logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: GERRY PENNY / PAP/EPA

Miłe złego początki

Wtorek, 4 lipca 2017 (19:47)

Magda Linette, mimo bardzo udanego i łatwo wygranego pierwszego seta, pożegnała się dziś z wielkoszlemowym Wimbledonem – przynajmniej jeśli chodzi o grę pojedynczą.

Teoretycznie – poznanianka uchodziła za faworytkę pojedynku z Bethanie Mattek-Sands. Zajmuje bowiem 78. miejsce w światowym rankingu, rywalka jest w nim 103. Ale Amerykanka to tenisistka, po której można spodziewać się wszystkiego. Nigdy nie kalkuluje, zawsze stara się grać swoje, narzucać swoje warunki. Popełnia przy tym błędy, a od ich liczby zwykle zależą końcowe wyniki meczów z jej udziałem. W pierwszym secie dzisiejszego starcia myliła się często. A to posyłała piłkę w siatkę, a to poza końcowe linie, co pomagało Linette kolekcjonować kolejne punkty i gemy. Od stanu 1:1 Polka dominowała już wyraźnie, przynajmniej jeśli chodzi o wymierne zdobycze i partię wygrała pewnie – do „jednego”, po zaledwie 24 minutach. Ktoś, kto pomyślał, że to zapowiedź spokojnej przeprawy, srogo się jednak pomylił. W kolejnej odsłonie role się bowiem odwróciły – a przede wszystkim Mattek-Sands przestała popełniać seryjnie błędy. Poprawiła celownik, uderzana przez nią piłka wreszcie lądowała tam, gdzie lądować miała, a to przełożyło się na kłopoty naszej tenisistki – bo Linette nagle zatraciła gdzieś pewność siebie i seta wyraźnie przegrała.

W trzecim Polka długo nie potrafiła złapać swojego rytmu. Grała po prostu źle, Amerykanka przeciwnie, uderzała mocno i skutecznie, zdobywając pięć kolejnych gemów. Przy stanie 0:5 wydawało się, że to koniec marzeń, ale nasza tenisistka się poderwała. Doprowadziła do wyniku 3:5, jednak ostatnie słowo należało do rywalki. Ostatecznie, po godzinie i 38 minutach, Linette przegrała 6:1, 2:6, 3:6, żegnając się z londyńską trawą, przynajmniej jeśli chodzi o singlowe zmagania. W grze pojedynczej w Wimbledonie nie wygrała jeszcze meczu, za każdym razem żegnając się z tym turniejem po pierwszej rundzie. Z miastem i zawodami się jednak nie pożegnała definitywnie, bo wystąpi jeszcze w deblu.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl