logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Synu, pójdę na hak

Środa, 5 marca 2014 (02:00)

Z mjr. rez. Zbigniewem Lazarowiczem, synem ppłk. Adama Lazarowicza ps. „Klamra”, zastępcy prezesa IV Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN, zamordowanego w więzieniu mokotowskim 1 marca 1951 r., rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Gdy UB aresztował Pana ojca, miał Pan 22 lata i działał razem z nim w konspiracji. Jak dowiedział się Pan o jego zatrzymaniu?

– Na początku grudnia 1947 r. zgłosił się do mnie nieznany mężczyzna z poleceniem od ojca, żebym umówił mu spotkanie z Ludwikiem Marszałkiem „Zbroją”, byłym komendantem AK w Dębicy. Miało się ono odbyć w wyznaczonym dniu na pętli tramwajowej w Karłowicach we Wrocławiu. Marszałek z jakichś powodów nie mógł jednak przyjść na wyznaczoną godzinę i polecił, żebym poszedł sam i przyprowadził ojca na ul. Trzebnicką, gdzie miał przyjść godzinę później. Wysiadłem z tramwaju na pętli, lecz nie zobaczyłem ojca. Czekając na niego, spostrzegłem w pewnym momencie dwóch podejrzanie wyglądających mężczyzn, którzy co jakiś czas zerkali ukradkiem w moją stronę. Byłem pewny, że to ubecy. Zdenerwowany zastanawiałem się, jak im uciec, co z ojcem, jak go uprzedzić.

I co Pan zrobił?

– Na pętli stał tramwaj z otwartymi drzwiami. Postanowiłem, że gdy ruszy wskoczę do niego. Tak też uczyniłem, lecz za mną wskoczyło tych dwóch, a za nimi kolejni dwaj. Dwóch stanęło koło mnie na tylnym pomoście, inni przeszli na przedni pomost. Gdy tramwaj stanął na pierwszym przystanku przy ul. Trzebnickiej, właśnie tam, gdzie miał oczekiwać Marszałek, ubecy wzięli mnie pod ręce i ostrzegli: „Panie Lazarowicz, jesteśmy z Bezpieczeństwa. Proszę nie próbować uciekać, bo może się to źle dla pana skończyć”. Odpowiedziałem, że to pomyłka, że nie jestem Lazarowicz. Na to jeden: „A jak? Wolański?”, i uśmiechnął się drwiąco. Również zaprzeczyłem. „No to jak? Kowalski?” – pytał. Powiedziałem, że tak, bo takie miałem przy sobie dokumenty. Ubek na to: „No to co będziemy się czarowali, panie Lazarowicz?”. Za tramwajem stał już osobowy citroen, do którego wsiedliśmy.

W samochodzie siedział już Pana ojciec?

– Nie było go w nim. Pomyślałem wtedy: „No to już po mnie”. Nastawiłem się psychicznie na tortury, jakim mogłem być poddany, żeby wydać ojca. W tym momencie jeden ubek, zgadując jakby moje myśli, odezwał się: „Pan się boi, że teraz będziemy pana bili i torturowali, wyrywali paznokcie. Na pewno panu tak mówili, ale nic z tego nie będzie. Pan zresztą nie jest aresztowany, ale zatrzymany do wyjaśnienia. Zresztą za chwilę zobaczy się pan z ojcem”.

Tak się stało?

– Tak. Podjechaliśmy od tyłu pod gmach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Strażnik otworzył bramę i wjechaliśmy na dziedziniec. Brama zamknęła się za nami. Miałem wrażenie, że coś się skończyło, że symbolicznie zamknęła ona moje dotychczasowe życie. Wprowadzono mnie do gabinetu jakiegoś naczelnika wydziału, który osobiście zaczął mnie obmacywać po kieszeniach. Wprowadzający mnie funkcjonariusz powiedział jednak: „Zostawcie go, towarzyszu, on nie jest aresztowany, tylko zatrzymany do wyjaśnienia i nie ma broni”. Wypytywano mnie o „Zbroję”, dlaczego nie przyszedł na umówione spotkanie z moim ojcem. Upierałem się, że nie znam żadnego „Zbroi”. W pewnym momencie otworzyły się drzwi i wprowadzili ojca.

