logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

„Chłopi”: dotyk ziemi i nieba

Środa, 9 kwietnia 2014 (02:00)

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co? We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany – w tyli świat!... – zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu – tak zaczyna się powieść „Chłopi” Władysława Reymonta. Autor w roku 1924 otrzymał za nią Nagrodę Nobla. A konkurencja była wyjątkowo silna: Thomas Hardy, Tomasz Mann, Maksym Gorki. Wygrał nasz pisarz. Wygrał wtedy, bo dziś… dziś wiemy, że by nie wygrał, ani on, ani Sienkiewicz. Dziś literacka Nagroda Nobla dryfuje po mieliznach politycznej poprawności, gdzie nie ma miejsca ani na miłość do ziemi, ani na miłość do Boga. Na szczęście wtedy było inaczej. Powróćmy więc do „Chłopów” i do wielkiego mistrza pióra.

Władysław Reymont (tak naprawdę to Stanisław Rejment) przyszedł na świat w 1867 r. na Kujawach (Kobiele Wielkie). Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej, a jego ojciec był kościelnym organistą. Ciekawe, że ojcowie kilku innych wielkich Polaków, jak Prymasa Stefana Wyszyńskiego, Ignacego Jana Paderewskiego czy Juliana Fałata, też pełnili tę skromną, ale znaczącą służbę, która wówczas łączyła w sobie pobożność, piękno i język polski, trzy elementy składające się na wychowanie w duchu kultury ojczystej jako przeciwwaga dla postępującej rusyfikacji i germanizacji.

Narodziny pisarza

O dobrej szkole w tamtych czasach nie było co marzyć, zwłaszcza że wielodzietna rodzina Rejmentów była uboga. Edukacja, jaką Władysław odebrał w szkole, miała charakter czysto praktyczny, bo chodziło o to, żeby z czegoś żyć – został krawcem. I stawałby się pewnie coraz lepszym krawcem, gdyby nie to, że coś kazało mu szukać innej drogi. Próbował aktorstwa, chciał wstąpić do zakonu paulinów, by w końcu osiąść na małej stacyjce jako urzędnik kolejowy. I wtedy też, gdy się jakoś ustatkował, zaczął pisać.

Czy to było tylko natchnienie, samoczynna erupcja geniuszu? Nic podobnego. Znacznie wcześniej zdarzyło się coś, bez czego nie byłoby wielkiego pisarza, choć może byłby pisarz. Bo wielkość wymaga odpowiedniego podłoża kultury, nie bierze się z lotnych piasków.

To prawda, że Reymont miał za sobą tylko szkołę krawiecką, ale miał jeszcze coś. Gdy był małym chłopcem, trafił na plebanię do wujka swojej mamy, ks. proboszcza Szymona Kupczyńskiego, człowieka o wielkiej kulturze literackiej.To on otworzył przed przyszłym pisarzem skarby języka polskiego. Chłopak do 9. roku życia połknął dosłownie wszystko, co znajdowało się w bibliotece. Dlatego właśnie później, mimo różnych zakrętów życiowych, gdy nadeszło natchnienie, mógł panować z powodzeniem nad językiem, gdyż ten język był językiem jego mistrzów, językiem arcydzieł, które w siebie wchłonął. Mógł nawet tworzyć język, stylizować go na potrzeby opisywanego świata.

Świata niezwykłego, który w takim wymiarze nie pojawiał się na stronicach ksiąg ani gazet. A był to świat polskiej wsi. Ten właśnie świat, żywy, barwny, niespokojny, Reymont dojrzał, wchłonął w siebie, przetrawił i opisał. Świat wstrząsający i poruszający, nikomu dotąd nieznany, choć leżał w środku Europy. Reymont ten świat zobaczył. Powstało arcydzieło.

Arcydzieło

Wzruszenie, i to bardzo głębokie, a nie powierzchowne, udzielało się wszystkim, którzy z tą lekturą mogli się zapoznać, jeśli tylko byli czuli na tajemnice ludzkiego losu wpisanego w rytm życia natury, zawieszonego między ziemią i niebem. Nie tylko zawieszonego, ale wręcz wgryzającego się w ziemię, dzień po dniu. A nad wszystkim unosiło się niebo, z którego do tych ludzi przemawiał odwiecznie Bóg.

Między ziemią i niebem żyli ludzie, ale jacy ludzie! Aż kipiało w nich od energii, od namiętności, ale i od pracowitości. Próbowały ich okrzesać tradycja, zwyczaj i Kościół, ale nie zawsze skutecznie, więc raz coś wychodziło na dobre, a raz na złe. A potem znowu na dobre.

„Chłopi” Reymonta to arcydzieło, które przedziera się przez zewnętrzną powłokę lokalnego kolorytu, by dotrzeć aż do najgłębszych pokładów ludzkiej natury. Dzieło to uznaje się za „testament” europejskiego chłopstwa, testament, ponieważ ten świat ginął dosłownie w oczach. Reymont ten świat zatrzymał i ocalił, wpisał do kanonu klasyki światowej obok „Prac i dni” Hezjoda czy „Bukolik” Wergiliusza. Jako dzieło kultury najwyższych lotów może odżywać mocą naszej myśli, wyobraźni i uczuć, by grać jakimś niezwykłym drżeniem.

Albowiem język Reymonta nie ma nic z pustosłowia, nic z wysuszonych abstraktów, nic z inteligenckich konstrukcji. Ten język wbija się do wnętrza każdej rzeczy, którą wyraża, niezależnie od tego, czy jest to człowiek, czy drzewo, pies czy rzeka, trawa czy zboże, noc czy dzień, jesień lub wiosna. Język, który na bazie języka literackiego i lokalnej gwary Reymont w zasadzie sam stworzył. Język w sumie niełatwy. I gdyby nie miał w sobie tego wewnętrznego nerwu, tej wewnętrznej prawdy, to stanowiłby barierę trudną do pokonania, nie tylko dla czytelnika polskiego, ale przede wszystkim dla tłumaczy. A tymczasem tłumacze zabrali się do pracy, zanim Reymont dostał Nagrodę Nobla, a więc jakby na wyrost, ale czuli, że jest to literatura wyjątkowa.

Tłumacz na francuski, Franck-Louis Schoell, wspomina, jak swoją przygodę z literaturą polską zaczął od „Quo vadis” Sienkiewicza. Ale już drugim dziełem byli właśnie „Chłopi”. Ostrzegano go, że trudności będzie co niemiara: słownictwo, składnia, styl, bez porównania więcej problemów niż w przypadku klasycznego języka Sienkiewicza. Jednak spróbował i stało się: „Wzięło mnie!… Jesień – jej imponujące pejzaże, malownicze sceny zasiewów, rojowisko życia wiejskiego nad brzegiem stawu w Lipcach – wszystko to mnie zachwycało. (…) W moim entuzjazmie miałem tylko to jedno pragnienie: dać poznać moim rodakom to olśniewające arcydzieło” („Reymont we Francji”, Warszawa 1967). Właśnie tak jest z „Chłopami”, przekraczają granice języków, a czytelnika po prostu biorą, zabierają do Lipiec, a z Lipiec w jakąś niezwykłą przeszłość, pradawną i tajemniczą.

„Chłopów” czytali wszyscy, zarówno francuscy profesorowie, jak i francuscy… chłopi. A profesorowie nie tylko z racji zawodowych. Jeden z nich odkrył dzięki Reymontowi, że koniecznie trzeba mieć swój kawałek ziemi, by na niej coś uprawiać. Zajmował się więc winnicą, ogrodem warzywnym, drzewami owocowymi i kwiatami, bo, jak wyznawał: „codzienny dotyk ziemi jest mi niezbędny”.

Głos nieba

Ale w „Chłopach” Reymonta jest nie tylko dotyk ziemi, jest także dotyk nieba. Wielkim miłośnikiem twórczości Reymonta był Prymas Tysiąclecia Stefan kardynał Wyszyński. Wielokrotnie w swoich homiliach wracał do „Chłopów”, by wskazywać i odzyskiwać to, co najcenniejsze, a co próbowano na różne sposoby zamazać lub pominąć. Ksiądz Prymas nie szczędził gorzkich uwag zwłaszcza pod adresem filmowej adaptacji tego arcydzieła, adaptacji, która świadomie spłaszczyła treść, spychając na margines to, co najważniejsze, czyli miłość do polskiej ziemi, jaką otrzymaliśmy od Boga. Prymas mówił: „Zawsze jestem pod wrażeniem fragmentu napisanego przez Władysława Reymonta w jego wiekopomnym dziele literackim ’Chłopi’. Przedstawia on postać umierającego gospodarza – Boryny. Chory, w gorączce, nieświadom tego, co czyni, wychodzi na pole. W koszuli idzie przez zagony, które orał długie dziesiątki lat i walczył o nie, bo był to czas bardzo trudny. Prawie wszyscy wtedy walczyli, aby kolonizacja niemiecka nie wyrzuciła Polaków z własnych zagonów. Ziemia stała się symbolem polskości. (…) Wyszedł siać – jak rolnik z przypowieści Chrystusa – ale siły go opuszczają. Pada na zagonie z rozciągniętymi na krzyż ramionami i kona. Tylko wicher jeszcze mu śpiewa – jak muzyka Chopina narodowi polskiemu – i woła: ’Gospodarzu, gospodarzu, nie odchodź, zostań z nami’. W filmie ’Chłopi’, który kręcili ludzie nie znający się na rolnictwie, tego fragmentu przywiązania rolnika do zagonu ojczystego nie odczuto właściwie. Wiele banalnych rzeczy detalicznie przedstawiono, ale nie zrozumiano piękna tego momentu i potęgi jego wymowy, ukazującej, jak trzeba bronić każdego skrawka polskiej ziemi” (Do rolników w Lewiczynie, 10.08.1975).

Ksiądz Prymas doskonale odczytał wielowarstwowość „Chłopów”, którą tylko wielki pisarz mógł ogarnąć w całość i napełnić życiem na tym przecięciu ziemi i nieba, gdzie mimo tylu ludzkich przywar i słabości niebo ma ostateczny głos. Jest ono znakiem nadziei i miłości. Dają temu wyraz ostatnie słowa, jakie żegnają nas z kart tej księgi, a które tradycja podtrzymuje do dziś tam, gdzie serce jest jeszcze czułe: „Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane”.

Ostańcie!

Prof. Piotr Jaroszyński

Aktualizacja 9 kwietnia 2014 (09:44)

Nasz Dziennik