logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Sieć hipokryzji oplotła organy Unii Europejskiej

Wtorek, 14 grudnia 2021 (15:30)

Aktualizacja: Wtorek, 14 grudnia 2021 (16:29)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Afera i skandal na najwyższych szczytach unijnych władz: Komisji Europejskiej, Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Trybunału Obrachunkowego i Europejskiej Partii Ludowej. Polityczny układ, handel wpływami, lobbing, nieprawidłowości finansowe. Czy informacje gazety „Libération” zaskakują Pana Profesora?

– Zaskakują o tyle, że ukazały się we francuskiej prasie. Natomiast jeśli bierzemy pod uwagę sam fakt zmowy na szczytach władz unijnych w Brukseli czy sądowniczych w Luksemburgu, to nie jest to nic nowego. Przecież już nieraz dochodziły głosy z Brukseli, że mają tam miejsce rzeczy – delikatnie rzecz ujmując – niewłaściwe. Klika, jaka się tam utworzyła, bo tak należy to nazwać, klika wzajemnie się popierająca i wspierająca, która upatrzyła sobie w budowie superpaństwa europejskiego przyszłość, funkcjonuje w najlepsze w różnych relacjach i konfiguracjach pomieszanych zarówno co do kompetencji, czyli organów wykonawczych, a także co do organów sądowniczych. To wszystko, co się tam dzieje, tworzy bardzo niezdrową atmosferę wokół organów Unii Europejskiej. Nic więc dziwnego, że społeczeństwa mają coraz mniejsze zaufanie do instytucji unijnych i samej Unii Europejskiej jako wspólnoty, która jest dzisiaj chyba bardziej podzielona niż kiedykolwiek.

Bulwersujące jest także to, w jaki sposób funkcjonują instytucje unijne i ci, którzy chcą poszczególnym suwerennym państwom układać ich przyszłość i wpływać na kształt chociażby wymiaru sprawiedliwości?

– To jest dowód hipokryzji, jaka oplotła poszczególne organy Unii Europejskiej. Z jednej strony mamy ciągłe wołanie o praworządność, pouczenia, próby karcenia i podporządkowania sobie suwerennych państw, takich jak Polska czy Węgry, a z drugiej strony mamy do czynienia nie tylko z łamaniem podstawowych zasad, jeśli chodzi o prawo, ale przede wszystkim z łamaniem zasad etycznych, moralnych przez instytucje czy urzędników, którzy mają stać na ich straży. Wiele mówi się o niezależności zwłaszcza sądownictwa w poszczególnych krajach – w tym w Polsce, podczas gdy to właśnie sądownictwo w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele ma wspólnego z niezależnością. I to jest najbardziej bulwersujące, bo unijni decydenci domagają się od nas spełnienia nie wiadomo jakich standardów czy kryteriów, tymczasem sami nie spełniają nawet minimalnych.   

Na ile prawdopodobne jest to, że przy suto zakrapianych imprezach, m.in. na zamku Chambord, mogły być układane strategie czy plany wobec Polski i innych niepokornych państw?

– Oczywiście trudno będzie znaleźć na to dowód – chyba że takie są i będą ujawniane w dalszej kolejności. Wiadomo, że różni politycy się spotykają – dajmy na to podczas uroczystości, imprez itd., i to nie wywołuje oburzenia. Natomiast tutaj mamy sytuację przedziwną. Już sam fakt, że w takich okolicznościach na koszt unijnych podatników w zamkniętym gronie spotykają się wysocy urzędnicy unijnych instytucji, sędziowie – to musi budzić kontrowersje i rodzić podejrzenia. Swoją drogą dziwne byłoby, nawet gdyby nie rozmawiano tam o kwestiach – nazwijmy to – zawodowych, które dotyczą tych osób, o kwestiach politycznych. Wprawdzie za rękę nikt nikogo nie złapał, ale gdyby tego typu kwestie nie były poruszane, to byłoby to arcydziwne.

Czy jest szansa, że sprawa ta doczeka się wyjaśnienia? Słyszymy, że Parlament Europejski próbuje zamieść aferę pod dywan, stąd zdecydowana większość europosłów zagłosowała przeciwko wnioskowi o zorganizowanie debaty w tej sprawie na forum europarlamentu…

– To jest bardzo ciekawe, że europarlamentarzyści byli w stanie aranżować wiele, bardzo wiele debat na temat sytuacji w Polsce czy na Węgrzech, było też – jak pamiętamy – szereg rezolucji w sprawie rzekomego łamania praworządności w tych krajach, padały ostre słowa potępienia kwestii, które funkcjonują we wszystkich krajach i nie mają nic wspólnego z łamaniem prawa, natomiast w tym wypadku ci sami europosłowie nie są w stanie – choćby w minimalnym zakresie – nawet podjąć dyskusji na temat podejrzenia poważnych nadużyć w ważnych instytucjach Unii Europejskiej. Nie wiem, dlaczego ktoś może bać się dyskusji, zwłaszcza że na światło dzienne mogą wyjść jeszcze różne inne rzeczy. Taka postawa rodzi jeszcze większe napięcie, podejrzliwość, a niewyjaśnione sprawy będą się ciągnęły i nadal gniły. Im później zacznie się oczyszczanie, tym większe afery mogą jeszcze wyjść na jaw. Trzeba powiedzieć, że mamy pewien rodzaj kliki, która się usadowiła w najwyższych organach unijnych, co więcej, są to ludzie, którzy zajmują stanowiska, ale nie posiadają mandatów pochodzących z wyboru, tylko są dobierani z klucza politycznego. I tacy ludzie rządzą Unią Europejską, podejmują decyzje – także w sprawach prawnych dotyczących poszczególnych krajów. Zwrócę tylko uwagę, że o wiele bardziej odpowiada przed opinią publiczną znacznie mniej zarabiający polski minister czy polski premier niż zarabiający krocie komisarz czy inny urzędnik unijny. To sprawia, że w unijnych szeregach pojawiają się strefy wpływów.

O ile część polskich mediów informuje o aferze na unijnych szczytach, o tyle zagraniczne media – także na polskim gruncie – właściwie milczą. Jaki jest tego powód?

– Sprawa ta nie tylko, że nie przetoczyła się przez Parlament Europejski, ale także – jak pan redaktor zauważył – właściwie jest nieobecna w mediach komercyjnych. Dotyczy to zwłaszcza tych ośrodków medialnych, które są bardzo wyczulone na to, żeby grillować państwa i środowiska polityczne, które są dla nich niewygodne.

O czym to świadczy?

– To pokazuje całą hipokryzję liberalno-lewicowych mediów. Pokazuje też, że w Unii Europejskiej funkcjonuje układ, klika. Dla wielkich graczy, takich jak Niemcy, ujawnianie szczegółów, drążenie tematu przekrętów, układów, koterii nie jest potrzebne z różnych powodów. Elity brukselsko-strasburskie oraz tzw. lokomotywy unijne doskonale zdają sobie sprawę, że gdyby te skandale wyszły na jaw, to postawiłoby to pod dużym znakiem zapytania skuteczność tych instytucji unijnych i utrudniłoby realizację celów niemieckich w Europie. Dlatego zagryzają zęby i nie będą dążyć do wyjaśniania, byleby tylko sprawy niemieckie toczyły się swoim torem. Z drugiej strony im bardziej urzędnicy unijni będą skompromitowani, tym bardziej będą posłuszni i łatwiej będzie nimi kierować.

Część urzędników Komisji Europejskiej i sędziów Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu ma powiązania z Europejską Partią Ludową, której przewodniczy Donald Tusk. Ten zaś najpierw milczał w tej sprawie, a po sobotniej Radzie Krajowej Platformy informacje ujawnione przez „Libération” nazwał „pseudoaferą”.

– To jest właśnie wybiórcze podejście Donalda Tuska, który jak chodzi o ocenę Krajowej Rady Sądownictwa czy jakiekolwiek kontakty sędziów z politykami Prawa i Sprawiedliwości, to uważa to za wprost niewyobrażalny skandal, za łamanie sędziowskiej niezależności, a tutaj próbuje bagatelizować sprawę. Trudno się jednak dziwić takiemu, a nie innemu podejściu człowieka, który nie jest samodzielny w polityce europejskiej czy w polityce w ogóle, tylko jako szef Europejskiej Partii Ludowej reprezentuje układ, który funkcjonuje na brukselskich salonach. Uważa, że to jest jego droga, że tam jest jego polityczna kariera, i z tymi środowiskami wiąże swoją przyszłość – choć po odejściu jego protektorki kanclerz Angeli Merkel będzie to trudne. Ponadto skoro w aferę ujawnioną przez dziennik „Libération” jest zamieszanych szereg członków jego formacji, to niby dlaczego miałby podejmować się krytyki? Gdyby Donald Tusk miał jakąś realną władzę, a nie tylko był marionetką w niemieckich rękach, to mógłby próbować oczyszczać swoje środowisko, ale skoro jest słaby, to nic dziwnego, że nie podejmuje żadnych działań w celu wyjaśnienia sprawy.

Francuski dziennik „Libération” mówi, że to nie koniec, i zapowiada kolejne odsłony tej afery. Niektóre stołki w Brukseli mogą być coraz bardziej gorące?

– Nie sądzę, żeby tak było, skoro dziś – na podstawie już ujawnionych faktów – nie ma woli wyjaśnienia tej sprawy. Natomiast sam fakt, że seria artykułów ukazuje się w bądź co bądź poczytnym francuskim dzienniku – wcale niesympatyzującym z kręgami prawicowymi, świadczy o tym, że część elit francuskich jest niezadowolona z kierunku, jaki obrała i w jakim zmierza Bruksela. Widać więc, że toczą się targi co do układu, jaki ma rządzić we Francji, a także przed wyborami europejskimi, które odbędą się w 2024 roku. Od tego będzie zależeć, jaki kształt będzie miała Unia Europejska i w jaką stronę będzie zmierzać. Napięcie zatem rośnie. Natomiast rzeczywiście, im więcej nieprawidłowości się ujawni, tym bardziej wzrasta prawdopodobieństwo, że coś z tym będą musieli zrobić, bo nie będą mieli innego wyjścia. Oczywiście nie jest problemem, żeby poleciała jedna, dwie, czy nawet kilka głów, ale chodzi o to, żeby całe to bagno oczyścić, bo cuchnie to coraz bardziej już na odległość. Powodem jest m.in. brak kontroli nad całym układem brukselskim. Są to środowiska oderwane od swoich własnych społeczeństw, są to urzędy niepochodzące z demokratycznych wyborów, a więc ci ludzie nie posiadają demokratycznych mandatów, za to w rękach dzierżą ogromną władzę. Coraz częściej dochodzi więc do degeneracji i takie są tego skutki.   

Skoro cała ta afera grozi zdestabilizowaniem Komisji Europejskiej, czy w ogóle Unii Europejskiej, to czy będzie wola, żeby wyjaśnić tę sprawę do końca i oczyścić brudy?

– Trudno powiedzieć. To będzie zależało, czy oczyszczenie będzie się opłacało największym unijnym graczom. Brukselscy urzędnicy dzierżą w rękach olbrzymią władzę, i nie sądzę, żeby chcieli – mieli wolę – sami poddać się weryfikacji, chyba że ktoś ich do tego zmusi.

            Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl