logo
logo

Zdjęcie: Mogens Engelund/ Licencja: CC BY-SA 3.0/ Wikipedia

Medale i… rozczarowania

Poniedziałek, 25 września 2017 (21:04)

Choć polscy kolarze na mistrzostwach świata w Bergen zdobyli dwa medale, do kraju wrócili z mieszanymi odczuciami, by nie powiedzieć rozczarowani. Liczyli bowiem na zdecydowanie więcej.

Medalowe „żniwo” rozpoczął, albo raczej mieliśmy nadzieję, że rozpoczął, już pierwszego dnia rywalizacji Michał Kwiatkowski. Razem ze swoją grupą, Sky, zajął trzecie miejsce w wyścigu drużynowym i… nie ukrywał lekkiego zawodu, bo liczył na więcej. My cieszyliśmy się z jego podium, tak jak cieszymy się z podium każdego reprezentanta Polski, pamiętając jednak o tym, że zmagania drużynowe rządzą się swoimi prawami, kolarze nie startują w nich w narodowych barwach, tylko barwach swych ekip. Sky jest grupą brytyjską.

Dzień później sensację sprawił Filip Maciejuk. Młody zawodnik odniósł życiowy sukces, zdobywając brąz w jeździe indywidualnej na czas juniorów. To z pewnością była miła niespodzianka, ale nieprzypadkowa, bo Polak dystans przejechał znakomicie taktycznie, potwierdzając opinie o swym talencie. Kilka godzin później przeżył jednak pierwsze zmartwienie, bo ktoś… ukradł jego rower. A po kilku dniach przekonał się, że sport bywa huśtawkę nastrojów. Podczas rywalizacji ze startu wspólnego przewrócił się w tunelu i złamał obojczyk. Jakby tego było mało, drugi z liderów naszej kadry, Adam Kuś uczestniczył w kraksie, złapał gumę, a pomoc techniczna docierała do niego tak długo, że stracił szansę na dobry wynik i zszedł z trasy.

Przed mistrzostwami skupialiśmy swą uwagę na trzech wyścigach, licząc, że Biało-Czerwoni odegrają w nich czołową rolę. Pierwszym, w jeździe indywidualnej na czas, miał być Maciej Bodnar, znajdujący się w kapitalnej formie sprinter. Przyjechał do Norwegii przygotowany do walki o życiowy sukces, był mocny, bardzo mocny, ale plany pokrzyżowało mu.. właściwie nie wiadomo co. – Pierwszy zakręt w lewo – upadek, pierwszy zakręt w prawo – upadek. Nie wiem co się stało. Nawierzchnia była sucha, byłem pewny siebie – opowiadał później. Dwie wywrotki odebrały mu jakiekolwiek nadzieje, a przecież liczył na wiele. Na medal.

W medal wierzyła też Katarzyna Niewiadoma w wyścigu elity kobiet. Polka jest niesamowitym talentem, przyszłością kolarstwa, co do tego nie ma nikt wątpliwości, w Bergen to udowodniła, kilka jej akcji z sobotniej rywalizacji można pokazywać w materiałach szkoleniowych, ale do podium to nie wystarczyło. Jej zabrakło szczęścia, trochę trudniejszej trasy, mocniejszych wzniesień, bo to góralka, uwielbiająca się wspinać i wyznająca zasadę „im trudniej, tym lepiej”. Zajęła i tak świetne, piąte miejsce, przyznając potem, że to i tak jej życiowy – jak na razie – sukces.

W niedzielę patrzyliśmy na tego, kto przybył do Bergen po drugą w karierze tęczową koszulkę – Kwiatkowskiego. Był jednym z faworytów wyścigu ze startu wspólnego, nawet nie ukrywał, że interesuje go tylko medal, najlepiej złoty. Był pewny siebie, ale ta pewność była uzasadniona, wszak to w tym roku triumfował w wielu prestiżowych wyścigach, m.in. klasyku Mediolan-San Remo. Celu jednak nie osiągnął, choć jeszcze na kilkaset metrów przed metą zdawał się być on realny. Końcowy fragment Polak pokonał jednak źle, w pewnym momencie jakby zabrakło mu przekonania i wiary i w sprincie, który rozstrzygnął losy walki o medale, nie odegrał znaczącej roli. Zajął jedenaste miejsce i też nie ukrywał – rozczarowania. – Starałem się zaoszczędzić jak najwięcej sił do końcowego sprintu, ale mi nie wyszedł. 500 metrów przed metą byłem ustawiony za Matteo Trentinem i Peterem Saganem, tyle że straciłem czujność i inni zamknęli mnie przed ostatnim zakrętem. Mogłem, powinienem rozegrać go inaczej – tłumaczył.

W Bergen miało być biało i czerwono i było, przez chwilę – i nie wtedy, gdy się tego spodziewaliśmy. Ale cóż, taki bywa sport, nasi spróbują się odkuć w przyszłości i nie mamy wątpliwości, że jeszcze nieraz będzie o nich głośno. Bardzo głośno.

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 14 listopada 2017 (20:51)

NaszDziennik.pl