logo
logo
zdjęcie

Karolina Elbanowska

Rządowa pseudotroska

Czwartek, 31 lipca 2014 (14:17)

W reformie obniżenia wieku szkolnego nie chodzi o dobro dziecka czy podniesienie poziomu nauczania. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, żeby za wszelką cenę skrócić edukację o rok po to, żeby jak najszybciej „wyprodukować” kolejnych podatników i płatników wszelakich składek. To jest po prostu drugi koniec reformy emerytalnej.

W imię tak zdefiniowanego celu ministerstwo jest gotowe wmawiać nam, że każda proponowana przez nie bzdura jest dobrym rozwiązaniem dla dzieci. Obowiązkowe wysłanie nawet połowy rocznika 2008 do pierwszej klasy razem z rocznikiem 2007 jest właśnie przykładem takiej bezsensownej propozycji. Rocznik 2008 jest jednym z najliczniejszych w ciągu ostatnich kilkunastu lat, w związku z tym liczba dzieci w klasach pierwszych będzie bardzo duża, a szkoły nie są gotowe na odpowiednie przyjęcie takiej liczby nowych dzieci. Dlatego też uczniowie nauczania początkowego będą musieli chodzić do szkoły w systemie zmianowym i uczyć się do godz. 17.00 czy 18.00. Wiąże się to również z tym, że dzieci pracujących rodziców będą spędzać cały dzień w szkole – do południa na świetlicy, a później na lekcjach.

Dziecko traci bardzo dużo energii z powodu hałasu, tłoku i duszności, które najczęściej panują w świetlicy. Przyczyną tego są małe pomieszczenia, w których przebywa bardzo dużo dzieci. W polskich świetlicach często jest zgoda na wykorzystywanie telewizora jako formy spędzania czasu wolnego. Dziecko po kilku godzinach oglądania telewizji i przebywania w hałasie ma poważne problemy ze skupieniem się na lekcjach. Co więcej, po kilku godzinach spędzonych w dusznym pomieszczeniu będzie po prostu czuło się słabo.

Dziecko zaczyna tracić koncentrację już o godz. 13.00, zatem jak ma się efektywnie uczyć między godz. 13.00 a 17.00? O tej porze powinno być już w domu, odpoczywać i mieć czas na zabawę. Ewidentnie celem rządowej reformy szkolnictwa nie jest dobro najmłodszych uczniów. Warto wspomnieć, że dzieci pani minister chodzą do szkoły, w której nie ma systemu zmianowego, a miesięczna opłata wynosi tysiąc złotych. Niestety większości polskich rodziców nie stać na to, żeby wyłożyć taką kwotę i zapewnić swoim pociechom odpowiedni komfort nauki, którego rząd nie jest w stanie im zorganizować.

Kolejnym problemem jest wyżywienie dzieci, które praktycznie cały dzień spędzają w placówce oświatowej. W polskich szkołach stołówka, a już na pewno kuchnia, jest luksusem, zatem dziecko przez większość dnia chodzi głodne albo żyje wyłącznie na suchym prowiancie przyniesionym z domu. Głodne dziecko nie będzie w stanie się uczyć.

Najbardziej w tym wszystkim boli to, że nasze dzieci zostały potraktowane w sposób przedmiotowy przez rząd, który w istocie powinien troszczyć się o swoich obywateli, zwłaszcza tych najmniejszych.

Karolina Elbanowska

Autorka jest prezesem Fundacji Rzecznik Praw Rodziców oraz inicjatorką akcji „Ratuj Maluchy”.

NaszDziennik.pl