logo
logo
zdjęcie

Piotr Skrobisz

Dramaty, emocje i finał jak z marzeń

Poniedziałek, 2 lutego 2015 (16:52)

Na kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw Michael Biegler, trener Biało-Czerwonych, przyznał, że już wyjście z grupy będzie sukcesem jego podopiecznych. Nie znaczyło to oczywiście, że Niemiec jest minimalistą i taki cel stawia przed zawodnikami, ale pokazywało, z jak dużymi przeszkodami przyjdzie się Biało-Czerwonym zmierzyć w Katarze. Niemcy, Dania, Rosja, Argentyna i Arabia Saudyjska – to byli pierwsi rywale Polaków w turnieju. Z wyjątkiem Arabii – drużyny mocne albo bardzo mocne i bardzo wysoko mierzące.

Dania, wiadomo, od lat zalicza się do światowej czołówki, a na wielkich imprezach nie zwykła zawodzić i przegrywać.

Rosja? Być może od pewnego czasu nie odnosiła sukcesów, ale jest budowana po to, by na igrzyskach w Rio nawiązać do najświetniejszych czasów tamtejszego szczypiorniaka. Mistrzostwa w Katarze miały być sprawdzianem i zarazem pokazem jej siły i możliwości.

Argentyna? Czyniąca postępy, grająca po europejsku, nieobliczana.

O Niemcach celowo wspominam na końcu, bo ich w Katarze być nie powinno. Przegrali bowiem baraże o awans do tej imprezy z Polską, jednak okazało się, że wynik sportowy uzyskany na boisku nic jeszcze nie znaczy, przynajmniej jeśli ma się wpływy i pewnie też pieniądze. Działacze zza naszej zachodniej granicy tuż po nieudanych dla ich narodowej drużyny pojedynkach rozpoczęli bowiem zakulisowe działania, które zaowocowały kilkoma przedziwnymi decyzjami władz światowych federacji i wreszcie dziką kartą dla reprezentacji Niemiec. Dzięki niej na mistrzostwa pojechała, choć nie miała prawa.

I właśnie meczem z tym rywalem Polacy turniej zainaugurowali. Nie był to najlepszy występ w wykonaniu naszych zawodników i to nie tylko dlatego, że go przegrali. Od razu też skomplikował im życie, bo wiedzieli, że wysoka lokata w tabeli grupy, najlepiej pierwsza lub druga, pozwoli im uniknąć największych potęg w 1/8 finału. Tego celu Biało-Czerwonym nie udało się zrealizować. Dygresja: celowo nie używam słowa „niestety”, bo wypadałoby raczej napisać „na szczęście”.

Potem były dwa dramaty. Najpierw wygrany 24:23 z Argentyną: ciężki pojedynek, w którym piłkarze z Ameryki długo prowadzili i byli krok od urwania naszym punktu lub nawet punktów. W końcówce Biało-Czerwoni musieli sobie radzić w podwójnym osłabieniu i nie wiadomo, co by się wydarzyło, gdyby wtedy Sławomir Szmal nie obronił rzutu karnego.

W kolejnym spotkaniu podopieczni Bieglera wygrali 26:25 z Rosją i to był mecz, który na nowo rozkochał w nich kibiców. Niebywale emocjonujący, pełen zwrotów akcji i szaleństwa. Pozytywnego. W 52. minucie rywale prowadzili 24:21 i wydawało się, że mają wszystko pod kontrolą. To, co od tego momentu wyprawiali Szmal i jego koledzy przeszło jednak wyobrażenia, Polacy się wybronili i zadali nokautujący cios.

W kolejnym pojedynku rozbili outsiderów z Arabii i zagrali z Danią o drugie miejsce w grupie. Przegrali, wyraźnie, zasłużenie 27:31. Zagrali słabo, a na dodatek było wiadomo, że w następnym spotkaniu będzie jeszcze trudniej, bo posypały się kontuzje. Najgroźniejsza wyeliminowała z gry Krzysztofa Lijewskiego, ale na drobniejsze urazy narzekali i inni. Trochę martwił też styl, jaki prezentowali nasi reprezentanci. Potrafili bowiem grać świetnie, by za moment całkiem się pogubić i oddać pole rywalom. Martwiły liczne własne błędy, brak wypracowanych schematów w ataku. Martwił też rywal w 1/8 finału. Szwecja!

Polacy musieli wznieść się na wyżyny, by ją pokonać. Nie byli faworytami. A jednak w tym najważniejszym momencie potrafili się pozbierać, stworzyć niesamowity monolit i zagrać tak, że przeciwnicy nie potrafili znaleźć odpowiedzi. Biało-Czerwoni wygrali 24:20, prezentując się fantastycznie w defensywie, mając bohaterów w niesamowitym Szmalu, braciach Jureckich, Michale Daszku, Adamie Wiśniewskim, Karolu Bieleckim i pozostałych. W tym właśnie pojedynku nasi uwierzyli, że stać ich na wszystko i mogą góry przenosić. A awansując do ćwierćfinału, praktycznie zapewnili sobie udział w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich.

