logo
logo

Zdjęcie: www.stansilawozog.pl/ -

Zapomnieli o problemach

Niedziela, 15 października 2017 (19:52)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Debata na temat Polski w Parlamencie Europejskim pierwotnie planowana na 19 października odbędzie się dopiero w listopadzie. Skąd ta nagła zmiana?

– Listopad też – jak się wydaje – nie jest terminem ostatecznym tej debaty, bo wiążącą decyzję w tej sprawie formalnie podejmie dopiero Konferencja Przewodniczących Parlamentu Europejskiego, która ustala agendę tematów podejmowanych podczas sesji plenarnych. Na pewno jednak temat ataków na Polskę nie został odłożony ad acta, pomimo iż obserwujemy pewne zmiany w tonie wypowiedzi czy to Jean-Claude’a Junckera, czy Fransa Timmermansa. Zresztą ten ostatni – jak widać – nie ma już argumentów, którymi mógłby podczas posiedzenia plenarnego europarlamentu uzasadnić atakowanie Polski. Ponadto frekwencja podczas ostatniej debaty o Polsce była mizerna, co też jest znamienne, bo świadczy, że para z gwizdka zwyczajnie uszła. Oczywiście są określone osoby, które podczas takich posiedzeń zwyczajowo zabierają głos, ale nikogo poza zgromadzonymi to już nie interesuje. To dowód, że temat się wyczerpał i Timmermans dokładnie o tym wie, dlatego tłumaczy się brakiem czasu czy innymi zajęciami. Słuchając ostatnio wypowiedzi obu tych unijnych polityków, mogłoby się wydawać, że ich stosunek do Polski się zmienia, ale – jak sądzę – nie możemy dać się uśpić tej retoryce. Temat Polski, i nie tylko Polski, jest bowiem nadal na tapecie. To jest temat zastępczy szczególnie dla Niemiec i Francji, które próbują nim grać, odwracając tym samym uwagę od najistotniejszych problemów, jakie dotykają Europy.

Jaki wpływ na ostudzenie temperatury wokół Polski ma sytuacja w innych krajach Unii Europejskiej?

– Weźmy chociażby sytuację, jaka zapanowała po wyborach do Bundestagu w Niemczech, gdzie możemy zaobserwować spore zamieszanie na tamtejszej scenie politycznej. Przypomnę, że tuż po wyborach, które odbyły się 24 września, Angela Merkel mówiła o bardzo szybkim skonstruowaniu rządu koalicyjnego. Jednak widać, że nie tak bardzo jej się spieszy z zawarciem koalicji, co więcej – koalicji egzotycznej. Układ CDU/CSU – SPD, który od jakiegoś czasu rządził w Niemczech, teraz poniósł dotkliwą porażkę. Straty w poparciu dla tego politycznego konglomeratu sięgają ok. 16 proc., z czego najdotkliwiej odczuła to partia CDU, której szefuje Angela Merkel. Kanclerz Niemiec jest w bardzo trudnej sytuacji, gdyż nie łatwo jej stworzyć koalicję z Zielonymi, którzy uzyskali poparcie na poziomie 8,9 proc., a którzy programowo nijak nie pasują do tego formatu. Co by jednak nie powiedzieć, to z punktu widzenia Polski taki układ może się okazać bardzo korzystny, choćby z tego względu, że Zieloni zawsze byli przeciwni budowie gazociągu Nord Stream 2. Ta egzotyczna koalicja i różnica w programach obu tych ugrupowań może stworzyć wiele problemów wewnętrznych, ale to już jest problem nie nasz, ale naszych zachodnich sąsiadów. Wielu ekspertów przewiduje też, że Angela Merkel może nie dotrwać do końca obecnej kadencji i po jakimś czasie może ją spotkać los podobny do tego, jaki przed laty ona sama zgotowała Helmutowi Kohlowi, który otworzył jej drogę do wielkiej politycznej kariery. Nie można zatem wykluczyć, że za rok czy dwa zza pleców Angeli Merkel, z jej macierzystej partii wyjdzie ktoś, kto zajmie jej miejsce na urzędzie kanclerskim. Te wszystkie zawirowania sprawiają, że temperatura wokół Polski póki co spada, ale front przeciw Polsce się nie kończy.

Jednak dotychczas Niemcy w atakach na Polskę chowały się za plecami Komisji Europejskiej, co sprawia, że teraz zmieniają kurs na ostrzejszy?

– Wyniki wyborów w Niemczech oraz sprawa taktyki przy zawieraniu koalicji, o której wspomniałem, mogły zmienić sposób postępowania Merkel wobec Polski. Jednak nie wydaje mi się, żeby to był wielki problem, dlatego że pierwszy wśród atakujących nasz kraj – Frans Timmermans – zaczyna mówić o konieczności prowadzenia rozmów z Polską czy z Węgrami. To jest pozytywny sygnał, bo jak pan wie, obecny polski rząd zawsze był i wciąż jest otwarty na rzeczową debatę, o ile dotyczy ona faktów, a nie pomówień.  

Dlaczego atakując Polskę, nie zauważa się sytuacji panującej we Francji czy ostatnio w Hiszpanii?

– Odpowiedź jest prosta: bo w Unii są równi i równiejsi. Na unijnych salonach nie mówi się głośno o protestach setek tysięcy czy nawet milionów ludzi, którzy wychodzą na ulice francuskich miast w proteście przeciwko polityce obecnego rządu. Nie mówi się o tym, że w szczycie tych protestów prezydent Francji Emmanuel Macron – zamiast rozwiązywać problemy wewnętrzne – jedzie do Frankfurtu nad Menem, gdzie wspólnie z Angelą Merkel otwiera Międzynarodowe Targi Książki. Zresztą Emmanuel Macron to polityk, który nie radzi sobie w rządzeniu własnym państwem, za to słynie z pouczania innych, a zwłaszcza Polski, i  – co ciekawe – nie jest to pierwszy prezydent Francji, który jako cel ataków upodobał sobie nasz kraj. Bruksela ignoruje takie sprawy jak kryzys ekonomiczny strefy euro czy kryzys migracyjny. Ale to nie jedyne problemy w Europie, z którym Komisja Europejska wyraźnie sobie nie radzi. Tym problemem jest sprawa Brexitu i negocjowania umów związanych z wyjściem Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Twardy Brexit i pouczanie Brytyjczyków czy wręcz chęć ukarania ich za niesubordynację wobec Brukseli to dowód, że unijni politycy odpłynęli od realiów. Kto rozsądny, poważny do negocjowania warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii wyznacza szefa liberałów Guya Verhofstadta?

Sytuacja Wielkiej Brytanii jest i tak dużo lepsza od sytuacji wielu państw Unii…

– Owszem, i to dla KE jest prawdziwa bolączka. Niewygodne jest chociażby to, że Wielka Brytania, mając deficyt handlowy z pozostałymi krajami Wspólnoty, jest w bardzo dobrej sytuacji gospodarczej – nawet po ewentualnym zamknięciu unijnego rynku dla brytyjskich produktów. Również sprawa żądania od Wielkiej Brytanii stu miliardów euro jako zapłaty – swego rodzaju kontrybucji – okazuje się strzałem kulą w płot. W tej sytuacji KE trzeba tematów zastępczych, więc sięga po te, które do tej pory się sprawdzały, bo niby dlaczego nie miałyby być na nowo odgrzewane. Niestety – i mówię to z przykrością – Parlament Europejski nie podejmuje dyskusji na temat imigracji, na temat kryzysu ekonomicznego, na temat reformy UE czy na temat Brexitu, za to chętnie grilluje Polskę, doszukując się wydumanych problemów, jak rzekome łamanie demokracji, wolności obywatelskich itp.  

Co więcej, wspomniany przez Pana wcześniej prezydent Macron, opowiadając się za reformami UE według własnego projektu, zapowiedział, że chce otworzyć nowy rozdział w Europie, a Polska, jego zdaniem, coraz bardziej oddala się od Wspólnoty…

– Myślę, że to nie Polska coraz bardziej oddala się od Europy, ale Francja. Co zostało z dawnej Francji, która kształtowała UE, kiedy określano warunki przystąpienia i funkcjonowania Wspólnoty? Ojcowie założyciele w grobach się przewracają, patrząc na to, jak wartości europejskie są obecnie roztrwaniane przez współczesne elity i co pozostało dziś po Francji z dawnych czasów.  

Do chóru atakujących Polskę dołącza Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy, które w mijającym tygodniu przyjęło rezolucję ws. praworządności w pięciu krajach: oprócz Polski także w Bułgarii, Mołdawii, Rumunii i Turcji. 

– Pomijając fakt, czy ingerencja instytucji zewnętrznych w sprawy wewnętrzne Polski jest uprawniona czy nie, pozwolę sobie na drobną uwagę, mianowicie: kto dzisiaj bierze sobie do serca to, co przegłosowuje jakieś tam Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy? – zresztą przy rażąco niskiej frekwencji, bo rezolucja ta została przyjęta głosami zaledwie 42 posłów.  

A zatem min. Krzysztof Szczerski ma rację, mówiąc, że rezolucja ta jest warta tyle, ile papier, na którym została wydrukowana…?

– W uzupełnieniu wypowiedzi min. Szczerskiego dodałbym tylko, że ta rezolucja ma wartość makulatury. Rada Europy to instytucja marginalizowana. Tak na dobrą sprawę mało kto wie, czym jest to ciało, czym się zajmuje i po co, a tym bardziej co przegłosowało. Tymczasem koszty funkcjonowania tej instytucji są ogromne.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl