logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: TRACEY NEARMY / PAP/EPA

Formuła… nowa?

Czwartek, 23 marca 2017 (21:44)

Jutro treningi, w sobotę kwalifikacje, w niedzielę wyścig. Sympatycy Formuły 1 doczekali się, tradycyjnym Grand Prix Australii w Melbourne rozpocznie się już 68. sezon mistrzostw świata.

A tych sympatyków jest ogrom, bo jak policzono, każdy z wyścigów ogląda przed telewizorami średnio 400 milionów osób na całym świecie. To gigantyczna liczba i gigantyczny rynek do zagospodarowania. Co F1 zaoferuje im w tym roku? Wiele nowości.

Największe zmiany nastąpiły na samym szczycie. Międzynarodowa Federacja Samochodowa (FIA) zgodziła się, by prawa sportowe i komercyjne do tego cyklu kupił amerykański koncern Liberty Media. Kosztowało go to 4,4 miliardy euro, z których duża część trafiła na konto wieloletniego szefa F1 Berniego Ecclestone'a. Niedługo później sędziwy, bo powoli dobiegający do „dziewięćdziesiątki” Brytyjczyk został pozbawiony funkcji dyrektora generalnego, co akurat dla nikogo zaskoczeniem nie było, choć wielu nie wyobrażało sobie tej serii bez niego. To Ecclestone decydował bowiem o tym, jak F1 ma wyglądać, gdzie i kiedy będą odbywać się wyścigi. Teraz zastąpił go Amerykanin Chasey Carey.

Nowy właściciel obiecał uczynić Formułę jeszcze bardziej ciekawą i ekscytującą. Czy faktycznie tak się stanie, zobaczymy, ale kibice z nowym sezonem wiążą ogromne nadzieje. Także, a może przede wszystkim, związane z nowymi bolidami. Wyglądającymi imponująco, budzącymi respekt, na pierwszy rzut oka groźniejszymi, na pewno szybszymi i, miejmy nadzieję, gwarantującymi wielkie emocje.

W trzech ostatnich latach F1 miała dominatora. Wszystkie tytuły, czy to wśród kierowców, czy konstruktorów, zgarniał bowiem Mercedes. W 2014 i 2015 roku mistrzem świata był Lewis Hamilton przez Nico Rosbergiem, a w 2016 panowie się zamienili i to Niemiec wyprzedził Brytyjczyka. O dominacji niemieckiego teamu najdobitniej świadczyły liczby – wygrał 51 z ostatnich 59 wyścigów.

Czy tę passę podtrzyma? Będzie faworytem, wielu już teraz typuje Hamiltona do roli głównego faworyta, z którym nikt nie podejmie walki, ale… Ale czy tak będzie, to się dopiero okaże. W stajni nie ma już Rosberga. Aktualny mistrz świata tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu sensacyjnie zakończył karierę. Jak wytłumaczył, ciągła gonitwa kosztowała go za dużo, a rywalizacja z Hamiltonem wypaliła. Rywalizacja, w której obaj używali różnych środków i nie szczędzili sobie razów. Teraz kolegą Lewisa w zespole jest Fin Valtteri Bottas. Przynajmniej na razie zdecydowanie bardziej spokojny i pokorny od Rosberga, a może jeszcze, z naturalnych powodów, nie mający takich ambicji jak Niemiec. Dopóki Hamiltonowi w drogę nie wejdzie, relacje w zespole mogą być wzorcowe, ale co się stanie, gdy Fin wyczuje, że w Mercedesie może dojść na szczyt?

Rosberga już nie ma, nie ma też innego dawnego mistrza Jensona Buttona. Brytyjczyk z McLarena pożegnał się z F1 w innych okolicznościach, zniechęcony fatalnymi wykonami uzyskiwanymi przez jego zespół. Zastąpił go Belg Stoffel Vandoorne, któremu partneruje Fernando Alonso. Hiszpanowi wielu współczuje, bo to przecież wielki kierowca, być może najlepszy w stawce, ale przez taki, a nie inni bolid nie ma nawet szans na wyniki godne jego talentu.

Kto w 2017 roku może zagrozić Mercedesowi? Kandydaci są dwaj – Ferrari i Red Bull. Szczególnie stajnia z Marenello wydaje się mieć szanse, na przedsezonowych testach czerwony bolid spisywał się świetnie, a Niemiec Sebastian Vettel i Fin Kimi Raikkonen z dobrego auta potrafią wycisnąć wszystko.

W nowym sezonie rozegranych zostanie 20 wyścigów. Pierwszy w niedzielę w Melbourne, ostatni 26 listopada w Abu Zabi. Na torze pojawi się 10 teamów, jeden mniej niż w poprzednim roku, bo z rywalizacji wycofał się Manor.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl