logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Konsekwentna likwidacja

Wtorek, 22 marca 2016 (21:44)

Polacy na Litwie protestują przeciwko niszczeniu polskiej oświaty

Proces zwijania szkolnictwa polskiego rozpoczął się we wrześniu 1991 roku, kiedy szowiniści litewscy rozwiązali polskie samorządy i wprowadzili na Wileńszczyźnie administracyjne zarządzanie.

Zobowiązanie bez pokrycia

W żadnej mierze procesu tego nie zahamowało zawarcie w roku 1994 traktatu polsko-litewskiego, w którym obie umawiające się strony potwierdzają, że mniejszości narodowe mają prawo do „uczenia się języka swojej mniejszości narodowej i pobierania nauki w tym języku” oraz do „zakładania i utrzymywania własnych instytucji, organizacji lub stowarzyszeń, w szczególności kulturalnych, religijnych i oświatowych, w tym szkół wszystkich szczebli”.

Zwracam uwagę, że jest to zobowiązanie solidarne. Zapewnienie Polakom na Litwie wymienionych w traktacie praw nie jest wyłącznym obowiązkiem Litwy; jest obowiązkiem zarówno Litwy, jak i Polski. Litwa ma te prawa zapewnić, a Polska ma skutecznie wyegzekwować ich realizację.

W realizację tego zobowiązania zaangażowany jest Majestat Rzeczypospolitej, ponieważ traktat podpisał i ratyfikował prezydent Rzeczypospolitej, zaś ustawę upoważniającą prezydenta do ratyfikacji uchwalił Sejm Rzeczypospolitej.

„Od ponad dwudziestu lat zobowiązanie to nie jest wykonywane” – pisze w skierowanym do mnie piśmie Renata Cytacka, szefowa Forum Rodziców Szkół Polskich Rejonu Solecznickiego. Zwraca w nim także uwagę na aspekt sprawy kompletnie ignorowany przez polskie władze i polską opinię publiczną. „Od ponad dwudziestu lat kolejne roczniki naszych dzieci są traktowane gorzej niż ich litewscy rówieśnicy, a ich prawo do równych szans życiowego startu jest składane na ołtarzu polsko-litewskiego strategicznego partnerstwa”.

Bezsprzecznie Renata Cytacka ma rację. Współodpowiedzialność za opresję polskich dzieci ponoszą polscy prezydenci, przemierzy, ministrowie, posłowie… Ale także my wszyscy, którzy im na to pozwalamy.

Zostawieni sami sobie

Drastycznym przykładem niewykonywania tego zobowiązania była akcja premiera Donalda Tuska we wrześniu 2011 roku, kiedy Polacy na Litwie, w proteście przeciwko wymierzonej w polskie szkolnictwo reformie oświaty, rozpoczęli strajk szkolny. Rozszerzał się on błyskawicznie, obejmując kolejne szkoły, i postawił władze litewskie w beznadziejnej sytuacji. Każdy dzień przynosił straty wizerunkowe, wycofanie się z reformy oznaczało klęskę prestiżową, zaś rozwiązanie siłowe – w XXI wieku, w Unii Europejskiej – było nie do pomyślenia.

I wtedy do Wilna przybył polski premier. Mamiąc Polaków powołaniem fasadowych wspólnych komisji polsko-litewskich, które miały rozpatrzyć problemy w oświacie polskiej i zaproponować satysfakcjonujące Polaków rozwiązania, faktycznie wymusił na nich przerwanie strajku. Komisje oczywiście niczego, poza protokołem rozbieżności, ustalić nie były w stanie. Sam zaś premier ewakuował się czym prędzej do Warszawy, a potem na brukselskie salony, pozostawiając po sobie oświatową katastrofę.

Nowe otwarcie?

Jak pisałem wyżej, obecnie władze litewskie przystąpiły do drastycznego ograniczania szkolnictwa polskiego, zwłaszcza w Wilnie, wykorzystując tzw. proces akredytacji. Władze miasta nie zgadzają się, by w polskich szkołach, często posiadających kilkudziesięcioletnie tradycje, prowadzone było kształcenie w klasach wyższych. Starają się także rozrzedzić sieć polskich szkół poprzez usunięcie ich z obecnych siedzib (szkoła im. Lelewela, która chlubi się wychowaniem dwóch noblistów).

W takiej sytuacji nic nie znaczą oświadczenia wicepremiera Mateusza Morawieckiego, że „polskie szkolnictwo jest coraz bardziej dyskryminowane na Litwie i jak tak dalej będzie, to za dwa pokolenia może być trudniej”. Zresztą w tej kwestii wicepremier się myli. „[…] jak tak dalej będzie, to za dwa pokolenia” będzie nie trudniej, ale łatwiej. Na Litwie nie będzie już nie tylko polskiego szkolnictwa, nie będzie tam już żadnych Polaków. I wtedy, bez żadnych przeszkód, będzie się można z Litwinami fraternizować.

Trudno za właściwe wykonywanie zobowiązań wynikających z traktatu polsko-litewskiego uznać liczne – to prawda, lecz bezskuteczne debaty na ten temat, zarówno na forum polskiego parlamentu, jak i odpowiednich komisji.

Może tylko przypomnę debatę, która odbyła się w polskim Sejmie osiemnaście lat temu, w styczniu 1997 roku. Dotyczyła ona między innymi wymierzonego w polską oświatę programu litewskiego ministra oświaty Zigmasa Zinkevičiusa. Polscy posłowie antypolski program potępili, prominentni litewscy politycy wyrazili ubolewanie… A rezultat – dziś, po osiemnastu latach, prawie wszystko, co postulował Zinkevičius, zostało zrealizowane.

Cztery lata temu protestowaliśmy przeciwko reformie oświaty z 2011 roku. Dziś o lituanizacji programowej polskiego szkolnictwa, o ujednoliceniu wymagań maturalnych z języka litewskiego, o uprzywilejowaniu litewskich szkół na Wileńszczyźnie nikt nie mówi. Dziś protestujemy przeciwko trybowi akredytacji polskich szkół w Wilnie.

Gotów jestem się założyć, że za parę lat, może jeszcze w tej kadencji parlamentu, jak już zostanie zlikwidowana ostatnia szkoła polska w Wilnie, na forum którejś z parlamentarnych komisji będzie się bronić resztówki polskiej oświaty – zagrożonych ostatnich polskich szkół w rejonie wileńskim lub solecznickim.

I tak aż do likwidacji ostatniej polskiej szkoły na Litwie.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Dr Adam Chajewski

Nasz Dziennik