niweluje się Redutę Ordona w Warszawie, patriotyzm uważa się za skrajność, bywają nawet karane dzieci za wołanie na wiecu: „Bóg, Honor i Ojczyzna” (Hajnówka), poniżani są ludzie, którzy budowali Polskę po rozbiorach, jak Roman Dmowski, okrawa się budżet IPN, propaguje się wyraźnie ateizm, powraca się do niektórych tradycji PRL, niekiedy potępia się Powstanie Warszawskie jako antysowieckie itp.

Ataki na kościół

Obecnie narasta bardzo fala antykatolicka, już otwarta, atakująca świętości katolickie, Chrystusa, Kościół, duchowieństwo, zakony, etykę katolicką, tradycje religijne; sztuka i teatr oraz kino przeobrażają się chętnie w paszkwile na katolicyzm i na bluźnierstwa. Otwarcie praktykujący katolik miewa trudności z dostaniem stanowiska publicznego i z awansem, bywają bezkarnie niszczone symbole religijne i nagrobki na cmentarzach, nie są uwzględniane w mediach państwowych media katolickie. Choć pewien członek Ruchu Palikota w programie TVP nazwał wszystkich biskupów polskich złodziejami i terrorystami, to nikt mu nie zwrócił uwagi, nie było przeprosin ani sankcji, lecz po krótkiej przerwie człowiek ten nadal występuje niekiedy w TVP jako ważny „polityk”. Ludzie szerzący wielką demoralizację, bluźniercy, bezpodstawnie oczerniający katolika zawsze wygrywają w sądzie. Gdy ktoś ubliży potwornie Papieżowi, to nikt z nas nie może podać sprawy do sądu, musiałby upokarzać się osobiście sam Papież. Pewne czynniki publicznie chcą skonfliktować biskupów z Papieżem, naszych biskupów między sobą, duchownych z wiernymi i nie ma możliwości obrony. Kancelaria Prezydenta ocenzurowała referat ks. kard. Gerharda Ludwiga Müllera, prefekta papieskiej Kongregacji Nauki Wiary, gdyż głosił wyższość etyki nad prawem i wypowiedział się przeciwko aborcji. I takich, i podobnych rzeczy jest bardzo dużo. Nie znaczy to, żebyśmy nie dopuszczali dyskusji czy krytyki, ale niedopuszczalna jest w Polsce cała taka atmosfera chamstwa – żeby nie użyć jakiegoś innego określenia „ministerialnego”. Zachodzi obawa, że tacy ludzie nieczujący ani Polski, ani tradycji religijnej mogą się stać zarzewiem rozkładu całego społeczeństwa, a nawet mogą być wykorzystani przez obce siły w razie wielkiego konfliktu międzynarodowego, jak na Ukrainie.

Oczywiście, jest też wielu defetystycznych katolików, którzy sądzą, że Kościół zmarnieje, jeśli nie pójdzie na pewien kompromis ze współczesną mentalnością laicką i nie przeobrazi się z nauczyciela wiary w dyskutanta, z przekaziciela zbawienia w pustą doktrynę socjologiczną. Ale ci ludzie są w wielkim błędzie. Każda epoka pomaga zrozumieć niektóre prawdy objawione, ale nie może tych prawd przeinaczać. Gdyby przeinaczała, to już dawno wiara byłaby tylko historią różnych wierzeń. Toteż katolicy winni rozwijać swoje prawdy autentyczne, szerzyć je i wcielać w życie z całą mocą. Każda bowiem silniejsza mentalność antyreligijna wywiera przez pewien czas swój wpływ negatywny. Na przykład i u nas po przystąpieniu do UE liczba katolików uczęszczających na Mszę Świętą w niedzielę spadła z 60 proc. do niespełna 40 proc., czyli o dwa miliony, i z tego 16,4 proc. przystępuje do Komunii Świętej. Niektórzy mówią, że frekwencję podniosłoby pójście Kościoła na kompromisy, zwłaszcza etyczne. Jednakże Kościoły chrześcijańskie pozakatolickie, które to zrobiły, szybko całkowicie marnieją, jak np. anglikanie, stają się prywatnymi stowarzyszeniami. Zdrada objawienia zabija Kościół.

Kreśląc szkic obrazu Polski dzisiejszej, nie można nie wspomnieć jeszcze po raz któryś, że bardzo wielkim złem i wielką ciemnością jest tak szeroko rozpowszechnione zakłamanie: państwowe, polityczne, społeczne, gospodarcze, kulturowe i codzienne. W życiu każdej cywilizacji i każdego państwa zawsze było dużo zakłamania, ale dziś z powodu wielkiego rozwoju techniki komunikacji i możliwości działaniowych powstała niemal konieczna struktura kłamstwa w życiu zbiorowym. Niektóre ruchy społeczne i całe państwa dochodzą w kłamaniu do mistrzostwa. Często życie w prawdzie wymaga wprost heroizmu. Kiedyś strukturą kłamstwa państwowego były marksizm i bolszewizm, mieliśmy nadzieję, że dziś się istotnie poprawiło. Ale, niestety, i dziś znowu wraca komunikacja kłamstwa, zwłaszcza w życiu politycznym, moralnym i kulturowym. „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego […]. Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała w tym, czego winni się wstydzić” (Flp 3,18-19).

***

Jednakże Bóg dał nam życie, drugich ludzi i piękny świat jako swoim dzieciom w drodze do Niego. I On jest Najwyższą Prawdą, a bez Niego wszystko popada ostatecznie w nieprawdę. „Bóg uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał też naszym sercom pragnienie wieczności” (Koh 3,11). Ostatecznie zatem jedynie dążenie do Boga, do Boga Prawdy, Boga Miłości i Boga Sensu nie będzie „gonieniem za wiatrem”.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

Nasz Dziennik