logo
logo
Poniedziałek,
23 lipca 2012
Brevi manu

Karafka Edmunda Klicha

zdjęcie
Katarzyna Orłowska-Popławska
Zastępca redaktora naczelnego Naszego Dziennika

Są takie książki, których walorem nie jest ani przejawiający się w bogactwie językowego tworzywa talent autora, ani wartki nurt akcji toczącej się wśród egzotycznych roślin i dzikich zwierząt. Na próżno szukać w nich dociekliwych opisów rzeczy zastanych czy błyskotliwej diagnozy kontekstu. Ich jedyną wartością dodaną jest fakt bycia piszącego uczestnikiem lub świadkiem ważnych wydarzeń.

„Gdy »Nasz Dziennik« dorwie się do tej książki, to będą mieli pół roku pisania. W każdym zdaniu doszukają się potwierdzenia, że jestem ruskim agentem”.  W ten sposób mistrz konfabulacji, niedopowiedzeń i upiększania własnej biografii, któremu państwo polskie miało nieszczęście powierzyć pieczę nad arcypoważną sprawą, rekomenduje swoją ostatnią publikację, dyskontując bez żenady funkcję akredytowanego przy moskiewskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK). Jeśli jeszcze ktokolwiek miał wątpliwości, czy niespełniony saksofonista, niedoszły senator, pułkownik rezerwy Edmund Klich był właściwą osobą na właściwym miejscu, to po lekturze „Mojej czarnej skrzynki” odpowiedź na to pytanie staje się oczywistą oczywistością. Obsadzenie łasego na tanie pochlebstwa (Anodina: „widzę, że jest pan światowym ekspertem”), zakochanego bez pamięci we własnej osobie człowieka („Nawet mnie to połechtało”), pozbawionego merytorycznego instrumentarium, niezbędnego do podjęcia efektywnej pracy przy badaniu katastrofy dużego samolotu z setką najważniejszych osób w państwie na pokładzie (po przylocie na miejsce: „chodziliśmy w koło, bez celu”) było albo przejawem czystego szaleństwa albo aktem niewyobrażalnej ignorancji oraz lekceważenia powagi urzędu i sprawy. Zastanawiam się, czy państwowi urzędnicy, ministrowie, koledzy z komisji, wreszcie sam premier, oblewają się rumieńcem palącego wstydu, czytając udokumentowaną historię melanżu pochwały głupoty, indolencji i chorobliwej ambicji. Nie podejmuję się oceny proporcji tych składników. Nie zamierzam też przeprowadzać egzegezy słownej zaczepki w postaci agenturalnej dygresji, którą prowokuje Klich. Za mało danych. Czy normalne służby ryzykowałyby świadomy angaż człowieka tak labilnego emocjonalnie i nieznośnie narcystycznego (z drugiej strony warto pamiętać, że to środowisko rządzi się jednak specyficznymi regułami -  po otwarciu archiwów carskiej Ochrany okazało się, że inspiratorem zamachów na premiera Piotra Stołypina był… Stołypin, logiczne). Nie ma natomiast najmniejszych wątpliwości, że lepszego partnera Moskwa nie mogła sobie wymarzyć, wystarczyło nacisnąć odpowiedni „guzik” i teatrzyk kukiełkowy z polskim akredytowanym w roli głównej grał swoją rolę koncertowo. A nawet śpiewał. Tak, tak. Edmund Klich śpiewał generał Tatianie Grigoriewnej. I to w jej ojczystym języku, czastuszkę „Pierwom dziełom, pierwom dziełom samoloty, nu, a dziewuszki, a dziewuszki patom” (s. 120). No dobra, niechby tylko śpiewał. Ale zaskakujący uczuciowy ekshibicjonizm polskiego akredytowanego miał swoje konsekwencje. Szefową MAK słowa serenady zainspirowały do godnego rewanżu; pozostając w konwencji śpiewaczej - nie była to jednak aria Halki, ale raczej motyw z Korzeniowskiego: „Czerwony pas, za pasem broń” - makabryczne preludium do styczniowej konferencji MAK, na której Rosjanie zszokowali międzynarodową opinię publiczną indukcją tezy o alkoholu we krwi polskiego dowódcy Sił Powietrznych i teorią naciskową. Już wyjaśniam, dlaczego.   

„Przychodzę na następne spotkanie, a ona (Anodina) daje mi model samolotu, w którym na miejscach pilotów stoją dwa kieliszki. A na burcie wyryty jest tekst piosenki” (o „dziewuszkach” i samolotach rzecz jasna) - relacjonuje pułkownik Klich, nie dostrzegając nic niestosownego w przyjęciu wielce nielicującej z powagą sytuacji konstrukcji z kieliszkami w kokpicie. Nie precyzuje, czy był to model Tu- 154M, ale aluzja mało wyrafinowana. Każdemu normalnemu członkowi normalnej komisji badającej przyczyny katastrofy lotniczej zapaliłaby się w tym momencie lampka kontrolna. Ale nie Klichowi. Wymiana giftów zaczyna się więc rozkręcać. Kupiłem - snuje dalej swoją opowieść pan Edmund -  dużego (dlaczego dużego, nie wiadomo) „lajkonika i dwa albumy po rosyjsku o Krakowie i Polsce. Dałem jej to przy następnym spotkaniu. Innym razem ona dała mi swoje zdjęcie, z gen. Wojciechem Jaruzelskim”.  Po co? „Może dlatego, że wcześniej mówiłem jej, że gen. Jaruzelski promował mnie na Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. Chciała dać, to wziąłem” - przyznaje z rozbrajającą szczerością Klich, kończąc na sentymentalnej fotografii z Jaruzelskim opis listy podarunków, jakimi wymienił się z generał Anodiną. Może w kolejnej, zapowiadanej jako „mocna”, publikacji dorzuci do niej jeszcze kilka innych, na przykład taśmy z nagraniem rozmów z premierem i ministrami RP?

POZOSTAŁE WPISY
Sobota, 3 sierpnia 2013

Pragmatyzm „Róbta co chceta”

Niedziela, 26 maja 2013

Paździerzowy faszyzm Michnika

Czwartek, 16 maja 2013

A jednak nie został sprawdzony

Poniedziałek, 6 maja 2013

Wybuch złości

Środa, 24 kwietnia 2013

Seremetowi do sztambucha

Wtorek, 20 listopada 2012

Zamach, który wstrząsnął światem

Czwartek, 27 września 2012

Opowieści z morgu

Czwartek, 9 sierpnia 2012

Historycy z Balnibarbi

Niedziela, 15 lipca 2012

Prokuratura prosi o wsparcie?

Niedziela, 8 lipca 2012

Gorączka