logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: QUIQUE GARCIA/ PAP/EPA

Niemożliwe? Nie dla Barcelony

Czwartek, 9 marca 2017 (20:41)

Dla Hiszpanów to był najlepszy w historii mecz Barcelony. Dla Francuzów – koszmar Paris Saint-Germain. Dla pozostałych – widowisko, jakiego świat jeszcze nie widział. Katalończycy, awansując do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, potwierdzili, iż w futbolu nie ma rzeczy niemożliwych.

Po 0:4 w stolicy Francji mało kto dawał im szansę. Tym bardziej, że PSG zagrał w tamtym spotkaniu spektakularnie, tym bardziej, że w Katalonii atmosfera stała się grobowa, czego wyrazem była choćby deklaracja Luisa Enrique, który poinformował, że po sezonie pożegna się z drużyną. Niektórzy podawali, że między nim a podopiecznymi nie ma chemii, że nie wszyscy zawodnicy wierzą, że po okiem tego akurat trenera są w stanie coś wielkiego osiągnąć. Minęły trzy tygodnie i odmieniło się dosłownie wszystko.

Kto dawał szanse Barcelonie? Tak szczerze, z ręką na sercu? Może najwierniejsi, najbardziej fanatyczni jej fani. W historii Ligi Mistrzów jeszcze nie było sytuacji, by jakiś zespół awansował dalej, przegrywając w pierwszym spotkaniu różnicą czterech bramek. Jeden jedyny raz komuś udało się odrobić trzy gole straty. Komuś, a dokładnie Deportivo La Coruna, które w sezonie 2003/2004 uległo na wyjeździe AC Milan 1:4, by w rewanżu wygrać 4:0. Barcelona stawała zatem przed zadaniem z gatunku niewykonalnych. I co? I pokazała, że w sporcie nie ma rzeczy niemożliwych. Gigantyczna w tym zasługa nie tylko samych piłkarzy, co niedocenianego, krytykowanego Enrique. Ostatnie trzy tygodnie poświęcił na obmyślanie taktyki i strategii, która pozwoli jego piłkarzom powalczyć o nierealne. Przetestował ją wpierw w Primera Division, ze spektakularnym efektem, bo „Barca” rozbiła Sporting Gijon 6:1 oraz Celtę Vigo 5:0. Oba te wyniki dawały jej awans w starciu z PSG, ale pamiętała, że Sporting i Celta to nie mistrz Francji. Paryżanie, budowani za setki milionów euro, są firmą mającą ambicje dominować na Starym Kontynencie.

Środowy rewanż na Camp Nou miał niebywały scenariusz. W 3. minucie było 1:0, w 50. 3:0. Kiedy jednak w 62. min Edinson Cavani strzelił na 3:1, trybuny ucichły. Wiara w kibicach przygasła, bo „Barca” potrzebowała trzech bramek. Do 88. min nic się nie zmieniło, ale wtedy doszło do bodaj najbardziej spektakularnego finiszu w historii futbolu. Wpierw z rzutu wolnego kapitalnie przymierzył Neymar, potem Brazylijczyk wykorzystał rzut karny, a w 95. minucie Sergio Roberto sprawił, że Katalonia, a wraz z nią cały piłkarski świat oszalał. W końcowym fragmencie, gdy Barcelona postawiła kropkę nad i, zdominowała rywali w sposób oszałamiający. Statystycy obliczyli, że od pierwszego gola Neymara paryżanie byli w stanie wymienić między sobą… cztery podania. Biegali po boisku jak sparaliżowani strachem, bezradni jak dzieci, kompletnie pogubieni i zdezorientowani.

Świat po tym wszystkim się zdumiał. Hiszpanie pisali o największym triumfie Barcelony w historii. Francuzi o kompromitującej klęsce. Cześć fanów PSG była tak sfrustrowana, że przyszła na lotnisko w Paryżu, by „przywitać” swych ulubieńców. Omal nie doszło do konfrontacji, choć nie obyło się bez przepychanek i… wypadku. Thiago Motta, otoczony w samochodzie wianuszkiem kibiców, ruszył, potrącając jednego z nich.

– Nie sądzę, by ktoś z nas przestał wierzyć. Zagraliśmy dziś niewiarygodnie, nawet po stracie bramki. Zaryzykowaliśmy, ale się opłaciło. Na tym polega piękno futbolu. Szóstą bramkę strzelili z nami kibice z całego świata – powiedział po wszystkim Enrique.

– Porażka w Paryżu mocno nas dotknęła, ale na rewanż wyszliśmy bez presji. Chcieliśmy cieszyć się grą, sprawiając jednocześnie, by rywal nie mógł złapać swojego rytmu. Udało się, a to zwycięstwo smakuje jak tytuł, jak wygrany wielki finał. Dla mnie był to najlepszy mecz w całej dotychczasowej karierze, być może w całym życiu – przyznał Neymar, którego w środę wielu okrzyknęło „królem” Camp Nou. Jego, nie Lionela Messiego.

Czy w całym tym niebywałym obrazie było coś, co pozostawiło niesmak, rozczarowanie, poza oczywiście postawą PSG? Niestety tak – praca sędziego. Nie wiadomo dlaczego UEFA do prowadzenia tego pojedynku wyznaczyła stosunkowo mało doświadczonego Deniza Aytekina. Niemiec presji nie udźwignął, popełniając kilka rażących i istotnych błędów, prawie zawsze sprzyjających gospodarzom. Wymieńmy trzy największe – karny podyktowany w 91. minucie nie był efektem faulu, tylko aktorskich umiejętności Luisa Suáreza, Neymar, zanim stał się bohaterem, mógł, a nawet powinien wylecieć z boiska za czerwoną kartkę, a tuż przed tym, jak zdobył gola na 4:1, paryżanom należała się jedenastka.

Francuzi, po męsku, nie chcieli jednak winy za swe niepowodzenie zrzucać na barki arbitra, choć o jego błędach oczywiście wspominali. – Straciliśmy wielką szansę i musimy z tego wyciągnąć wnioski – powiedział trener Unai Emery.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl