logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Nie chcemy „żółtych kamizelek”

Wtorek, 11 grudnia 2018 (23:43)

Rozmowa z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”

 

Rząd obiecuje miliard złotych na rekompensaty z tytułu wzrostu cen energii elektrycznej. „Solidarność” uważa, że to za mało. Dlaczego?

– Nie chodzi o to, że miliard to za mało. Przede wszystkim nie ma żadnych rozwiązań systemowych. Zwracamy też uwagę, że proponowane przez rząd rozwiązanie ma funkcjonować w 2019 i ewentualnie w 2020 roku. Potem już nie ma mowy o żadnych instrumentach osłonowych. Poza tym ewentualne rekompensaty mają dotyczyć gospodarstw indywidualnych, natomiast nie przewidziano żadnej pomocy dla samorządów, dla małych i średnich przedsiębiorstw, które już w tej chwili dostają rachunki za prąd wyższe o 20-40 proc. Każdy wzrost kosztów funkcjonowania firmy przedsiębiorcy odbijają w cenach swoich produktów i usług. A więc najważniejszy element naszego wzrostu gospodarczego, czyli konsumpcja wewnętrzna, może ulec spowolnieniu, a wraz z nią wyhamuje cała gospodarka.

A co z dużymi przedsiębiorstwami? Wiele z nich zużywa bardzo dużo energii, choćby u Pana, na Śląsku.

– Tu możemy przyznać rządowi mały plusik w myśl zasady, że „lepiej późno niż wcale”. O system rekompensat dla przedsiębiorstw energochłonnych ubiegaliśmy się jeszcze w czasach rządów PO – PSL. Z tego, co wiemy, od 1 stycznia przynajmniej dwie opłaty – jakościowa i przejściowa – mają być zmniejszone dla stalowni, hut, w tym hut cynku itd. Te przedsiębiorstwa tak drastycznej podwyżki nie odczują, mało tego, jest jeszcze przewidziany dla nich od połowy roku system rekompensat, zwłaszcza w kontekście wzrostu cen emisji. Zauważamy więc dobre elementy. Szkoda, że nie myśli się tak samo o pozostałych firmach, a w długofalowej perspektywie także o przeciętnym obywatelu, dla którego skutki podwyżek będą nieciekawe.

Jakie rozwiązanie proponują związkowcy?

– Generalnie rzecz biorąc, nie chciałbym rozmawiać z rządem przez prasę. Pewne elementy zostały przez rząd przespane i zmarnowane. Chodzi mi na przykład o reformę systemu handlu emisjami EU ETS. Jeszcze rządowi Beaty Szydło proponowaliśmy pomoc merytoryczną i związkową. Wtedy nasza oferta nie została przyjęta, a Polska prowadzone w UE negocjacje przegrała z kretesem. Skutkiem tego są obecne spekulacyjne ceny uprawnień do emisji i to one są przyczyną planowanych podwyżek cen prądu. W działaniach systemu ETS widzimy jednak pewne możliwości, które Polska powinna prawnie wykorzystać, nawet jeszcze w tej chwili, gdyż naszym zdaniem nie jest jeszcze za późno. Dodatkowo można stworzyć jakiś system ulg, system zmniejszenia kosztów w energetyce. Wymaga to rozmów o szczegółowych rozwiązaniach. Jesteśmy na te rozmowy otwarci. A obecne rozwiązania w zakresie cen energii bardzo nam się nie podobają.

Czyli właściwie problemem jest cały system handlu uprawnieniami do emisji wynikający z polityki klimatycznej UE?

– Tak, to jest sprawa polityki klimatycznej, która doprowadziła do sytuacji, że mamy sztuczne podniesienie cen energii produkowanej z węgla. W skrócie, opłaty ETS są takim podatkiem od węgla. Może nie jest to sytuacja w pełni analogiczna, ale obserwujemy to, co się dzieje we Francji. Protest „żółtych kamizelek” też ma podłoże w polityce klimatycznej UE. Dlatego tym bardziej musimy rozmawiać z rządem. Jestem jak najbardziej daleki od nawoływania do takich protestów w Polsce, przeciwnie – chcemy, żeby w Polsce się takie „żółte kamizelki” nie pojawiły.

Czy można tak korzystać z systemu ETS, żeby uniknąć zawyżonych opłat emisyjnych?

– Myślę, że trzeba się przyjrzeć funkcjonowaniu polskich spółek energetycznych i nadzorowi właścicielskiemu Skarbu Państwa nad nimi. Od dawna twierdzę, że wiele rzeczy jest w nich nie w porządku. Każdy, kto zarządza energią, mógł przewidzieć, że system ETS będzie mieć charakter spekulacyjny. Przecież polskie spółki energetyczne mogły wcześniej kupić prawa do emisji, gdy były bardzo tanie. Wtedy podwyżki cen energii elektrycznej byłyby mniejsze, a na pewno bardziej rozłożone w czasie. Jednak ten moment przespano. Tymczasem koncerny energetyczne, m.in. francuskie, nakupowały tych praw do emisji, a teraz nimi handlują. My wtedy alarmowaliśmy panią premier i ministra energii, że takie będą skutki, ale nikt nas nie chciał słuchać.

W Katowicach właśnie mówi się na szczycie COP24 o jeszcze dalej idących celach światowej polityki klimatycznej. „Solidarność” też w nim uczestniczy.

– Nie wiemy, dokąd to doprowadzi. Mamy sprzeczne sygnały od polskiej prezydencji. Toczą się szczegółowe negocjacje o wdrożeniu Porozumienia Paryskiego. Jeżeli Polska i inne państwa ulegną najnowszym trendom polityki klimatycznej w UE, to będzie to wyglądać dla nas, obywateli, bardzo źle. Ubóstwo energetyczne zacznie sięgać niebotycznych rozmiarów i nasz poziom życia, który w ciągu ostatnich trzech lat się podnosił, teraz zacznie dramatycznie spadać. Konsekwencje tego są namacalne w innych krajach europejskich. Niemcy wydają na przechodzenie w kierunku odnawialnych źródeł energii rocznie ok. 30 mld euro. Do 2022 roku łącznie będzie to ich kosztować 680 mld euro, a nadal mają najdroższą energię w Europie.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik