logo
logo
Czwartek,
9 sierpnia 2012
Brevi manu

Historycy z Balnibarbi

zdjęcie
Katarzyna Orłowska-Popławska
Zastępca redaktora naczelnego Naszego Dziennika

Balnibarbi to w „Podróżach Guliwera” kraj, w którym w każdym mieście funkcjonuje akademia wynalazców, ciągle wynajdujących coś nowego, nowe sposoby budowy, uprawy roślin, nowe narzędzia, nowe pojęcia etc. W efekcie tego stanu rzeczy w ekspresowym tempie miasta i wsie pustoszeją, domy się walą, a „lud wszystek umiera z zimna, pragnienia i głodu”. Niestety, wynalazcom z Balnibarbi, dziwnym trafem i nie wiedzieć czemu znudziły się karty fantastycznej powieści Swifta i bez żalu porzucili je na rzecz prasowych łamów, internetowych portali i telewizyjnych studiów.

Akademie wynalazców pracują od tej pory pełną parą, a lud cierpi z pragnienia i głodu. Rzecz jasna, głównie z powodu pragnienia prawdy i jej nader widocznego deficytu w przestrzeni publicznej. Są takie sytuacje i zdarzenia, w których balnibarbiańscy wynalazcy szczególnie silnie odczuwają potrzebę burzenia porządku, deformacji faktów, zjawisk i pamięci. Z ostentacyjną demonstracją tej kompulsywnej potrzeby mieliśmy do czynienia przy okazji sporu, jaki rozgorzał i tli się do dzisiaj wokół 68. rocznicy Powstania Warszawskiego.

Czy wyobrażacie sobie Państwo sytuację, w której ktoś publicznie kwestionuje sens i potrzebę celebry rocznicy powstania w warszawskim getcie, z jego tragicznym akordem wysadzenia w powietrze synagogi? Czy wyobrażacie sobie Państwo scenariusz, w którym publicyści, historycy, internauci w okolicach 19 kwietnia nagle rozpoczynają swoisty dance macabre, ścigając się, kto szybciej i niżej zejdzie w licytacji wagi tego zdarzenia, nazywając jego uczestników mordercami i zbrodniarzami? Oczywiście, nie.

W jednej z gazet przeczytałam niedawno, że o Powstaniu Warszawskim napisano i powiedziano już chyba wszystko. Otóż nic bardziej mylnego. Koronnym tego dowodem jest głęboko zakorzeniona w przekazie publicznym, boleśnie uproszczona, a przez to nieprawdziwa i historycznie nieuprawniona próba opisu tego faktu w konwencji dychotomii insurekcyjno-konfederackiego zrywu i twardej Realpolitik.

W rzeczywistości Powstanie Warszawskie nie było aktem akcesji do projektu zbiorowego samobójstwa czy romantyczną erupcją emocji. Było fragmentem operacji militarno-politycznej, którego arcyważnym, jeśli nie najważniejszym gwarantem powodzenia było polityczne i wojskowe wsparcie sił alianckich (a więc jednak Realpolitik). Dlatego zamiast lamentów nad domniemaną głupotą powstańców, zanoszonych przez brytyjskiego historyka Normana Daviesa, należałoby raczej od niego oczekiwać prezentacji bilansu naukowej kwerendy archiwów nad Tamizą.

Może po przekopaniu kilometrów dokumentów mógłby odpowiedzieć Polakom choćby na pytanie, dlaczego brytyjskie władze nie zgodziły się na desant 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. A przecież komandosi gen. Stanisława Sosabowskiego przechodzili mordercze szkolenia w Szkocji właśnie po to, by w odpowiedniej chwili - tak jak mieli w dewizie jednostki - „Najkrótszą drogą” (na spadochronach) wrócić i walczyć na terenie Rzeczypospolitej. Ale rozkaz desantu nie padł. W pierwszych dniach sierpnia w Brygadzie doszło z tego powodu do wybuchu niezadowolenia, żołnierze podjęli głodówkę. Alianci zagrozili rozbrojeniem. Do otwartego buntu nie doszło tylko przez wzgląd na autorytet, jakim cieszył się Sosabowski.

W tym samym czasie syn generała por. Stanisław Janusz Sosabowski walczył już na ulicach Warszawy jako dowódca plutonu „Stasinek” (w wyniku odniesionych ran stracił wzrok). Polscy komandosi nie polecieli nad Warszawę, bo byli potrzebni Londynowi do wrześniowego, zakończonego fiaskiem, desantu nad Renem. Na skutek fatalnych błędów brytyjskich sztabowców, pod Driel i Grave brygada straciła niemal 40 procent swojego stanu. Można rzec „tylko”, bo reszta ocalała dzięki talentowi wojskowemu i trzeźwemu umysłowi Sosabowskiego, który nie pozwolił przerobić swoich żołnierzy na mięso armatnie. Tyle szczęścia (ani dobrego dowódcy) nie miała BRYTYJSKA 1. Dywizja Powietrznodesantowa, niemal do nogi wybita przez Niemców. Historycy oceniają, że na skutek błędów Brytyjczyków popełnionych w operacji „Market Garden” wojna w Europie trwała o rok dłużej. Dlaczego sir Norman Davies nie zajmie się analizą tego problemu? To świetny temat dla historyka, zwłaszcza brytyjskiego. Naprawdę jest o czym pisać i nad czym lamentować.

 

 

POZOSTAŁE WPISY
Sobota, 3 sierpnia 2013

Pragmatyzm „Róbta co chceta”

Niedziela, 26 maja 2013

Paździerzowy faszyzm Michnika

Czwartek, 16 maja 2013

A jednak nie został sprawdzony

Poniedziałek, 6 maja 2013

Wybuch złości

Środa, 24 kwietnia 2013

Seremetowi do sztambucha

Wtorek, 20 listopada 2012

Zamach, który wstrząsnął światem

Czwartek, 27 września 2012

Opowieści z morgu

Poniedziałek, 23 lipca 2012

Karafka Edmunda Klicha

Niedziela, 15 lipca 2012

Prokuratura prosi o wsparcie?

Niedziela, 8 lipca 2012

Gorączka