logo
logo
zdjęcie

Piotr Skrobisz

Wlazły – pożegnanie MVP

Poniedziałek, 22 września 2014 (16:00)

Wrócił do reprezentacji po czterech latach przerwy, poprowadził ją do mistrzostwa świata, po czym ogłosił, że więcej w narodowych barwach nie wystąpi. Oto Mariusz Wlazły, MVP siatkarskiego mundialu.

Nie ma chyba w kraju drugiego siatkarza budzącego takie emocje. Co do tego, że Wlazły zawodnikiem jest doskonałym, może wręcz kompletnym, wątpliwości chyba nie ma nikt. Osiem lat temu był jednym z liderów zespołu, który niespodziewanie zdobył srebrny medal mistrzostw świata.

Już jako nastolatek grał tak, że fachowcy przepowiadali mu świetlaną przyszłość. Nie zawiedli się, swoje talenty pomnażał aż miło. Ze Skrą Bełchatów osiem razy sięgał po mistrzostwo Polski, odnosił też sukcesy na arenie międzynarodowej. Miał wiele propozycji z zagranicznych klubów, jednak nie zdecydował się na wyjazd. Podkreślał, że tu jest jego dom, tu czuje się dobrze, a swojemu klubowi zawdzięcza bardzo wiele i chce ten dług spłacać na boisku. Dodawał też, że w Polsce panują takie same warunki do rozwoju, co w innych krajach.

Na zakończonych w niedzielę mistrzostwach świata był pierwszoplanową postacią. Zaczął dość spokojnie, ale z każdym meczem się rozkręcał. A gdy wszedł na najwyższe obroty, nie mógł zatrzymać go nikt. Atakował z fantastyczną skutecznością, zdobywał najwięcej punktów, a gdy trzeba było, popisywał się rewelacyjnymi obronami. Sporo setów wygrał niemal w pojedynkę. Nic dziwnego, że po niedzielnym finale został uznany za MVP, czyli najbardziej wartościowego zawodnika turnieju. Wizerunek idealny? Nie dla wszystkich.

Wlazły od lat budził bowiem skrajne emocje. Kibice w Bełchatowie go kochali, w innych zakątkach kraju już niekoniecznie. Wszystko przez kontrowersje związane z występami w narodowych barwach. Kilka lat temu podjął decyzję, że  w nich już nie zagra. Czarę goryczy przelały nieudane mistrzostwa świata we Włoszech, po których popłynęła na niego fala krytyki. Miał za złe siatkarskiemu związkowi „traktowanie ludzi”, zresztą zawsze był człowiekiem, który mówił pewne rzeczy prosto w oczy, choćby bolały. Wtedy obie strony swoje racje przedstawiały w dość kuriozalny sposób, bo w oficjalnych oświadczeniach, a o siatkarzu nie można było powiedzieć, by był ulubieńcem w salonach PZPS. Rozłąka Wlazłego z kadrą trwała cztery lata. Długie cztery lata, w trakcie których wydawało się, że do niej już nigdy nie wróci. Kiedy jednak selekcjonerem został Stéphane Antiga, jego dobry kolega z Bełchatowa, temat powrócił. Panowie odbyli kilka poważnych dyskusji, zawodnik dał się namówić, a Francuz oparł na nim zespół. Opłaciło się, na mistrzostwach Wlazły grał jak z nut.

Po wygranym finale z Brazylią ogłosił jednak... zakończenie reprezentacyjnej kariery. – Powiedziałem Stéphane’owi, że wracam na ten jeden sezon, a on to zaakceptował. Chciałem pomóc drużynie najlepiej, jak potrafię i to się chyba udało. Mam już swoje lata, czas ustąpić miejsca młodszym – powiedział. O przyczynach takiej, a niej innej decyzji nie chciał się rozwodzić, przyznał tylko, że są i „zdrowotne i osobiste”.

– Przez cztery lata mojej nieobecności w kadrze nasłuchałem się o sobie wielu rzeczy. Byli jednak i tacy, którzy mnie wspierali i złotym medalem mistrzostw świata chciałem im za to podziękować – dodał.

Antiga jeszcze przed turniejem wiedział, co się wydarzy, miał tego świadomość, zatem decyzja gwiazdy jego drużyny nie była dla niego zaskoczeniem. Przyjął ją ze zrozumieniem, ale między wierszami powiedział, że w przyszłości jeszcze wiele rzeczy może się wydarzyć. Francuz nie musiał nawet dodawać, że być może jeszcze kiedyś spróbuje namówić swojego kolegę do powrotu. Może przed igrzyskami, na które, miejmy nadzieję, Biało-Czerwoni pojadą, by powalczyć o kolejne złoto?

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 21 października 2014 (12:36)

NaszDziennik.pl