logo
logo

Zdjęcie: http://stanislawozog.pl// -

Nie ma miejsca na improwizację

Niedziela, 26 listopada 2017 (22:19)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Unia Europejska oraz Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Gruzja, Mołdawia i Ukraina podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego przyjęły deklarację z dość ogólnikowymi zapisami o współpracy. Jakie znaczenie dla Europy ma ten geopolityczny projekt?

– Szczyt Partnerstwa Wschodniego nie zakończył się żadnymi konkretnymi decyzjami dotyczącymi głębszej integracji tych państw ze strukturami Unii Europejskiej. Przyjęta deklaracja powinna być ambitniejsza, bo z pewnością nie spełnia oczekiwań bezpośrednio zainteresowanych państw, zwłaszcza zaś Ukrainy. Głębsza integracja jest zatem – powiedzmy sobie wyraźnie – pieśnią przyszłości. Zresztą te sprawy nie były tematem wiodącym piątkowych rozmów. Kwestie reform czy dostosowywania prawa tych państw do norm i wymogów unijnych to wciąż sprawa niezałatwiona, a zatem przed tymi krajami jest jeszcze daleka droga. Natomiast biorąc pod uwagę współpracę z tymi państwami, to jest też bardzo dobra wiadomość – nie tylko jeśli chodzi o współpracę ekonomiczną czy w innych obszarach, ale przede wszystkim pod względem bezpieczeństwa. Bardzo ważne, że państwa, które podpisały tę deklarację, dążą w kierunku cywilizacji zachodniej, co zwiększa gwarancje bezpieczeństwa gospodarczego, żywnościowego nas wszystkich. Jeśli zaś chodzi o głębszą integrację, to tak jak powiedziałem, przed tymi państwami jeszcze daleka droga.      

My otwieramy się na kraje wschodnie, ale czy Europa Zachodnia traktuje to otwarcie w poważny sposób? Nie ma przecież wątpliwości, że na dobrych relacjach z państwami wschodnimi bardziej zależy nam, Polsce, niż np. Francuzom?

– To jest efekt konsekwentnej polityki naszego rządu oraz sprzymierzeńców Polski w tym zakresie na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Polityka wschodnia Prawa i Sprawiedliwości daje konkretne rezultaty i to, co pan zauważa – przede wszystkim dla nas, dla państw członkowskich Europy Środkowej i Wschodniej. Jest to bardzo ważne zwłaszcza w kontekście wydarzeń za naszą wschodnią granicą i ekspansywnej polityki Rosji. Ze względu na położenie geograficzne jest to temat bardziej istotny dla nas niż dla Francji czy dajmy na to Hiszpanii. Ale w przyjętej w Brukseli deklaracji, m.in. z inicjatywy rządu Beaty Szydło, zostały zapisane ważne postulaty z punktu widzenia wszystkich członków Unii Europejskiej oraz państw Partnerstwa Wschodniego. W mojej ocenie, o przyjęciu tej deklaracji zadecydowały także inne okoliczności, takie jak sytuacja we Francji i w Niemczech. Mianowicie chodzi o osłabienie pozycji prezydenta Emmanuela Macrona, na co wpływają potężne problemy wewnętrzne gospodarki francuskiej, brak poczucia bezpieczeństwa w tym kraju. Po drugie, wpływa na to sytuacja wewnętrzna w Niemczech, gdzie dwa miesiące po wyborach kanclerz Angela Merkel nie jest w stanie zawiązać koalicji i skonstruować rządu. Problemy tych państw sprawiły, że w mniejszym stopniu są one zainteresowane tematem Partnerstwa Wschodniego, a co za tym idzie, możliwe było przyspieszenie i podpisanie tej deklaracji.

Jednak czy mimo wszystko ta inicjatywa nie będzie spychana na margines przez wspomniane przez Pana Niemcy i Francję, którym zacieśnienie współpracy z państwami Partnerstwa Wschodniego mogłoby skomplikować relacje z Moskwą?

– To oczywiście także należy brać pod uwagę, ale – moim zdaniem – jeśli chodzi o zaostrzenie stosunków między Paryżem i Moskwą czy Berlinem i Moskwą, od Partnerstwa Wschodniego dużo ważniejszym problemem jest budowa tarczy antyrakietowej i zakup rakiet Patriot przez Polskę czy stacjonowanie wojsk amerykańskich na wschodniej flance NATO i Unii Europejskiej, czyli u nas i w państwach bałtyckich. To się stało faktem przy niechętnej, ale jak by nie było akceptacji również Niemiec czy Francji. Tak czy inaczej kwestie gospodarcze, które wynikają z Partnerstwa Wschodniego, nie są aż tak bolesne dla Kremla jak wzmocnienie militarne wschodniej flanki NATO.