Jak wyglądał?

– Źle. Nieogolony, z zapadniętymi oczami. Pozbawione paska spodnie podtrzymywał rękami. Wstałem i rzuciłem się na powitanie. Ucałowaliśmy się. Pocałowałem również ojca w rękę, łzy pociekły mi z oczu. Ojciec był też wzruszony. Wypytujący mnie ubowiec zwrócił się do niego: „Panie Lazarowicz, pański syn nie chce nam powiedzieć, dlaczego nie przyszedł ’Zbroja’. Mówi, że go nie zna. Proszę mu wyjaśnić, że my wiemy, iż miał was umówić ze sobą”. Ojciec zwrócił się do mnie i powiedział: „Panowie wiedzą, że miałeś przyprowadzić ’Zbroję’ na spotkanie ze mną. Nie masz więc co tego ukrywać”. Wyjaśniłem wtedy ubekom, że kontaktuję się z Marszałkiem, robiąc znak kredą na ulicznej szafie telefonicznej u zbiegu ulic Stalina i Cybulskiego. Była to prawda. Nie powiedziałem tylko, jaki znak mam zrobić.

 

Co było później?

– Wsadzono mnie do pokoju, w którym siedział ojciec. Początkowo zostawiono nas samych, później zaglądał do nas jakiś ubowiec. Mieliśmy jednak trochę czasu na rozmowę bez świadków. Ojciec mówił: „No, synu, teraz to koniec naszej działalności. Ty wyjdziesz. Tak mi zresztą oświadczono, ale ja pójdę na hak. Nie zniósłbym zresztą, gdyby którykolwiek z moich podwładnych poniósł śmierć, a ja bym uszedł z życiem”.

Opowiedział mi, jak go zatrzymano. Mówił, że gdy przyjechał do Żnina 5 grudnia 1947 r., gdzie byliśmy zameldowani na fikcyjne nazwisko Kowalskich, czekało na niego już kilkunastu ubowców. Gdy wchodził do domu, obskoczyło go kilku z nich z pistoletami w ręku. Zakuli go w kajdanki, a gospodarzowi mieszkania powiedzieli, że ojciec jest poszukiwanym oficerem SS. Ojciec poinformował mnie również, że wsypa ma większy zasięg. Wpadło archiwum i cała kasa WiN-u, w złotych i dolarach, które pozostały jeszcze z kasy AK. Wyznał mi, że UB zna takie szczegóły, o których wiedziało tylko ich pięciu ze ścisłego Zarządu Głównego WiN.

Niektórzy z aresztowanych nie wytrzymywali bestialskich metod śledztwa.

– Niestety tak. W pewnym momencie, gdy rozmawialiśmy, usłyszeliśmy za ścianą w sąsiednim pokoju wrzaski, przekleństwa i łomot, a następnie przeraźliwy krzyk katowanego człowieka. Bicie takie, z przerwami na zadawanie pytań, trwało jakieś 20 minut. Włosy stanęły nam na głowie. Był to dla nas szok. Nagle zgrzyt klucza i wpada jeden z naszych „opiekunów”. Gdy usłyszał, co się dzieje za ścianą, powiedział: „Cholera, nie mogą gdzie indziej przesłuchiwać, tylko tu!”, i wybiegł. Po chwili za ścianą ucichło. Wieczorem rozdzielono nas z ojcem. Po trzech dniach przewieziono nas na dworzec główny, skąd pociągiem pośpiesznym, w separatce pod konwojem cywilów, przewieziono nas do Warszawy, do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Warszawa miała okazać się już ostatnim przystankiem w życiu Pana ojca.

– To prawda. W ministerstwie znów nas rozdzielono. Próbowano mnie indoktrynować, roztaczać wizje wspaniałej przyszłości, jaka czeka społeczeństwo polskie i naszą Ojczyznę pod dyktaturą proletariatu. Mówiłem ubekom, że nie podoba mi się terror, jakim się posługują w rządzeniu Narodem, że jakoś nie godzi się on z pojęciem demokracji. „Widzicie, co się dzieje. Gdybyśmy tak popuścili, to wtedy dopiero wszyscy chodziliby nam po głowach” – odpowiadali. Po kilku dniach kazano mi podpisać oświadczenie, że nie powiem nikomu, nawet najbliższej rodzinie, co widziałem i słyszałem w czasie mojego pobytu w Urzędzie Bezpieczeństwa. Chcieli też, żebym podpisał zobowiązanie do współpracy z organami ścigania, na co naciskał mjr Józef Czaplicki, który kierował rozpracowywaniem całego WiN-u. Choć straszono mnie, że będę siedział, nie zgodziłem się na to. Na prośbę ojca i moją pozwolono nam się ostatecznie pożegnać.

Więcej już Pan ojca nie zobaczył?

– Nie. To pożegnanie było dla nas obu tak wzruszające i wstrząsające zarazem, że do dziś trudno mi o tym mówić. Wiedzieliśmy, że rozstajemy się na zawsze. Płakałem, ściskając ojca, i całowałem go po rękach. Dziękowałem mu za wszystko, zapewniając, że jako najstarszy będę opiekował się rodziną i zawsze będę wierny ideałom, w których mnie wychował. Ojciec mówił z kolei, że ma do mnie zaufanie i wie, że będę zawsze porządnym człowiekiem i Polakiem. Znał moją ówczesną sympatię, dlatego powiedział, że jeżeli zechcę się z nią ożenić, udziela mi swego błogosławieństwa. Ubecy stali w milczeniu i przyglądali się nam. Zostałem wypuszczony, wsiadłem do pociągu i wróciłem do Wrocławia. Ubowcy być może sądzili, że przez takie potraktowanie mnie nakłonią ojca do współpracy.

Wiemy, że tak się nie stało. Mimo brutalnego śledztwa Pana ojciec nikogo nie wydał.

– To prawda. Przez trzy lata śledztwa ojciec siedział na Mokotowie w Warszawie, nękany ciągłymi przesłuchaniami, podczas których wybito mu zęby. Nikomu z nas nie pozwolono na widzenie z nim. Rzadko nawet można było wysłać mu jakąś paczkę. Dopiero pod koniec śledztwa mogliśmy przekazać mu jakieś wiadomości przez adwokata dr. Oktawa Pietruskiego, przez którego dowiadywaliśmy się też o jego zdrowiu i samopoczuciu. W 1950 r. otrzymaliśmy od ojca gryps, w którym, mimo że sam był w sytuacji nie do pozazdroszczenia, podtrzymywał nas na duchu. Prosił o modlitwę w jego intencji. Zapewniał, że sam modli się za nas i wierzy, że Pan Bóg nas nie opuści. 5 października 1950 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie rozpoczął się proces IV Zarządu Głównego WiN. Przed sądem stanęło dziesięć osób: Łukasz Ciepliński, Adam Lazarowicz, Karol Chmiel, Mieczysław Kawalec, Franciszek Błażej, Józef Batory, Ludwik Kubik, Józef Rzepka, Janina Czarnecka i Zofia Michałowska. Orzekał zespół sędziowski w składzie: przewodniczący ppłk Aleksander Warecki oraz dwaj sędziowie: mjr Zbigniew Furtak i mjr Władysław Tryliński. Oskarżał ppłk Jerzy Tramer. Atmosfera sali była wroga wobec oskarżonych. Pod ich adresem padały epitety: „zdrajcy, mordercy, szpiedzy, oprawcy, agenci gestapo, tchórze, którzy nie chcieli walczyć z okupantem”.

Jak Pana ojciec to znosił?

