logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Gender to fikcja

Środa, 4 grudnia 2013 (02:03)

Pojęcie płci kulturowej w zderzeniu z naukowymi argumentami okazuje się mrzonką wyznawców ideologii gender.

 

Przyznali to sami norwescy spece od gender, a do takich wniosków skłonił ich Harald Eia, który postanowił skonfrontować różne poglądy na temat tzw. płci kulturowej. Efekty pracy Eia można zobaczyć w filmie „Pranie mózgów” (Hjernvask). W Norwegii emisja siedmioodcinkowego dokumentu spowodowała, że w 2011 roku doszło do zamknięcia Nordyckiego Instytutu Gender Studies na Uniwersytecie Oslo. Pierwszy z serii film, z polskimi napisami, można obejrzeć w internecie.

Harald Eia to popularny w Norwegii komik, z wykształcenia socjolog. Próbował odnaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w jego kraju, znanym z równouprawnienia płci, tak mało kobiet wybiera tzw. męskie zawody i odwrotnie – dlaczego typowo kobiecych zawodów nie wybierają mężczyźni. Zjawisko to zostało określone jako „norweski paradoks równości płci”. Jak zauważono, ta od lat stabilna sytuacja przy wyborze zawodu ulega krótkotrwałym zmianom, ale tylko gdy realizowane są specjalne programy. Później wszystko wraca do normy: kobiety częściej chcą być pielęgniarkami, nauczycielkami, a mężczyźni wolą prace fizyczne czy techniczne. Co więcej, badania na 15-latkach prowadzone w 20 krajach świata przez Uniwersytet Oslo pokazały, że równouprawnienie nie wpływa na zmianę upodobań mężczyzn i kobiet, wręcz przeciwnie, okazało się, że większa wolność powoduje, że ludzie częściej wybierają zawody, w których lepiej się czują (typowo kobiece lub męskie).

Decyduje biologia?

Tymczasem w ocenie wyznawców ideologii gender wpływ na późniejsze wybory ma rzekomo mieć sposób mówienia do dzieci, ubierania ich czy dobór zabawek. Genderowcy uważają, że gdyby chłopcy i dziewczynki byli traktowani tak samo, ich zainteresowania rozwijałyby się podobnie. Harald Eia postanowił skonfrontować taką tezę z badaniami naukowymi. I tak, prof. Richard Lippa, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Fullerton, wraz z BBC przeprowadził ankietę wśród 200 tys. osób z 53 krajów świata, z której wynika, że wybory mężczyzn i kobiet nie różnią się, mimo różnych kultur, w jakich żyją. W ocenie badacza, to sygnał, że decydujący wpływ ma tu raczej biologia. Problem bliżej analizował prof. Trond Diseth, który zaobserwował, że chłopcy i dziewczęta wykazują różne zainteresowania już w 9. miesiącu życia. Jego zdaniem, zjawisko to można tłumaczyć uwarunkowaniami biologicznymi, które jedynie mogą być wzmacniane lub osłabiane przez wpływy kulturowe. Potwierdzają to także badania prof. Simona Barona-Cohena z Uniwersytetu Cambridge.

Odkrył on, że różnice między zainteresowaniami obu płci widać już w pierwszych dniach po narodzinach. Wśród noworodków zaobserwowano bowiem, że dziewczynki dłużej skupiają się na ludzkiej twarzy, chłopcy zaś na mechanizmach. Zatem trudno tu mówić o uwarunkowaniach kulturowych. Co więcej, z badań wynika też, że już w okresie prenatalnym na rozwój mózgu znaczący wpływ ma testosteron. Okazuje się, że większy poziom tego hormonu (obserwowany już u dziecka w łonie matki) może oznaczać w przyszłości m.in. mniejsze zdolności językowe, problemy z empatią, ale też większe zainteresowanie systemami i lepsze rozumienie tego, jak dane rzeczy działają. Co ciekawe, dziewczynki z wysokim poziomem testosteronu wykazywały typowo męskie zainteresowania. Naukowcy uznali też, że różnice w genach nie są przypadkiem, a swoje piętno na podziale świata na męski i damski wycisnęła ewolucja, która wbrew twierdzeniom genderowców nie mogła ominąć także ludzkiego mózgu.

Oporni na argumenty

Jednak wyniki badań nie przekonały wyznawców teorii płci kulturowej. Catherine Egeland z Instytutu Badań nad Pracą wyznała wprost, że są one nic niewarte, bo naukowcy znajdują w nich to, czego chcą się doszukać. Jak dodała, próby tłumaczenia różnic między płciami biologią to strata czasu, bo znaczenie ma tylko kultura. Egeland zapytana o podstawy naukowe swojej teorii przyznała, że są one tylko „teoretyczne”, i dodała, że jest przekonana, iż nie ma tu miejsca na biologię.

Równie pseudonaukowe podejście do problemu płci kulturowej zaprezentował Joergen Lorenzten z Centrum Interdyscyplinarnych Badań nad Płcią z Uniwersytetu Oslo. Badacz wręcz zdyskredytował amerykańskie wyniki i uznał je za „spekulacje”. – Fascynujące, dlaczego zależy im na znalezieniu biologicznych korzeni płci. Skąd ten ogromny zapał? – skomentował. Sam Lorenzten wyznał, że opiera swoje poglądy na nauce, a ta nie potrafiła potwierdzić biologicznych korzeni różnic, z wyjątkiem różnic w układzie rozrodczym czy w ogólnych cechach zewnętrznych kobiet i mężczyzn. Stąd założył, że różnice wrodzone obu płci nie występują. Chyba, że ktoś udowodni, że jest inaczej.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik