logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: MON/ -

Amerykanie nie tuszują faktów

Środa, 1 listopada 2017 (20:19)

Z gen. bryg. rez. dr. inż. Tomaszem Bąkiem, dyrektorem Instytutu Studiów nad Terroryzmem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Osiem ofiar śmiertelnych, 13 rannych w wyniku działania zamachowca na Manhattanie. Wygląda na to, że także za ocean docierają macki tzw. Państwa Islamskiego…

– Było pewne, że z chwilą, kiedy tzw. Państwo Islamskie będzie w odwrocie na Bliskim Wschodzie, wówczas zacznie eksportować terrorystów nie tylko do Europy, ale także za ocean. I tak się dzieje. Dodatkowo przenoszeniu fali terroryzmu islamskiego na grunt amerykański sprzyja fakt, że Stany Zjednoczone są państwem bardzo zróżnicowanym pod względem etnicznym, religijnym i rasowym. Skupiają grupy ludnościowe właściwie z całego świata. Wśród nich są m.in. Latynosi, którzy stanowią najliczniejszą i najszybciej wzrastającą mniejszość etniczną, ponadto Afroamerykanie, Portorykańczycy, Kubańczycy, obywatele byłego ZSRS, w tym z Czeczeni, wreszcie ludność z Bliskiego Wschodu, a także Europejczycy. To pokazuje, że przekrój demograficzny Stanów Zjednoczonych jest bogaty, a to stwarza przestrzeń, w której mogą się pojawiać również tzw. samotne wilki – sprawcy zamachów o podłożu fundamentalizmu muzułmańskiego.

Do tej pory, właściwie od 2001 r., Nowy Jork był wolny od tego typu zamachów… 

– Niekoniecznie. Przypomnę tylko zamach z 2013 r. na mecie maratonu bostońskiego przeprowadzony przez dwóch Czeczenów. Wówczas echo tragicznych wydarzeń z 11 września 2001 r. zabrzmiało bardzo wyraźnie. Zamach z Bostonu odbił się też głośnym echem w polityce międzynarodowej ze względu na sprawców – Czeczenów. Do tego czasu Stany Zjednoczone opowiadały się bardzo zdecydowanie po stronie Czeczenów, uznając ich działania na linii Grozny – Moskwa za walkę narodowowyzwoleńczą. Jednak zamach bostoński spowodował przewartościowanie stanowiska Waszyngtonu i przyznanie – przynajmniej po części – racji Rosjanom, że są to ugrupowania terrorystyczne, które należy zwalczać. Był to zatem przełomowy moment, a jednocześnie czas, kiedy ujawniły się grupy, które – do tej pory – w Stanach Zjednoczonych nie dopuszczały się aktów terroru.  

Teraz terror znów powraca na Manhattan, który nie był w centrum zainteresowania terrorystów przez dość długi czas. Z czego to wynikało: ze skuteczności służb czy braku zainteresowania ISIS terytorium Stanów Zjednoczonych?

– Zamach na Word Trade Center był jednak potężnym ciosem w Amerykę chociażby z uwagi na liczbę ofiar, które za sobą poniósł. Z całą pewnością brak aktów terroru wynikał ze zmian w polityce antyterrorystycznej Stanów Zjednoczonych, jakie zostały wprowadzone po 11 września 2001 r. Mam tu na myśli przede wszystkim zmianę i zaostrzenie przepisów, wprowadzenie specjalnych ustaw i aktów prawnych, które regulowałyby sprawy dotyczące kontroli grup społecznych, również wprowadzenie bezpieczeństwa w środkach masowego transportu. Ponadto zwiększono uprawnienia służb specjalnych takich jak FBI czy służb wywiadowczych jak CIA, a więc możliwość podsłuchiwania rozmów czy w ogóle szerszej inwigilacji grup czy środowisk podejrzanych o działalność terrorystyczną. I te wszystkie reformy oraz kampanie społeczne przyniosły dużo dobrego w zakresie bezpieczeństwa, choć pojawiały się również zarzuty o ograniczenie praw człowieka przez amerykańskie władze. Tak czy inaczej wyszło to wszystkim na dobre.

Co takiego teraz się wydarzyło, może Amerykanie przez te wszystkie lata przyzwyczaili się do względnego spokoju, sami siebie uśpili, a tym samym ich czujność nie była już na tak wysokim poziomie…?                                       

– Brak czujności, większa pewność siebie to z jednej strony, ale z drugiej strony przyczyn – być może – należy szukać w zamieszaniu na politycznej scenie w Stanach Zjednoczonych w związku z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta. Jak możemy zaobserwować, prezydent Trump próbuje ograniczyć dopływ imigrantów na kontynent amerykański, co spotyka się z dużym oporem zarówno ze strony społeczeństwa, jak i sprzeciwem członków Kongresu Stanów Zjednoczonych. Powstałe w wyniku tych działań zamieszanie na amerykańskiej scenie politycznej może być impulsem, przysłowiowym wywoływaniem wilka z lasu, a na pewno sprzyja tworzeniu niezdrowej atmosfery, w której łatwiej o niekontrolowaną agresję.      

Burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio niedługo po tym zdarzeniu apelował do społeczeństwa o czujność. Czy to może oznaczać zagrożenie kolejnymi zamachami?

– Skoro się taki atak pojawił, to zagrożenie kolejnymi zamachami też staje się bardziej realne. Dlatego władze Nowego Jorku – wysyłając taki komunikat – próbują zmobilizować społeczeństwo do wzmożonej czujności. Zresztą w Stanach Zjednoczonych po zamachach na Word Trade Center wprowadzono procedury, które obowiązują szczególnie w miejscach, gdzie masowo przebywają ludzie, a więc w kinach, teatrach, halach sportowych, koncertowych, na stadionach czy na ulicach. I choć te procedury są powszechnie znane, to co jakiś czas należy o nich przypominać, wszystko po to, aby ludzie byli bardziej czujni, zwracali uwagę na to, co się wokół nich dzieje. To często pomaga w wykrywaniu symptomów, które prowadzą do organizacji zamachu terrorystycznego.

To, co zwraca uwagę, to fakt, że władze amerykańskie już w godzinę czy dwie po ataku nie wahały się podać, że był to zamach terrorystyczny.

– W odróżnieniu od krajów zachodniej Europy Stany Zjednoczone prowadzą jasną, przejrzystą politykę informacyjną dotyczącą tego typu zdarzeń, kwalifikując je zgodnie z faktami jako działania terrorystyczne. Jest to masowe zdarzenie, które pociągnęło za sobą sporo ofiar śmiertelnych, są także ranni, w związku z tym nie ma potrzeby owijać faktów w bawełnę. 

Wszystko wskazuje, że nowa taktyka terrorystów, a więc wykorzystywanie np. samochodów czy noży się sprawdza, jest skuteczna. Jak rozpoznać, jak unieszkodliwić takiego zamachowca?

– Unieszkodliwienie takiego zamachowca w momencie, kiedy dokonuje on ataku, jest szalenie trudne. Wręcz niemożliwe jest powstrzymanie szaleńca, który już zdecydował się na takie działanie i jest w trakcie jego realizacji. Wspomnę tylko niedawny zamach, jaki miał miejsce na koncercie muzycznym w Las Vegas, kiedy zamachowiec otworzył ogień z broni automatycznej i z 32 piętra pokoju hotelowego strzelał do ludzi. Mówiłem to już wielokrotnie, ale powtórzę jeszcze raz, że ogromna jest tutaj rola służb specjalnych, służb bezpieczeństwa, które muszą prowadzić szeroko zakrojoną działalność wywiadowczą – taką, która doprowadzi do tego, że osoby, które próbują zorganizować zamach terrorystyczny, zostaną zneutralizowane, jeszcze zanim przystąpią do realizacji swoich zbrodniczych planów.

Wczorajszy zamach to kolejny akt, którego sprawcą jest imigrant – tym razem Uzbek, który podobno planował ten atak od tygodni…

– Mówiąc sarkastycznie, to ten wczorajszy zamach na Manhattanie jest bardzo na rękę ekipie prezydenta Donalda Trumpa. Mam na myśli jego postulaty z kampanii wyborczej dotyczące ograniczenia napływu uchodźców do Stanów Zjednoczonych. W związku z tym wszystko to, co się wiąże z budową muru na całej długości granicy amerykańsko-meksykańskiej czy z ograniczeniem napływu imigracji muzułmańskiej z krajów Bliskiego Wschodu i nie tylko z tego kierunku, teraz – po zamachu na Manhattanie – będzie swojego rodzajem katalizatorem działań prezydenta Trumpa.

Z jednej strony jest to na rękę Trumpowi, ale z drugiej z korzyścią dla amerykańskiego społeczeństwa…

– Być tak, oby tak było, o ile rzeczywiście przyniesie to korzyści. Proszę jednak zwrócić uwagę, że problemem jest, czy też może być nie tylko nowa fala migracyjna, ale poważny kłopot stanowi bardzo duża liczba imigrantów już przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych. Teraz chodzi o to, żeby ich objąć szeroko pojętą inwigilacją, choć to być może za dużo powiedziane, ale na pewno kontrolą. To jednak będzie wymagało niemałych wysiłków amerykańskich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa.

Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 1 listopada 2017 (20:19)

NaszDziennik.pl