Kolejna silna osobowość została wyeliminowana z partii wodzowskiej, jaką jest Platforma Obywatelska. Wynik na Dolnym Śląsku wyraźnie przeraził i poraził spółdzielnię Grzegorza Żelaznego. Afera taśmowa została uznana za incydent, korupcji politycznej „nie było”, sprawę przedstawiono jako konkurencję wewnątrzpartyjną, co Donaldowi Tuskowi jest jeszcze bardziej na rękę. Dlaczego? Ponieważ Grzegorz Schetyna ostatecznie przegrał i… znika.
Czy aby należy się temu dziwić? W końcu Grzegorz Schetyna dzieli los wielu innych indywidualistów, którzy budowali tu razem zgodę od „zarania dziejów” PO, więc prędzej czy później każdy z działaczy „zielonej wyspy szczęśliwości” uzna fakt, że z Donaldem „Wielkim” (najważniejszym człowiekiem w państwie – zob. red. Tomasz Lis) się nie zadziera. Jeśli nie wypełniasz instrumentalnie i automatycznie poleceń centrali, tej jedynowładzy – przegrywasz. Olechowski, śp. Maciej Płażyński, Rokita, Piskorski, Gilowska, Gowin, Żalek, Godson, wreszcie Schetyna, długa jest lista rywali Tuska, którzy zostali wycięci. Oczywiście na sposób „demokratyczny”, bo jakże inaczej.
Są jeszcze wprawdzie do wycięcia Halicki, Grabarczyk czy Grupiński, ale ich się będzie usuwać stopniowo, bez zgiełku. Oni, w odróżnieniu od zneutralizowanych (na pewien czas) prezydenta i szefa dyplomacji, nie są wyraziści i zagrażający, a teraz PO musi pokazywać oblicze miłości i zgody, która buduje.
Schetyna jest w rękach Tuska, a ten, jak kocur z myszą, ku przestrodze innym potencjalnym buntownikom będzie się bawić okrutnie swoim konkurentem, tym, niegdyś najbliższym współpracownikiem i chyba przyjacielem, choć akurat na relacje przyjaźni w polityce nie należy się nigdy nabrać.
Kto jak kto, ale Schetyna był „królem” w talii Jokera i Asa jednocześnie Donalda Tuska. Tusk postąpił z nim brutalnie, sadystycznie odzierał rywala (wroga?) skórka po skórce, z kolejnych funkcji, stanowisk i misji, a to jeszcze nie koniec, bo Schetyna ma do stracenia szefostwo w Komisji Spraw Zagranicznych oraz ciepły i prestiżowy fotelik wiceprzewodniczącego PO. Jest to zatem kwestia czasu. Natomiast komunikat dla wszystkich wydaje się być dość jasny. Nie ma wyjątków, nie ma sentymentów, rzeź nie ominie nikogo, jeśli ktoś podważy autorytet i monopol na władzę Słońca Peru.
Wobec całej gry pozorów na temat quasi-demokracji w PO, pokazywanej z takim hukiem na zewnątrz, dzięki usłużnym mediom socjalliberalnym, możemy mówić o swoistej dyktaturze i makiecie wolności wewnątrzpartyjnej (jeśli wspomnimy o tzw. pompowaniu kół przed wyborami czy aferze przed głosowaniem na Dolnym Śląsku).
Teraz znów ta władza absolutna w PO jest nad wyraz widoczna. Spośród 16 baronów zdecydowana większość to wierni giermkowie Tuska, mówi się nawet o wiernej trzynastce. Dolny Śląsk, ten bastion schetynizmu, został ostatecznie zdobyty i przewodniczący PO ma tam swojego człowieka, Jacka Protasiewicza.
A cała afera? Nie było żadnej afery. Kozły ofiarne zostaną pokazowo i przykładnie osądzone, tak żeby red. Lis, TVN i „Gazeta Wyborcza” mogły ukazać PO jako wzór godny do naśladowania. Zjawisko korupcji politycznej dzięki wierności, lojalności i usłużności socjallibertyńskich mediów zostanie przekute w sukces, aby się im wszystkim dalej „żyło lepiej”.
A co do partyjniaków z PZPO (Polska Zjednoczona Platforma Obywatelska), to jawni i ukryci wrogowie Donalda Tuska, wiedząc, że ten, w kraju i regionach jest niepokonanym Super Star, marzą o wysłaniu go na galaktykę Unii Europejskiej, gdzie popłynie wraz z prądem, przy pełnej protekcji swojej przyjaciółki Angeli Merkel, ku lepszym zielonym wyspom dryfującym na morzach Komisji Europejskiej.
Oderwanie tego Makbeta od krajowego rynku politycznego to dla nich jedyna szansa na przetrwanie. No, chyba że wcześniej na zamek ruszy jakiś las Birnam.

