logo
Temida Stankiewicz-
-Podhorecka

krytyk teatralny
Sobota, 9 sierpnia 2014 (12:21)
Litania umierającej Warszawy

Z niepokojem szłam do Muzeum Powstania Warszawskiego, aby obejrzeć spektakl „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w reżyserii Krystyny Jandy. Prezentowane w Muzeum już od dziewięciu lat premiery teatralne ku upamiętnieniu Powstania Warszawskiego z roku na rok coraz bardziej sięgały dna i urągały pamięci Powstania i powstańców. Najkrócej mówiąc – były hańbą, a nie upamiętnieniem bohaterów i tego wielkiego zrywu niepodległościowego. Ale na szczęście w tym roku stało się inaczej, co mnie cieszy i pozwala mieć nadzieję, że dyrektor Muzeum Powstania Jan Ołdakowski może wreszcie zmieni swoje upodobania artystyczne w dobrym kierunku.

Pamiętnik Białoszewskiego

Miron Białoszewski napisał „Pamiętnik z powstania warszawskiego” w 1970 roku. A więc po wielu przemyśleniach, które stworzyły pewien dystans do tamtych wydarzeń. Nie jest to zatem rzecz pisana na bieżąco, w emocji świeżych doświadczeń, lecz kreacja literacka, ale przedstawiająca prawdziwe zdarzenia i obrazy. Ponadto przełom lat 60. i 70. nie był czasem sprzyjającym pamięci o Powstaniu, wręcz przeciwnie. Cenzura była szczególnie uwrażliwiona na temat Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego. Utwory rzetelnie dokumentujące Powstanie nie miały żadnych szans na publikację. Książka Mirona Białoszewskiego, mimo że nie gloryfikuje Powstania i nie pokazuje portretów bohaterskich powstańców, także podlegała cięciom cenzury.

Białoszewski nie był uczestnikiem Powstania, nie brał czynnego udziału w walkach z Niemcami, tak jak większość jego kolegów z pokolenia Kolumbów. Jego „Pamiętnik…” jest spojrzeniem na Powstanie z pozycji cywila. Autor opisuje dramat ludności cywilnej, warszawiaków chroniących się w piwnicach przed bombardowaniem, poszukujących żywności, wody, starających się przeżyć ten koszmar. Jest mowa o straszliwej rzezi na Woli dokonanej przez Niemców na warszawiakach, o wybuchających w piwnicach granatach, gdzie gromadzili się ludzie, o kanałach, którymi Białoszewski przechodził, niosąc rannego powstańca itd., itd. U Białoszewskiego jest tylko ta jedna, cywilna strona Powstania, nie wiemy nic o żołnierzach, AK-owcach, tych, którzy walczyli, ginęli za Warszawę, za Polskę. Nie widać tu celu, idei Powstania, jaką wagę miało dla następnych pokoleń. Perspektywa, którą przyjął autor, jego postawa wobec Powstania oraz sposób narracji i eksperymentalna forma zapisu sprawiły, że książka ta stała się w pewnym stopniu alternatywą dla narracji powstańców, którzy w tym okresie mieli marne szanse na publiczne prezentowanie obrazu Powstania. Alternatywą dość kontrowersyjnie przyjmowaną, czemu trudno się dziwić. I to z kilku powodów.

Forma, jaką przyjął dla swojej opowieści Białoszewski, ma wiele wspólnego z nurtem „nouveau roman” (nowa powieść), który przywędrował do nas z Francji i w latach 60. i 70. stał się w Polsce modny w twórczości literackiej. Technika zapisu nie zachowuje porządku przyczynowo-skutkowego, fragmenty opisów, wątki, różne elementy, detale rwą się, mieszają się ze sobą, powtarzają, co tworzy wprawdzie pewien rytm, ale w warstwie fabularnej nie ułatwia czytania.

