logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Władza Tuska robi wszystko, żeby nie było nic

Poniedziałek, 4 marca 2024 (19:55)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

W weekend odbyły się konwencje wyborcze. Znamy też hasło wyborcze Prawa i Sprawiedliwości: „Jestem na TAK”…

– Hasło wyborcze PiS jest – w mojej ocenie – bardzo dobre, bo jest odpowiedzią na działania władzy Tuska. Otóż Platforma i cała ekipa tworząca rząd Tuska przez minione trzy miesiące rządzenia zamanifestowała, że jest na NIE! Zasadniczo za cokolwiek się weźmie, to jest przeciwko wszystkiemu, co przez osiem lat zrobił rząd Zjednoczonej Prawicy, czy w ogóle temu, co Polskę stanowi. Ta nowa władza wyraża dezaprobatę wobec Trybunału Konstytucyjnego, wobec prokuratury, nie podoba jej się Krajowa Rada Sądownictwa i tzw. neosędziowie. Jest także przeciwko projektom gospodarczym, jak Centralny Port Komunikacyjny, nie wiadomo też, jaki los czeka inne inwestycje o znaczeniu strategicznym dla Polski. Zatem wszystko jest na NIE, a nie ma żadnego TAK. Właściwie nie bardzo wiadomo, z czym oni przychodzą do rządzenia Polską. Owszem, jest mowa o jakichś podwyżkach dla nauczycieli i sfery budżetowej, które i tak w mniejszym czy większym zakresie były planowane wcześniej, natomiast jeśli chodzi o wielkie projekty, które mają Polskę postawić na szczycie konkurencji, to tego nie dość, że nie ma, to jeszcze to, co zostało już rozpoczęte, ma być zaprzepaszczone. Słyszymy o audytach kluczowych inwestycji, które – jak widać – się nie dokonują, nie wspominając już o kompetencjach firm czy osób, które miałyby to badać. Jednym słowem ta władza robi wszystko, żeby nie było nic. Tymczasem PiS – przeciwnie: wychodzi naprzeciw oczekiwaniom ludzi, którzy pod rządami Tuska mają obawy co do przyszłości, i w obliczu całej tej negacji wszystkich i wszystkiego mówi, że chce działać pozytywnie, że chce budować, a więc jest na TAK!

Jarosław Kaczyński zmienia swoje polityczne plany i oznajmia, że nie ma zamiaru rezygnować z przewodniczenia
PiS-owi…

– Spodziewaliśmy się takiej decyzji prezesa Kaczyńskiego, biorąc pod uwagę chociażby trend, jaki jest w dzisiejszym świecie. Weźmy kilka przykładów z brzegu: dużo starszy od prezesa Kaczyńskiego Silvio Berlusconi właściwie do śmierci przewodził swojej partii Forza Italia i jak już nie rządził, to współrządził we Włoszech. Również Joe Biden, choć jest w mocno podeszłym wieku, a sprawuje urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ponadto niewiele od niego młodszy Donald Trump ma duże szanse, żeby po przerwie znów zasiąść jako gospodarz w Białym Domu. I tak to wygląda w świecie polityki. W takim modelu partii, jaki stworzył Jarosław Kaczyński, w momencie kryzysu, który po utracie władzy występuje w każdej formacji, taka partia po ustąpieniu jej szefa mogłaby się rozłamać albo pogrążyć we frakcyjnych walkach. Jednak jeśli chodzi o PiS, to wydaje mi się, że przyszłość tej formacji nie rozstrzyga się w tym, czy Jarosław Kaczyński będzie czy nie będzie liderował tej formacji, ale nade wszystko, czy uda się zmienić wizerunek tej partii. Innymi słowy, czy da się wpuścić młodych ludzi i rozpocząć dynamiczną dyskusję programową z jednoczesnym otwarciem się na różne środowiska konserwatywne. Chodzi o to, żeby partię uczynić dialogiczną, bardziej otwartą i oczywiście ją odmłodzić – także wizerunkowo. I tutaj prezesura Jarosława Kaczyńskiego w niczym nie przeszkadza. Co więcej, ustąpienie jej szefa mogłoby tylko wzniecić ewentualne konflikty, walkę o następstwo, co w sytuacji, kiedy partia jest raczej w kryzysie po wyborach i utracie władzy, mogłoby tylko całkowicie ją pogrążyć.

Na odejście prezesa Kaczyńskiego i zmianę pokoleniową chyba bardziej niż działacze PiS oczekiwał Tusk, licząc, że to rozbije jedność tej formacji?

– Owszem, ale zmiana pokoleniowa – jak wspomniałem – wcale nie musi się łączyć z odejściem szefa. Zresztą prezes Kaczyński od jakiegoś czasu nie sprawował funkcji państwowych, tylko skupił się na zarządzaniu partią. PiS – owszem – był zaprogramowany w sposób scentralizowany, i rozprogramować tę formację nie jest wcale łatwo. Jeśli zaś puścić ją na żywioł, to od razu mielibyśmy do czynienia ze zmaganiami frakcyjnymi – zwłaszcza że PiS nie ma takiego wymiaru jak – dajmy na to – Partia Republikańska czy Partia Demokratyczna w Stanach Zjednoczonych, gdzie cały proces wyłaniania kandydatów, prawybory itd. jest bardzo skomplikowany. Natomiast u nas wszystko odbywa się poprzez dobór ludzi, a nie poprzez swobodny przepływ. Taka konstrukcja ma swoje wady, o czym zresztą pisał prof. Andrzej Nowak, ale prosta, szybka, pospieszna zmiana rzeczywiście mogłaby spowodować rozchwianie całej tej konstrukcji. Swoją drogą, jeśli mówimy o wieku, to Tusk też nie jest młodzieniaszkiem, a jednak wrócił z Brukseli – inna sprawa: z czyjej inspiracji – i lideruje swojej partii. Włodzimierz Czarzasty także nie należy do młodego pokolenia. Moim zdaniem tak czy inaczej, jeśli Jarosław Kaczyński ponownie zostanie wybrany liderem PiS-u, to jednak do partii, do współdecydowania powinni zostać dopuszczeni także młodzi ludzie o poglądach konserwatywnych, ale jednocześnie posługujący się nowoczesnymi metodami.

Po drugiej stronie są Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga i Lewica, które choć razem tworzą rząd, to do wyborów samorządowych idą oddzielnie, do tego na kanwie toczącej się kampanii widać wyraźnie, że coraz więcej kwestii ich dzieli. „Koalicja 13 grudnia” trzeszczy w posadach?

– Osobiście nieco inne mam skojarzenia co do określenia tej koalicji Tuska, bardziej tak jak w 1968 roku zrobił Stefan Kisielewski – po zdjęciu słynnej adaptacji „Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka z afisza Teatru Narodowego, kiedy rządy Gomułki nazwał „dyktaturą ciemniaków”. Wtedy komuniści zdejmowali „Dziady”, a dzisiaj obecna władza usuwa z nauczania w szkołach ważne wydarzenia z polskiej historii. Zdejmuje się podręcznik „Historia i teraźniejszość” prof. Wojciecha Roszkowskiego, a w zamian proponuje się jakieś lekcje o zdrowiu, a tak naprawdę szykuje się edukację seksualną zamiast lekcji historii. To, można powiedzieć, są sprawy ilustrujące podobną sytuację do czasów słusznie minionych, do lat zacietrzewienia ideologicznego lat siedemdziesiątych XX wieku. Natomiast jeśli chodzi o rozbieżności programowe tej koalicji, to rzeczywiście Tusk chce osłabić Lewicę, która chciałaby się odróżnić od Platformy, ale nie sposób to zrobić poprzez aborcję czy pigułkę „dzień po”. Chodzi o to, że Platforma też ma to na swoich sztandarach, dlatego partia Czarzastego jest – wbrew Tuskowi – za powstaniem Centralnego Portu Komunikacyjnego. Tym samym Lewica przyciska Tuska, bo szuka miejsca dla siebie. Robi to, bo nie ma wyjścia, skoro szef Platformy cały czas stawia ją pod ścianą i de facto chce ją wchłonąć, a tym samym zlikwidować. Dlatego nie wziął ich na swoje listy, żeby uśmiercić, pozbawiając politycznego zaplecza. Trzecia Droga też próbuje się odgryzać, bo sytuacja na granicy z Ukrainą, sytuacja z protestującymi rolnikami, to Trzeciej Drodze – zwłaszcza temu PSL-owskiemu odłamowi, w żaden sposób nie służy. Przy tej okazji wychodzi, czy cała ta Trzecia Droga jest za Europejskim Zielonym Ładem, czy też przeciw.

Hołownia mówi wprost, że jest za Europejskim Zielonym Ładem, a z drugiej strony spotyka się z rolnikami?

– To pokazuje kształt tego politycznego zlepka. Zresztą w Parlamencie Europejskim europosłowie PSL-u razem z Platformą i Lewicą głosowali za rezolucją w sprawie Zielonego Ładu, a więc to wszystko się nie skleja. Jak widać – jeśli chodzi o cały ten zbiór polityczny tworzący władzę – mamy do czynienia z bardzo poróżnionym obozem. 

Co, biorąc pod uwagę istnienie tej koalicji, może być silniejsze: stołki i synekury czy wierność swoim poglądom?

– Cały ten obóz się nie rozleci, bo sklejają go władza i profity płynące z władzy. Ten obóz skleja też anty-PiS, natomiast w sensie pozytywnym tych ludzi nic nie łączy, zresztą ten rząd nic takiego pozytywnego nie proponuje Polakom.

Problem rolników właściwie w ogóle nie występuje w kampanii samorządowej. Co więcej, po działaniach Tuska wygląda, że rząd próbuje rozbić rolniczą jedność?

– Ta gra na rozbicie jedności rolników była od początku i ona się toczy, ale to, biorąc pod uwagę doświadczenia z Tuskiem, nie powinno nikogo zaskakiwać. Tusk wie, że tylko w ten sposób można pokonać rolników. Po to też wziął sobie na pokład krzykacza wiecowego Kołodziejczaka, który stając dziś po drugiej stronie barykady, po stronie władzy, wzywa rolników do bojkotu protestu 6 marca i argumentuje, że jest to protest polityczny. Widać, że ta władza liczy, że zbliżają się wiosenne prace polowe i rolnicy – zamiast protestować – będą musieli wyjechać na pola. Mamy więc grę na przeczekanie, dlatego nie ma żadnych konkretów ze strony Tuska, a raczej pozorowanie dobrej woli, dialogu, dyskusji, tyle że nic się za tym nie kryje pozytywnego. Za chwilę – zgodnie z metodą Tuska – mogą zrobić audyt jak z CPK, tylko żeby sobie kupić czas, a później będą reagować adekwatnie do sytuacji. PiS też mógłby ostrzej reagować na to, co się w tym wymiarze dzieje, ale nie ma też zbyt mocnych kart, bo – jak wiemy – unijnym komisarzem rolnictwa jest nominowany na to stanowisko przez PiS Janusz Wojciechowski. Trzeba też zaznaczyć, że Wojciechowski może nie decydował o Europejskim Zielonym Ładzie, ale też nie protestował, nie powstrzymał tego ideologicznego projektu. Z kolei rząd premiera Morawieckiego zgodził się na Zielony Ład. Oczywiście można tłumaczyć, że był pod presją sankcji unijnych itd., tym niemniej trudno jest dzisiaj PiS-owi grać tym twardo w sytuacji, kiedy tak, a nie inaczej wygląda logika zdarzeń. Z kolei Platforma jest w trudnej sytuacji, więc ucieka od odpowiedzialności. Jeśli więc szukać potencjalnego beneficjenta tych protestów, to może się nim okazać Konfederacja.

W najbliższą środę w Warszawie ma się odbyć protest rolniczy, który ma być znacznie ostrzejszy niż poprzedni. Czy niezadowolenie rolników może rozbić ten rząd?

– Warto zwrócić uwagę, że rolnicy – czy to w Polsce, czy to w Europie – coraz częściej protestują nie tyle przeciw rządom, ile przeciw polityce Unii Europejskiej. Zresztą Tusk też rozkłada ręce i próbuje wmówić rolnikom, że nic nie może. Mamy więc próby scedowania tych protestów przeciw Brukseli, co tylko pokazuje, że mamy już właściwie superpaństwo, scentralizowane państwo europejskie. Tak czy inaczej projekt Zielony Ład idący z Brukseli jest iście diaboliczny. Z jednej strony pociąga za sobą ogromne koszty poprzez system ETS, a więc kupowanie uprawnień do emisji CO2, nakłada też na państwa narodowe, na produkcję rolną, rozmaite ciężary sanitarne, odłogowanie ziemi, a z drugiej mamy otwarcie na produkty rolne z Ukrainy, Brazylii, Argentyny także z Rosji. Co więcej, produkty z obszaru spoza Unii Europejskiej nie muszą spełniać wyśrubowanych norm jakościowych.

Jaki jest cel tej bezrefleksyjnej polityki?  

– Cel jest jeden: zniszczenie rolnictwa europejskiego – po prostu jego fizyczna likwidacja. To musi wywoływać uzasadniony opór, sprzeciw. Z drugiej strony jest to działanie samobójcze dla całego europejskiego bezpieczeństwa żywnościowego. Myślę, że Europejski Zielony Ład jest skandalem pokazującym, jak daleko ta lewacka, antyspołeczna ideologia sięga, jak bardzo zawładnęła umysłami ludzkimi.

Te protesty rolnicze, które są rozsiane po całej Europie, mogą brukselską władzę powstrzymać przed dalszym wtłaczaniem tych ideologicznych planów?   

– Rolnicze protesty przeciw europejskiej polityce klimatycznej w Polsce i w Europie, jeśli będą wsparte przez społeczeństwa, to kto wie, jakie przyniosą owoce. Do rolników muszą jednak dołączyć np. transportowcy, górnicy. Tak już dzieje się w Polsce, gdzie do rolniczych protestów przeciw Europejskiemu Zielonemu Ładowi dołącza NSZZ „Solidarność”. Obawiam się więc, że na proteście 6 marca w Warszawie może się nie skończyć.

                     Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl