logo
logo

Zdjęcie: Marcin Perłowski/ Nasz Dziennik

Nie przeszkoda, lecz szansa

Sobota, 15 marca 2014 (14:38)

Z ks. Łukaszem Kadzińskim, opiekunem duchowym Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum, rozmawia Izabela Kozłowska 

 

W pierwszej części naszej rozmowy poruszyliśmy kwestię warsztatów dla rodziców „Edukacja domowa bez kompleksów” organizowanych przez Fundację Dobrej Edukacji Maximilianum. Przy okazji tego typu spotkań zapewne pojawia się wiele pytań. Rodzice obawiają się, że edukacja domowa pozbawi ich dzieci kontaktu z rówieśnikami: szkolnych przyjaźni, rozwiązywania konfliktów w grupie rówieśników czy też współistnienia w szkolnej społeczności. Jak Ksiądz odpowiada na tego rodzaju obawy?

– Niewątpliwie w jakiejś mierze pozbawi. Ale może trzeba najpierw zadać sobie pytanie: Czy to źle? Grupa rówieśnicza jest najbardziej nienaturalną, sztucznie stworzoną i najzupełniej przejściową w życiu człowieka. Gdzie, poza szeroko rozumianą szkołą, spotkamy grupę rówieśników? W pracy? na osiedlu? w dzielnicy? w kościele? Nigdzie – grupa rówieśnicza to sztuczny i przejściowy twór, a skoro nie ma kontynuacji w życiu, to może jest niekonieczny? Dużo bardziej realne i potrzebne są relacje w rodzinie, w dużej, wielopokoleniowej rodzinie i do tego wielodzietnej. Nie brak tam relacji, kontaktów, spotkań. Nie brak również konfliktów, trudności i ich rozwiązywania. A czy społeczność osiedla, ulicy, wioski, krewnych nie jest bardziej zdrowym i naturalnym środowiskiem? Na wszystko to stawia nacisk edukacja domowa. Dodałbym może jeszcze, że według obliczeń dziecko w szkole do matury spędza 13 tysięcy lekcji. To bardzo wiele. Ile tych godzin jest właściwie spożytkowanych? Bardzo niewiele. Z każdych 45 minut lekcji można uratować kilkanaście minut i to pod warunkiem, że klasa nie stwarza większych problemów, a nauczyciel w miarę sobie radzi. A jeśli nie? Do tego „fala”, znajdowanie „kozłów ofiarnych”, kontakt z narkotykami (praktycznie w każdej szkole), pornografią, wulgarnością – to jest niestety często druga strona szkolnej społeczności. 

Szkoła powinna wspierać rodziców w wychowywaniu dzieci. Dostrzegamy jednak, że coraz częściej jest ona upolityczniona, zideologizowana. Wybór edukacji domowej jest sposobem na uchronienie dzieci przed indoktrynacją?

– Jak długo nasza Konstytucja stoi na straży praw rodziców do wychowania dzieci według swoich przekonań, to tak. Jeśli stanie się jak w Niemczech, gdzie dzieci zabierane są rodzicom, jeśli nie trafią do szkoły, to wtedy już nie. W edukacji domowej dziecko zobowiązane jest do podejścia do egzaminu sprawdzającego na koniec roku. Nie słyszałem, by jakieś dziecko go nie zdało. Wiele rodziców mówi, że na przygotowanie do tego egzaminu potrzeba 2-3 miesiące, nawet w gimnazjum czy liceum. A co z resztą? Przez 4-5 miesięcy rodzice mogą decydować czego, gdzie i w jaki sposób nauczy się ich dziecko. Można kontrolować ilość czasu przed komputerem i treści, jakie są przeglądane, można zapanować nad ilością i jakością filmów oglądanych w telewizji, a przede wszystkim swoją życzliwą obecnością, rozmową i miłością pokierować ku wartościowym dziełom, książkom i relacjom. Uczyć można zawsze więcej – skoro program można opanować przez 3 miesiące, co stoi na przeszkodzie, by poszerzać go wedle uznania i przekonań.

Jest Ksiądz opiekunem duchowym w Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum. Promowana w przedszkolach i szkołach ideologia gender to tylko jeden z przykładów próby deprecjacji rodziny. Jaką rolę powinien odegrać Kościół w wychowaniu młodego pokolenia i obronie polskich rodzin?

– Przede wszystkim Kościół ma w swoim „skarbcu” rzecz zupełnie niezwykłą i z niczym nieporównywalną – katolicką pedagogikę. Kościół jest wychowawcą z najdłuższym „stażem”. Są to wieki doświadczeń w zakonach, seminariach, uniwersytetach, przy kratach konfesjonałów, w kierownictwach duchowych. Wychowanie to było prowadzone bardzo często przez świętych. A ponadto, co najważniejsze, w katolicyzmie są sakramenty i łaska. To one prowadzą do wyrabiania cnót, one wspierają rozum w drodze do prawdy i kształtują wolę, by wybierała dobro, a nie zło. Kiedy popatrzymy chociażby przed II wojną światową na dorobek Kościoła, na Sodalicje, ruchy eucharystyczne i wiele innych organizacji prowadzonych przez duchownych, zobaczymy setki tysięcy młodzieży i dzieci wychowywane przez Kościół. Jaką rolę powinien odegrać? Musi po prostu spełnić swoją rolę – strażnika Prawdy, duszy ludzkiej, rozumnej i wolnej, obrońcy przed nieprawością, bezbożnością i deprawacją, szczególnie dzieci. Kościół musi przypominać nieustannie naukę Pana Jezusa, że nagroda nasza i dom nasz nie jest na ziemi, ale w niebie. Że jesteśmy stworzeni przez Boga i mamy pełnić Jego wolę, bo łamanie Bożych praw i lekceważenie Boga prowadzić może tylko do chaosu, zła i destrukcji. Musi wreszcie Kościół wymagać od rodziców, by tworzyli rodziny chrześcijańskie – co jest niełatwe w tym świecie, oraz by byli gotowi w jakimś sensie do męczeństwa. Kościół musi też wymagać od dzieci i młodych, bo infantylizacja duszpasterstwa i rezygnacja z wymagań moralnych i nauczania jest drogą donikąd i taką wiarę młodzi odrzucą. Bo tylko w to się przecież wierzy, co nas kosztuje, bo wiemy, ile to dla nas jest warte.

Dziś Kościół musi się zacząć wypowiadać na temat tego, co dzieje się w szkole, i równocześnie wyciągnąć pomocną rękę do rodziców, którzy myślą o uczeniu dzieci w domu.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Była to druga część wywiadu. Pierwsza część dostępna tutaj.

 


Więcej o celach i działalności Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum można przeczytać tutaj.

Izabela Kozłowska

Aktualizacja 25 czerwca 2014 (15:05)

NaszDziennik.pl