Tak zbudowany jest utwór Białoszewskiego i w tym kierunku poszło przedstawienie. Krystyna Janda połączyła część słowną z muzyczną. Powstał spektakl – oratorium. I od razu trzeba powiedzieć, że od strony muzycznej spektakl jest znakomity. Jerzy Satanowski napisał muzykę, w której – prócz tak charakterystycznych dla kompozytora paru krótkich, „urywanych” dźwięków – jest konsekwentnie rozwinięta linia melodyczna. Dzięki temu, można powiedzieć, muzyka opowiada fabułę i zarazem komentuje ją wraz ze znakomitymi śpiewakami: Anną Gadt (pierwszy sopran), Agnieszką Kiepuszewską (alt), Iwoną Kmiecik (drugi sopran), Wojciechem Myrczkiem (bas) i Marcinem Wawrzynowiczem (tenor) oraz z orkiestrą świetnie poprowadzoną przez Wojciecha Zielińskiego. Spektakl wychodzi od partytury muzycznej, która organizuje mu całą przestrzeń artystyczną, tworzy klimat i akcentuje ważne wątki.

Spektakl właściwie pozbawiony jest scenografii, jedynym jej elementem są dobrze prowadzone światła. Całość została znakomicie pomyślana, Krystyna Janda umieściła wykonawców na antresoli, w sporej odległości od widzów siedzących na dole. Pozwala to publiczności koncentrować się na tekście i stronie muzycznej oraz refleksyjnie włączać się w klimat oratorium. Prócz warstwy muzycznej i słowa śpiewanego ważne miejsce zajmuje słowo mówione. Narratorem spektaklu jest Krystyna Janda. Niestety, aktorka ze sporą dozą agresji wykrzykuje tekst na tzw. jednej nucie przez prawie cały spektakl, co prowadzi do monotonii w odbiorze. W ten sposób „morduje” piękną i przejmującą „Litanię piwnic” zawartą w książce Białoszewskiego. Dopiero pod koniec w finale ścisza głos. A finał jest stanowczo za długi i monotonnie mówiony.

Myślę, że problem tkwi w braku decyzji co do roli narratora: czy jako osoby beznamiętnie, spokojnie relacjonującej zdarzenia, czy też zaangażowanej emocjonalnie w to, co mówi. Bo jeśli tekst ma być interpretowany na emocji, to skala tej emocji powinna się układać niczym sinusoida, co miałoby uwyraźnienie na przykład w zmianie natężenia i barwy głosu. Nie znajduję też powodu, dla którego został na siłę wtrącony do tego oratorium wątek Powstania w getcie żydowskim. Co ma Powstanie Warszawskie do powstania w getcie? Owszem, w książce Białoszewskiego jest o tym mowa, ale przecież Krystyna Janda jako autorka adaptacji utworu Białoszewskiego nie przeniosła na scenę literalnie całej książki, lecz dokonała wyboru wątków. I w ramach wyboru wybrała na finał getto. W jakim celu?

Wzruszającym akcentem stanowiącym godną pointę był pomysł z zapaleniem na widowni zniczy. Te palące się światełka to nasza pamięć o tych z barykad i tych z piwnic. A ta przejmująca cisza na widowni po zakończonym spektaklu jest naszym wspólnym, artystów i publiczności, hołdem złożonym powstańcom i cywilnej ludności Warszawy. Po raz pierwszy od lat, w tym szczególnym miejscu wypełnionym pamiątkami i naznaczonym ofiarą krwi można było wreszcie zobaczyć przyzwoity, godny tego miejsca spektakl.

O Powstaniu w Teatrze Studio

Tego samego dnia obejrzałam też i wysłuchałam innej, doskonałej realizacji „Pamiętnika z powstania warszawskiego”. W Teatrze Studio w Warszawie gościnnie zaprezentowano koncert w reżyserii Jerzego Bielunasa z mocną, o szerokiej rozpiętości gatunkowej i dużym ładunku dramatycznym muzyką Mateusza Pospieszalskiego i w wykonaniu wokalnym Kingi Preis, Adama Nowaka i samego kompozytora Mateusza Pospieszalskiego oraz chóru. Narracji dopełniał ekran, na którym pojawiały się dokumentalne zdjęcia umierającej pod ciosami Niemców Warszawy. Poza jedną uwagą: zbyt nadmiernego nagłośnienia, aż do bólu uszu, reszta zachwyca.

Wspaniały, przejmujący, oddający tragizm tamtych dni spektakl ukazujący muzycznie kolejne etapy umierania Warszawy. Kinga Preis śpiewająca „Litanię piwnic” uzmysławia nam, jak wiele było modlitwy w tych pełnych dramatu dniach. W piwnicach, podwórkach, bramach, mieszkaniach, wszędzie. „Wtedy jeszcze ludzie wierzyli” – pisze Białoszewski.

Nasz Dziennik