Kolejnym rywalem Polaków była Chorwacja. Niewygodna, z którą nie wygrali od 2008 roku. I znów nie byli faworytami i znów pokazali, że mogą wszystko. Zagrali perfekcyjnie, z niebywałą ambicją i sercem, niesamowicie twardo i konsekwentnie, krusząc mur chorwacki, a samemu stawiając tamę nie do sforsowania. Wygrali 24:22 i wiedzieli, że mają medal na wyciągnięcie ręki. Wiedzieli też, że będą gospodarzem wspomnianego turnieju kwalifikacyjnego.

Tak naprawdę mogli nawet go uniknąć i bezpośrednio w Katarze wywalczyć przepustkę na igrzyska. Warunkiem było „tylko” zwycięstwo nad reprezentacją gospodarzy w półfinale, a potem w finale z Francją lub Hiszpanią. Niestety – nie udało się. Katar okazał się za mocny, a raczej miał za sobą ściany, których nie dało się rozbić. Fakt: Polacy w półfinale nie zagrali najlepiej, jednak ciężko się gra i walczy, gdy widzi się sędziów sprzyjających tylko jednej drużynie. Gdy każda stykowa sytuacja rozstrzygana jest na korzyść jedynej słusznej opcji, opcji katarskiej. Polacy przegrali 29:31, po wszystkim byli wściekli, ale nie mieli wyjścia: musieli z takim obrotem sprawy się pogodzić.

Na szczęście się pozbierali. Rozbici i zdrowotnie pokiereszowani, potrafili wyzwolić w sobie jakieś nadludzkie pokłady sił i ambicji i stoczyli porywający pojedynek o trzecie miejsce w Hiszpanią, najlepszą drużyną świata ostatnich lat. Walczyli jak lwy, heroicznie, do ostatnich sekund. Nie poddali się, gdy stracili wysokie prowadzenie, nie poddali, gdy w końcówce przegrywali czterema golami. Walczyli, w ostatniej sekundzie doprowadzili do remisu i dogrywki, a w niej okazali się mocniejsi od drużyny, która przed dwoma laty została mistrzem świata i nie wyobrażała sobie, że może wrócić z Kataru bez medalu.

W takich niezwykłych okolicznościach Polacy zostali trzecią drużyną globu. Zasłużyli na to jak nikt. Sercem, hartem ducha, pasją, ambicją i umiejętnościami, bo przy tym wszystkim nie zapominajmy, że oni po prostu są znakomitymi piłkarzami ręcznymi.

Mistrzami świata zostali Francuzi. I dobrze, bo w ten sposób uratowali ducha sportu. W finale spotkali się bowiem z reprezentacją Kataru, czyli armią najemników, którzy za ogromne pieniądze przyjęli obywatelstwo tego kraju i postanowili stworzyć „reprezentację”. Niecny i niemający nic wspólnego ze szlachetną rywalizacją plan wypalił, bo Katar zajął drugie miejsce. Co ciekawe, władze międzynarodowej federacji nie widzą w tym żadnego problemu. Pytane, czy to normalne, w porządku, odpowiadały twierdząco, nie doszukując się żadnego drugiego dna.

Katarskie mistrzostwa w ogóle były turniejem paradoksów. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że gospodarze... zapłacili licznej grupie Hiszpanów, by ci dopingowali ich drużynę. Opłacili bilety lotnicze, pokoje w hotelach, każdy dzień „kibicowania”, także... w meczu przeciw Hiszpanii. Absurd? Pewnie, ale szejkowie wychodzą najwyraźniej z założenia, że skoro ich stać, to kupić mogą wszystko. Nie można nie wspomnieć także o pracy sędziów, którzy dbali o to, by reprezentacji Kataru nie spotykała krzywda. Mogą o tym coś powiedzieć Polacy, mogą Niemcy, Francuzi i Austriacy.

Mistrzostwa świata są już historią. Za rok emocjonować się będziemy turniejem kolejnym, być może najważniejszym w dziejach naszego szczypiorniaka. Po raz pierwszy najlepsze drużyny Europy o medale rywalizować będą w Polsce. Biało-Czerwoni w Katarze zyskali potężny zastrzyk energii i wiary, że mogą wszystko i teraz muszą zrobić wszystko, by do tej imprezy przygotować się optymalnie i powalczyć na niej o medal. Może nawet złoty.
 

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 3 marca 2015 (09:32)

NaszDziennik.pl