Kraje Partnerstwa Wschodniego, zwłaszcza Ukraina, są rozczarowane przyjętą w Brukseli deklaracją, która w zasadzie w niczym nie posuwa się naprzód, bo – jak wiemy – jedynie powtórzono tam zapis o europejskich aspiracjach Kijowa…

– Ten zapis, owszem, został podtrzymany i jeśli chodzi o prezydenta Petra Poroszenkę, to powinien on być zadowolony z takiego obrotu sprawy. Mówi się bowiem wiele o tym, że Ukraina nie wywiązała się z zobowiązań złożonych przed dwoma laty podczas poprzedniego szczytu Partnerstwa Wschodniego. Oczywiście Kijów tłumaczy to problemami związanymi z działaniami Rosji i wojną na wschodzie Ukrainy, ale to nie przekonuje. W tej sytuacji powtórzenie zapisów sprzed dwóch lat i tak jest korzystne dla krajów Partnerstwa Wschodniego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy, ale nie ukrywam, że dla Polski również.

Premier Szydło, komentując wydarzenia ze szczytu w Brukseli, wskazała wyraźnie, że nie wystarczą rozmowy i słowa, ale konkretne działania, i to z obu stron. Czy Ukraina z Banderą na sztandarach, bez ograniczenia korupcji w ogóle potrzebna jest Europie?   

– Ukraina jest, owszem, potrzebna Europie, ale to przede wszystkim Ukraina ma się dopasować do wymogów obowiązujących w strukturach unijnych. Założenie, wymóg jest jasny: Ukraina musi być państwem demokratycznym, gdzie przestrzegane są zasady prawa międzynarodowego. Konieczne jest też wyeliminowanie Banderyzmu i wszechobecnej korupcji oraz spełnienie określonych warunków postawionych przed tym państwem. A zatem wolna, demokratyczna Ukraina jest w naszym interesie, ale na dołączeniu do struktur świata zachodniego powinno nie mniej zależeć narodowi ukraińskiemu. Tyle tylko, że dopóki decydujący głos w polityce tego państwa będą mieć oligarchowie – tak jak to jest obecnie – to rozmowy z Unią będą bardzo trudne i będą się przeciągały w czasie.

Polska jest tym krajem, który stanowi niejako pomost na drodze Ukrainy do Europy. Tymczasem Kijów – zdając sobie z tego sprawę – poprzez odradzającą się ideologię banderowską świadomie burzy tę przeprawę. Skąd ten upór?   

– Skomplikowane są historyczne relacje między naszymi krajami, między Polakami i Ukraińcami. Jest wiele niedomówień, szereg spraw nie zostało wyjaśnionych, co więcej, wielu czynnikom – po stronie ukraińskiej – zależy na tym, żeby wciąż tkwić w kłamstwie i nie wyjaśniać – w świetle prawdy – faktów historycznych. Stąd obserwujemy odradzanie się ideologii banderowskiej na Ukrainie. Stepan Bandera ze swoją zbrodniczą ideologią bezsprzecznie powinien zostać wypchnięty z przestrzeni publicznej Ukrainy, tymczasem jest uznawany za bohatera narodowego. Dlatego aby mówić o dobrych, a przynajmniej poprawnych relacjach między Ukrainą a Polską, te sporne kwestie muszą zostać wyjaśnione. Nie można budować przyszłości bez rozliczenia się z przeszłością. Władze ukraińskie powinny dążyć do uporządkowania i wyjaśnienia mrocznych kart swojej historii. To porządkowanie powinno się rozpocząć nie od polityków, ale historycy powinni usiąść i wspólnie wyjaśnić to, co dzieli oba narody. Bez przyznania się przez Ukraińców do zbrodni ludobójstwa dokonanej na polskiej ludności przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej nie ma mowy o pojednaniu, współpracy i budowaniu przyszłych, dobrych relacji. Te kwestie muszą być wyjaśnione raz na zawsze.       

W grudniu planowana jest wizyta prezydenta Andrzeja Dudy na Ukrainie. Pamiętamy, jak wiosną 2015 r. Ukraińcy zadrwili sobie z Polski i Polaków i w dzień wizyty ówczesnego prezydenta Komorowskiego w Werchownej Radzie przyjęli ustawę, która uznaje bandytów z OUN-UPA za narodowych bohaterów…

– Owszem, Stepan Bandera, Roman Szuchewycz i inni zbrodniarze spod znaku OUN-UPA zyskali miano narodowych bohaterów, zostali uznani za obrońców Ukrainy, określeni jako żołnierze walczący o wolność tego kraju. Myślę jednak, że to, czy w grudniu dojdzie do wizyty prezydenta Andrzeja Dudy na Ukrainie, nie jest jeszcze przesądzone. Nauczeni doświadczeniem z kwietnia 2015 r., kiedy ówczesne władze ukraińskie ograły Bronisława Komorowskiego, politycy Prawa i Sprawiedliwości są bardzo ostrożni i żeby prezydent Duda odwiedził Kijów, szereg szczegółów trzeba dopracować. Tu nie ma miejsca na prowizorki czy polityczną improwizację. W mojej ocenie, warto się też zastanowić nad sensem takiej wizyty. Nie ma się co oszukiwać, wizyta prezydenta RP na Ukrainie ma przede wszystkim służyć Polsce i nie może być wykorzystana przez stronę ukraińską – zwłaszcza przez nurt szowinistyczny i nacjonalistyczny do własnych niecnych celów czy zamiarów.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl