logo
logo

Zdjęcie: / -

Unia zmierza ku upadkowi

Poniedziałek, 4 grudnia 2017 (19:56)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Pośle, w jakim miejscu – biorąc pod uwagę sytuację po wrześniowych wyborach i problemy ze stworzeniem rządu – są dzisiaj Niemcy?

– Mówiąc wprost, Niemcy są dzisiaj na ostrym historycznym wirażu. Pytanie tylko, jak z tego zakrętu wyjdą. Taką sytuację Niemcom zafundował nie kto inny, jak kanclerz Angela Merkel. I wybiegając nieco w przyszłość, może ją spotkać to, co na początku swej kariery politycznej zafundowała swojemu promotorowi Helmutowi Kohlowi, który otworzył jej drogę do politycznej kariery w zjednoczonych Niemczech, którego Merkel wysadziła z władz partii, zajmując jego miejsce na fotelu kanclerza. Teraz – może nie dzisiaj, ale na przestrzeni roku czy dwóch – bardzo możliwy jest podobny scenariusz wydarzeń. Od wyborów mija już blisko dwa i pół miesiąca, a Niemcy wciąż nie są w stanie sformułować rządu. Układ CDU/CSU – SPD, który rządził w Niemczech, poniósł klęskę, tracąc ok. 16 proc. głosów. Najwięcej stracili socjaliści z Martinem Schulzem na czele, który miał wrócić z Brukseli do Niemiec na białym koniu, być alternatywą dla Angeli Merkel i zająć jej miejsce, tyle tylko, że ten plan nie wypalił. Ale to jest problem Niemców, nad czym specjalnie nie ubolewam.

Chyba naiwnością było sądzić, że próba stworzenia egzotycznej koalicji w Niemczech się powiedzie?

– Po rezygnacji zawiedzionego wynikiem wyborów Martina Schulza i zapowiedzi przejścia SPD do opozycji Angela Merkel – chcąc utrzymać się przy władzy, musiała szukać koła ratunkowego. Tym wyjściem awaryjnym miała być egzotyczna programowo koalicja „jamajska”, czyli CDU/CSU, liberałowie z FDP i Zieloni. Dziś widać, że sformowanie rządu w oparciu o taką konstrukcję polityczną raczej nie jest możliwe. Niemcy mają problem, bo od jakiegoś czasu są rządzone przez gabinet komisaryczny, który formalnie ma takie same uprawnienia jak rząd z wyboru, ale w praktyce jego możliwości podejmowania decyzji są znacznie ograniczone.

Jak ten polityczny kryzys w Niemczech może się odbić na Unii Europejskiej?

– Głosy, jakie dochodzą z Niemiec, są bardzo niepokojące. Jak bowiem nazwać publiczne stanowisko Schulza – bodajże z piątku – który wezwał Republikę Federalną Niemiec z Angelą Merkel do odnowy Europy. Tym samym poparł on francuskie propozycje reform Unii Europejskiej. Nie trzeba być historykiem, żeby sobie przypomnieć, kiedy Niemcy wzywały do odnowy Europy i jak się to skończyło.

I tu Schulzowi naprzeciw wychodzi prezydent Francji Emmanuel Macron, który sugeruje Schulzowi zaangażowanie się w tworzenie niemieckiego rządu…

– Emmanuel Macron odezwał się dopiero po wypowiedzi Martina Schulza, przekonując, by ten wszedł do koalicji rządowej z blokiem chadeckim CDU/CSU Angeli Merkel. Dzięki temu mógłby on mieć wpływ na reformowanie Unii Europejskiej. Trudno zrozumieć postawę Macrona, którego uważałem za podnóżek Angeli Merkel, a tu nagle wzywa do stworzenia rządu chadeków z socjalistami. Rozsądne reformy Unii są potrzebne i możliwe, ale przy mądrej i rozsądnej polityce Niemiec i Francji. Tyle tylko, że o ten rozsądek jest trudno.   

Skąd ta aktywność Macrona na forum europejskim?

– Emmanuel Macron ma poważne problemy wewnątrz własnego kraju, podobnie jak Angela Merkel u siebie. Zważając na to, należy mieć obawy o przyszłość UE, bo innego poza obecnym kształtem ten niemiecko-francuski tandem nie jest w stanie skonstruować. Reforma UE staje zatem pod znakiem zapytania, tymczasem zmiany w polityce fiskalnej, gospodarczej, a przede wszystkim w sferze moralnej, etycznej i społecznej są wręcz niezbędne.

Zabiegi Merkel o utworzenie koalicji z liberalną FDP i Zielonymi zakończyły się niepowodzeniem i wiele wskazuje na to, że na wiosnę mogłyby się odbyć przedterminowe wybory. Pytanie tylko, czy z Angelą Merkel w roli głównej?

– Być może dojdzie do rozpisania wyborów. Póki co, nie bardzo wiadomo, w co do końca gra Martin Schulz. Jemu jako przywódcy Socjaldemokratycznej Partii Niemiec koalicja z blokiem chadeckim CDU/CSU Angeli Merkel nie przyniesie żadnych politycznych korzyści. Świadom tego, być może też będzie dążył do rozpisania nowych wyborów, upatrując w nowym rozdaniu szansę dla siebie. Jednak nie jestem pewien, czy w sytuacji, jeśli dojdzie do przedterminowych wyborów, na czele CDU/CSU nadal będzie stała Angela Merkel. Stąd prawdopodobnie już dzisiaj zaczyna się rozglądać za intratną posadą w strukturach UE.

Taki scenariusz kreśli włoski dziennik „Corriere della Sera”, który nie wyklucza, że Angela Merkel mogłaby za dwa lata zastąpić na stanowisku szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Co Pan o tym sądzi?

– Według mnie, jest to czysta spekulacja, która niekoniecznie musi znaleźć odzwierciedlenie w faktach. Dwa lata to dość długi okres – zwłaszcza w polityce – i przez ten czas dużo może się zmienić. Za dwa lata Europa będzie po wyborach i za dwa lata, mam nadzieję, ten kierunek, który dzisiaj niestety wytyczają przywódcy europejscy czy kierownictwo Parlamentu Europejskiego – wreszcie się zmieni. Wtedy, na co liczę, kształt polityczny 27 państw Unii, już po wyjściu Wielkiej Brytanii, nie będzie się opierał o socjalistów, komunistów, Zielonych czy inne ugrupowania z niejasnymi poglądami. Mam nadzieję, że po wyborach Parlament Europejski będzie miał nie tylko inny skład, ale będzie też odpowiednikiem nowych poglądów, kierunków czy trendów obowiązujących w zmieniającej się Europie. Z takim wyznaczonym kierunkiem, jaki obowiązuje w tej chwili – kierunkiem narzuconym głównie przez kanclerz Merkel – Europa daleko nie zajdzie. Taki kierunek forsowany przez Niemcy, Francję, wspierany przez brukselskie elity, oznacza koniec Europy. Według mnie, bardzo prawdopodobne jest to, że za dwa lata była już kanclerz Angela Merkel będzie podróżować po świecie z wykładami na uniwersytetach czy w środowiskach, które ją zaproszą.

Tymczasem coraz mocniej na nogach staje Emmanuel Macron, którego jeszcze nie dawno Angela Merkel wprowadzała na europejskie salony polityczne…

– Nie podzielam tego poglądu, że Macron staje się politycznym liderem. Daleko mu jeszcze do pozycji wytrawnego, skutecznego polityka. Stan wyjątkowy we Francji wprawdzie z dniem 1 listopada został zniesiony, ale niepokoje społeczne związane chociażby z zagrożeniem terrorystycznym pozostały. Macron rządzi dekretami, a francuski parlament toleruje tego typu politykę. Macron próbuje zreformować kodeks pracy na swoją modłę, ale francuskie społeczeństwo czy związki zawodowe są z nim na stopie wojennej. Polityka Macrona nie podoba się Francuzom, jego popularność jest coraz niższa, a poparcie dla niego sięga 15 proc. Jeśli popularność obecnego prezydenta Francji będzie spadać w takim tempie, jak dotychczas, to do końca kadencji zabraknie mu skali. Biorąc to wszystko pod uwagę, podejrzewam, że obserwujemy rozpaczliwe podrygi człowieka, który coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że zapędził się w ślepy zaułek i nie ma pomysłu, jak z tego wyjść. W związku z tym, nie mogąc sobie poradzić na francuskiej scenie politycznej, próbuje zaistnieć w roli europejskiego polityka z wizją.  

To chyba sposób działania wszystkich polityków europejskich, którzy gasną we własnych krajach, a próbują błysnąć w Europie, dyktując innym warunki. Merkel, Macron to pierwsze z brzegu przykłady, o czym to świadczy…?

– To jest próba odwrócenia uwagi od potężnych problemów, których są autorami. Refleksja czy też próba przyznania się do błędu nie jest w ich stylu, więc idą w zaparte. Przecież Macron, zanim zechce radzić czy dyktować warunki innym przywódcom, najpierw powinien pokazać, co zrobił u siebie we Francji z kryzysem gospodarczym. Fakty są takie, że od ośmiu czy dziewięciu lat stan finansów Francji ani na chwilę nie zatrzymał spadku i stale się pogarsza. Na dobrą sprawę od ośmiu lat UE powinna wdrożyć wobec Francji procedurę nadmiernego zadłużenia, tymczasem, ponieważ w Unii są równi i równiejsi, tego się nie robi. Komisja Europejska wydaje się być ślepa wobec galopującego wręcz zadłużenia Francji, co wykracza poza wszelkie traktatowe zasady. Za to mamy próby odwrócenia uwagi od faktycznych problemów wewnętrznych unijnych lokomotyw i stąd pohukiwania na takie państwa – dobrze się rozwijające – jak Węgry i Polska, czy to ze strony Angeli Merkel, Martina Schulza czy Emmanuela Macrona. Tego nie da się już ukryć. Natomiast to, że europejskie elity usiłują to ukryć, świadczy, w jakim są one stanie. Jeśli wspomniany wcześniej przeze mnie Martin Schulz apeluje o odnowienie Europy, a jednocześnie krytykuje Węgry czy Polskę, stawiając jako alternatywę wybór pomiędzy Europą reformowaną według zasad polskich i węgierskich czy zasad niemieckich, to brzmi to bardzo niebezpiecznie. Jeśli sprawy stawiane są w ten sposób, to za takimi stwierdzeniami stoi albo głupota, albo paniczny strach. 

Jak tę politykę oceniają europosłowie do PE z innych państw?

– Właściwie nikt tego nie komentuje. Podobnie jak się nie mówi o zamieszaniu w aferę Paradise Papers znanego ze szkalowania Polski europosła Guya Vershofstadta, który powinien zostać pozbawiony immunitetu posła. To zastanawiające, jak taki człowiek może być twarzą europarlamentu w negocjacjach z Brytyjczykami w sprawie Brexitu. Nie mogę zrozumieć, dlaczego przewodniczący PE Antonio Tajani, w którym wcześniej pokładałem nadzieję, ale się zawiodłem, nabiera wody w usta i milczy. Mam nieodparte wrażenie, że ci wszyscy ludzie są ulepieni z tej samej gliny. Krótko mówiąc, jaki europarlament ta,kie jego twarze. Niestety.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl