logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Prawo fiskalne można i trzeba upraszczać

Wtorek, 22 października 2019 (13:29)

Z dr. Wojciechem Świdrem z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wynik wyborów jest korzystny dla PiS, ale zastanawiające, dlaczego aż 10 milionów Polaków zagłosowało przeciwko partii Jarosława Kaczyńskiego.

Po ogłoszeniu wyników wyborów – zwycięskich dla PiS – prezes Kaczyński mówił, że należy wyciągnąć wnioski, bo jednak duża część społeczeństwa zdecydowała się nie popierać tej formacji. Moim zdaniem brak jeszcze większego poparcia, to kwestia bardziej światopoglądowa niż gospodarcza, bo – jak wiemy – Polska jest liderem Unii Europejskiej, jeśli chodzi o tempo rozwoju gospodarczego, bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie, budżet jest niemal zrównoważony, a do tego rząd realizuje hojne programy społeczne. Rzeczywiście, sytuacja osób najgorzej i średnio sytuowanych znacząco się poprawiła, co niewątpliwie jest zasługą.

Tyle że w przestrzeni medialnej można było zauważyć straszenie, że „500 plus” powoduje drożyznę…

To są pewne rozpowszechniane mity. Oczywiście, impuls fiskalny może spowodować wzrost cen, ale aby był on znaczny, muszą do tego być spełnione pewne warunki, np. gdyby Bank Centralny skupował obligacje rządowe za świeżo wykreowany pieniądz – właściwie z niczego, to wtedy mamy sytuację, w której podaż pieniądza rośnie, co grozi hiperinflacją. W obecnych uwarunkowaniach organizacyjno-prawnych taka monetyzacja długu przez NBP jest niemożliwa. Główne dochody budżetu państwa pochodzą z podatków, a szczególnie z VAT-u, i jeśli ściągamy VAT i wypłacamy te środki w postaci świadczeń, to nie powoduje to nadmiernej presji inflacyjnej. Nie jest tworzony nowy pieniądz, zatem presja inflacyjna, nawet jeśli się pojawi na skutek zwiększonego popytu na dane dobra, będzie miała charakter ograniczony, praktycznie pomijalny. Jednak rozpowszechniane mity, które żyły własnym życiem mogły sprawić, że wiele osób uważa, że „500 plus” jest złe, że niszczy gospodarkę, natomiast wpływ takich programów na inflację jest symboliczny. Rosnące ceny niektórych produktów w ostatnim czasie miały charakter drobnych szoków podażowych, np. wzrost cen warzyw przez suszę czy rosnące ceny wieprzowiny przez pomór świń w Chinach.

To sprawiło, że programy społeczne nie dały PiS-owi spodziewanego poparcia, okazały się niewystarczającą zachętą?

Osoby, które mają poglądy bardziej liberalne społecznie, wolą popierać czy to Lewicę, czy to Koalicję Obywatelską, podobnie jak osoby, które wykazują tendencje kosmopolityczne, czują się bardziej Europejczykami niż Polakami, i tacy ludzie nie popierają PiS-u. Słuchają bardziej dygnitarzy unijnych, uważając, że PiS niszczy demokrację, niezależność sądów itp. Jednak nie ma w tych ocenach symetrii; za rządów Platformy kraje wiodące w Unii Europejskiej były bardziej tolerancyjne, moim zdaniem – ze względu na możliwość większego wpływu na sytuację w Polsce, teraz jest to trudniejsze. Teraz Polska jest podmiotem walczącym o swoje interesy, które czasem są sprzeczne z intencjami Francji czy Niemiec.

Czy mimo wszystko obóz Zjednoczonej Prawicy nie popełnił błędów w sferze ekonomicznej, np. w kwestii podejścia do przedsiębiorców?

W kwestii ekonomicznej, a szczególnie w finansach publicznych – praktycznie każdy obszar jest sporny. Jedną z funkcji finansów publicznych jest wtórny podział PKB, można więc powiedzieć, że jedne grupy niejako zyskują kosztem drugich. I na tym tle zawsze pojawiają się konflikty, bo nie da się dogodzić każdemu. Jeśli chodzi o przedsiębiorców, to z jednej strony były podejmowane działania na korzyść tej grupy, np. mniejszy CIT dla małych firm, czy Konstytucja Biznesu (krok w stronę drobnej i średniej przedsiębiorczości), w ramach której ujęto także działalność niebagatelną, dotyczącą głównie osób, które – nazwijmy to: „dorabiały”, np. udzielając korepetycji. Trzeba też pamiętać, że nastąpiły zmiany, które utrudniły życie przedsiębiorcom, np. w ramach uszczelniania VAT nałożono nowe obowiązki, np. splitpayment, czyli obowiązkowa płatność podzielona oraz Jednolity Plik Kontrolny (JPK), co sprawia, że działalność gospodarcza staje się bardziej uciążliwa z punktu widzenia obowiązków informacyjnych. A zatem z jednej strony mamy wyższe wpływy z VAT-u, co jest dobre dla budżetu państwa i dla społeczeństwa, które w efekcie korzysta ze świadczeń wypłacanych przez rząd, natomiast niekoniecznie jest to dobre dla przedsiębiorców, którzy muszą się zmierzyć z nowymi obowiązkami informacyjnymi. Jak zatem widać, zawsze są dwie strony medalu i być może wspomniani przedsiębiorcy poczuli się zbyt mocno obciążeni nowymi obowiązkami.

Czy rzeczywiście jest to aż tak poważne obciążenie?

Jeśli patrzeć na różne rankingi, ile czasu przedsiębiorca potrzebuje na wykonanie wszelkich obowiązków oraz jak skomplikowane jest – w tym zakresie – prawo, to rzeczywiście w naszym kraju sytuacja nie jest – oględnie mówiąc – najprostsza. Dlatego myślę, że jest pewien margines, który powinien ulec poprawie. Ostatnio mieliśmy np. uproszczenie matrycy stawek VAT-owskich i to jest – myślę – krok w dobrą stronę. Oczywiście, wciąż jeszcze są obszary, które wymagają zmian, które można i należałoby zmienić.

Co zatem można jeszcze poprawić z korzyścią dla polskich przedsiębiorców?

Moim zdaniem takim obszarem są np. ustawy podatkowe. Mianowicie jeśli są zmiany, to są one generalnie dopisywane do już istniejącego prawa, co powoduje, że te ustawy są coraz dłuższe, a przez to mniej czytelne. Dlatego byłoby dobrze, gdyby ktoś usiadł i przejrzał, co można by zagregować, a tym samym zmniejszyć objętość tychże ustaw. Jest to konieczne, zwłaszcza że dochodzi do sytuacji, kiedy polska gospodarka im dłużej funkcjonuje, tym ma bardziej złożone prawo. Np. w Stanach Zjednoczonych ostatnio podejście było takie, że jeśli jest wprowadzane nowe prawo, nowa ustawa, to dwie kolejne się likwiduje. Tak nawiasem mówiąc, nie wiem, czy naszym sojusznikom udaje się utrzymywać ten rygor. Nie chodzi o kopiowanie tych reguł w stu procentach, ale dobrze byłoby, żeby takie myślenie uruchomić na polskim gruncie. Jeśli chcemy coś zmieniać, coś nowego wprowadzić, to może warto zadać sobie pytanie, co w dobrze pojętym interesie wszystkich można by zredukować i uprościć.

Co z tak krytykowaną kwestią tzw. 30-krotności, która – jak twierdzą niektórzy – zniechęciła przedsiębiorców do poparcia PiS? Wygląda na to, że kwestia ta ujęta w ustawie budżetowej zaproponowanej Sejmowi ostatecznie może zostać wyjęta z projektu…

Rzeczywiście, zniesienie 30-krotności to zarówno koszt dla przedsiębiorstw, które zatrudniają np. wysoko wykwalifikowanych specjalistów, jak też obciążenie dla samych bardzo dobrze zarabiających pracowników, którzy będą płacili wyższe składki ZUS, a zatem będą bardziej obciążeni fiskalnie. I tutaj trzeba pamiętać o dwóch kwestiach – z jednej strony wyższe wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na krótką metę owszem, poprawią sytuację, bo FUS otrzymuje rocznie z budżetu państwa dotację w wysokości 35-40 miliardów złotych, żeby finanse ZUS zbilansowały. Natomiast w projektach na 2020 rok widać, że ta dopłata do FUS ma być na poziomie jedynie 26 miliardów złotych. To wynika z dobrej sytuacji na rynku pracy i legalnie pracujących imigrantów, dzięki temu wpływy do ZUS teraz są wyższe. Natomiast generalnie trend długoterminowy jest negatywny w tym kontekście, sytuacja ZUS – ze względu na sytuację demograficzną – się pogarsza. Zniesienie 30-krotności na krótką metę tę sytuacje poprawi, bo wpływy składkowe do ZUS będą wyższe. Z drugiej strony, te osoby, które teraz będą płaciły wyższe składki, będą miały prawo do wyższej emerytury. Zatem w dłuższym terminie trzeba im będzie wypłacać wyższe świadczenia. Jest to zatem w pewnym sensie miecz obosieczny, w krótkim terminie takie podejście poprawiłoby sytuację, ale w długim wyjdzie na to samo, bądź też nawet pogorszy, bo kapitał gromadzony w ZUS jest waloryzowany całkiem przyzwoitymi współczynnikami, więc tych pieniędzy w formie świadczeń emerytalnych trzeba będzie wypłacać więcej.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl