logo
logo

Zdjęcie: Robert Pratta/ Reuters

Wybory w atmosferze strachu

Niedziela, 23 kwietnia 2017 (08:23)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Tak zwane Państwo Islamskie przyznało się do zamachu w Paryżu, a sprawcą okazał się znany i obserwowany przez służby, wielokrotnie karany obywatel Francji Karim Cheurfi. Z czego może wynikać to bagatelizowanie zagrożenia?

– Każde – nawet najlepsze – służby mają swoje granice operacyjnego rozpoznania technicznego i osobowego. Wynika to przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, zależy od stanu aktywów, którymi dysponują, a po drugie, od prawa obowiązującego w danym kraju. Jeżeli ocenia się, iż w Europie Zachodniej jest kilka tysięcy bojowników islamskich z doświadczeniem bojowym, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest ich internowanie lub pozbawienie obywatelstwa i wydalenie z Europy. Na to jednak nie ma zgody politycznej Brukseli.

Jeśli sprawca zamachu w Paryżu przed atakiem wysyła policjantom pogróżki, a kilkanaście lat temu również strzela do funkcjonariuszy, a mimo to bez kłopotu dokonuje zamachu, to w jakim świetle stawia to służby, które podobno są skuteczne?

– Tylko w samych Niemczech służby do dzisiaj nie mogą się doliczyć, a tym bardziej zlokalizować, tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy przekroczyli granice tego państwa w 2016 roku. Dlatego takich osób, na które pan wskazuje w tym konkretnym przykładzie, są setki. Rodzi się zatem pytanie, co służby mają robić, jak działać w sytuacji, kiedy nie wiedzą, gdzie dane osoby przebywają. Natomiast jeśli nawet wiedzą, to w pierwszym rzędzie prowadzą grę operacyjną, która ma na celu schwytanie przywódców i zleceniodawców planowanych zamachów. W tym czasie niektórzy z terrorystów nierzadko podejmują samodzielne akcje.

Do ataku w Paryżu doszło na trzy dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich we Francji. Jak może to wpłynąć na przebieg wyborów?

– Zagrożenie atakami z całą pewnością będzie. Terroryści z reguły wykorzystują atmosferę napięcia i strachu, bo to jest ich cel. Mogą też np. próbować podkładać bomby w pobliżu lokali wyborczych, aby wywołać powszechny strach przed udaniem się do głosowania. Jest to zatem bardzo duże wyzwanie dla francuskich służb specjalnych, aby zapanować nad tego typu zagrożeniami i je eliminować.

Wzmożone środki ostrożności w związku z głosowaniem będą nie tylko we Francji.

– Samo zwiększenie środków ostrożności nie wystarczy. Terrorystom trzeba pokazać, iż państwo takie jak Francja jest w stanie dokonać rzeczywistej neutralizacji zagrożenia. Ponadto wszystkie osoby podejrzane o terroryzm powinny być na ten czas tymczasowo zatrzymane.

Czy zamach w Paryżu może wpłynąć, czy może się przełożyć na wynik przynajmniej pierwszej tury wyborów?

– Myślę, że w niewielkim stopniu, ale może to mieć wpływ na decyzje podejmowane przez wyborców. Francuzi coraz bardziej tęsknią do czasu, kiedy Francja była bezpiecznym państwem. W tej sytuacji, w sytuacji realnego zagrożenia bezpieczeństwa, część Francuzów zagłosuje na kandydatów, którzy dają rękojmię powrotu do tego okresu.

W sondażach Marine Le Pen i François Fillon mają nieznaczną przewagę nad pozostałymi kandydatami. Oboje w związku z zamachami odwołali ostatnie spotkania przedwyborcze. Czy w tej decyzji jest metoda…?

– Uważam, że tak. Zarówno Marine Le Pen, jak i François Fillon uświadomili Francuzom, że terroryści odebrali im podstawowe prawa do swobodnych i bezpiecznych zgromadzeń. Oczywiście jest to też element strategii wyborczej, która polega na wzbudzeniu złości w elektoracie.

Czy między tą dwójką kandydatów rozegra się ostateczna batalia o urząd prezydenta Francji?

– Myślę, że tak. Marine Le Pen nie jest już we Francji odbierana jako radykał, ale jako osoba niezbędna do zaprowadzenia porządku wobec całkowitej bezsilności socjalistów.

Premier Francji Bernard Cazeneuve skrytykował decyzję Marine Le Pen i François Fillona, apelując, aby nie ulegać „zastraszeniu ze strony wrogów Republiki”. Czy i bez tego Republika Francuska nie jest wystarczająco zastraszona?

– Premier Bernard Cazeneuve próbuje bronić swojego zaplecza politycznego, pokazując, że nie jest tak źle, jak mówią prawicowi kandydaci na urząd prezydenta. Jednak jego głos jest już odbierany jako element kampanii wyborczej, a nie jako głos oddający rzeczywistą sytuację we Francji. Ta jaka jest, każdy widzi. Stan wyjątkowy wprowadzony po zamachach terrorystycznych z 15 listopada 2015 roku w Paryżu, w których, przypomnę, zginęło 130 osób, został w grudniu ubiegłego roku po raz kolejny przedłużony do lipca 2017 roku. Ponadto obowiązuje tam najwyższy stopień alertu antyterrorystycznego. To wszystko najlepiej świadczy, że stan bezpieczeństwa we Francji odbiega od ogólnie przyjętych norm. 

Według Cazeneuve’a, Marine Le Pen nie rozumie zagadnienia terroryzmu, a François Filon jako premier ograniczył etaty w policji, co nie pozostało bez wpływu na bezpieczeństwo. Czy to uzasadnione zarzuty?

– To jest element pewnej gry, podobnie jak w Polsce w trakcie kampanii wyborczej, kiedy też wyciąga się różne potknięcia przeciwników politycznych. Francuzów jednak bardziej interesują sprawy bieżące i to, co się dzieje dzisiaj. Nie bez znaczenia jest również to, jak będzie wyglądała polityka bezpieczeństwa tego państwa w przyszłości. W tej wyborczej walce emocje społeczne są ważniejsze i biorą górę nad merytoryczną dyskusją.

Czym w tej sytuacji przy urnach mogą się kierować Francuzi?

– Społeczeństwo, oddając swój głos, będzie się kierować przede wszystkim bezpieczeństwem i interesem gospodarczym Francji. Kwestie europejskiej jedności zostają na drugim planie. I jest to normalne podejście społeczeństwa myślącego poważnie o swoim państwie.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 23 kwietnia 2017 (12:41)

NaszDziennik.pl