– Ze spokojem. Na pytanie prokuratora, z kim walczył, odparł stanowczo, że z ustrojem, który – jego zdaniem – nie odpowiada Narodowi Polskiemu. Wyrok ogłoszono 14 października 1950 r., ojca skazano na czterokrotną karę śmierci i wraz z innymi osadzono w celi śmierci więzienia mokotowskiego. Przebywał w niej 137 dni. W tym czasie otrzymaliśmy od niego trzy kartki pocztowe. 1 marca 1951 r. ojciec został zamordowany. O jego śmierci powiadomił nas adwokat dopiero po dwóch tygodniach, bo sam został o tym poinformowany z opóźnieniem. Mama pojechała do Warszawy zapytać, gdzie ojciec został pochowany. Odpowiedziano jej, żeby szukała w Zarządzie Cmentarzy Komunalnych. Tam jednak nie mogli znaleźć żadnych notatek czy informacji na ten temat. Mimo późniejszych poszukiwań mamy i moich, wielu pism do ministra sprawiedliwości, Centralnego Zarządu Więzień itp. miejsce spoczynku mojego ojca pozostało nieznane. Władza komunistyczna była tak mściwa i zawzięta, że nawet po śmierci swoich przeciwników uniemożliwiała ich rodzinom złożenie kwiatka lub zapalenie świeczki na mogile. Wiele wskazuje na to, że ojca pochowano na Łączce, bo tam po 1948 r. chowano zamordowanych więźniów.

Czego podwładni ojca mogli się od niego nauczyć?

– Ojciec urodził się w patriotycznej rodzinie inteligenckiej. Był humanistą, o dużej wiedzy ogólnej, szczególnie z dziedziny kultury, historii, filologii polskiej, pedagogiki, psychologii. Był otwarty na ludzi, nie szanował jedynie zbrodniarzy, zdrajców, kolaborantów, tych, których działalność szkodziła innym. Sam zaś darzony był szacunkiem zarówno przez ludzi prostych, jak i przez osoby ze szczytu drabiny społecznej. Nigdy z jego ust nie słyszałem wulgaryzmów, nawet gdy był bardzo zdenerwowany. Tego samego wymagał od swego otoczenia, w tym od żołnierzy i kadry oficerskiej. Nie miał zaufania do alkoholików i zabraniał werbowania do AK osób uzależnionych. Obawiał się, że ci po pijanemu mogą spowodować dekonspirację i zagrozić bezpieczeństwu innych żołnierzy. Wprowadził też zakaz przynoszenia alkoholu do bazy partyzanckiej. Ojciec gardził tchórzami, zwłaszcza lękliwymi oficerami. Sam w trakcie bitwy na Kałużówce (sierpień 1944 r.), podczas największego ostrzału i niemieckiego szturmu, nie położył się na ziemi, dowodził na stojąco na pierwszej linii, swoim przykładem dodając ducha walczącym. Raz tylko został draśnięty w łopatkę, ale nawet nie pozwolił sanitariuszom opatrzyć rany.

Wojsko było jego drugą miłością, po rodzinie?

– Tak. Ojciec zawsze jako ochotnik stawał do obrony Ojczyzny. Jeszcze nie miał 17 lat, a już podrobił sobie dokumenty, by jako pełnoletni móc walczyć w 1919 r. na Wołyniu z bolszewikami, a później w Bitwie Warszawskiej. Był na froncie pod Ostrołęką, gdzie został ranny. W 1939 r., mimo zwolnienia z wojska ze względów zdrowotnych, ojciec znowu zgłosił się na ochotnika do obrony Ojczyzny. Wielkim zaufaniem darzył go płk Łukasz Ciepliński, młodszy od ojca o 11 lat. Byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni, dlatego też ojciec został jego zastępcą. Obaj byli gorącymi patriotami. Oprócz pracy zawodowej w szkole (był kierownikiem szkoły w Gumniskach) ojciec działał społecznie dla podniesienia oświaty, kultury i wiedzy rolniczej mieszkańców wsi. Zakładał kółka rolnicze, gospodyń wiejskich, Związku Młodzieży Wiejskiej, rezerwistów, Związku Strzeleckiego, straż pożarną. Bardzo kochał swoją rodzinę. Uczucia łączące rodziców dobrze obrazuje pożegnalny gryps ojca przesłany z celi śmierci. Dziękował w nim mamie za szczęśliwie przeżyte wspólne lata, za to, że dała mu nas, troje dzieci. Pisał, że matka była jego słońcem, z którego ciepłych promieni czerpał siły, zwłaszcza w trudnych momentach jego działalności, i podporą. Błogosławił nas, polecając Bożej opiece, i przepraszał, że nie może już pełnić swej roli ojca.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik