logo
logo

Zdjęcie: Fot. twitter.com_bogdan_rzonca.jpg/ Inne

Nie możemy się cofnąć

Poniedziałek, 27 września 2021 (14:55)

Aktualizacja: Poniedziałek, 27 września 2021 (16:32)

Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zamieszanie wokół kopalni i elektrowni w Turowie, wciąż trwa presja na Polskę. Czy powinniśmy jej ulegać, zamykać kopalnię „Turów”, płacić kary, jak sugeruje opozycja, czy wprost przeciwnie?

– Bezwzględnie powinniśmy trwać przy swoich postanowieniach i absolutnie nie możemy zamykać Kopalni Węgla Brunatnego „Turów” oraz Elektrowni „Turów”. Powodów ku temu jest cały szereg. Po pierwsze, decyzja hiszpańskiej sędzi Rosario Silvy de Lapuerty, jest pozatraktatowa, niezgodna z zapisami traktatu o Unii Europejskiej. Jeśli są decyzje, które dotyczą wielu milionów ludzi, tak jak w tym wypadku, bo zamknięcie kopalni „Turów” oznacza pozbawienie dostaw energii dla 3,2 mln rodzin, to nie mogą one zapadać w procedurze jednoinstancyjnej. Skala problemu wskazuje, że jeśli taka decyzja miałaby zapaść, to wyłącznie za jednomyślną aprobatą Rady Europejskiej, o czym mówi art. 192 i 194 traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Z drugiej strony – pomijając już podstawę prawną – trzeba podkreślić, że ta decyzja jest bardzo nieludzka, co więcej –godzi w tzw. solidarność europejską. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak czułaby się dzisiaj część Hiszpanii, gdyby polski sędzia Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu jednoosobowo, bez analizy uwarunkowań przemysłowych, gospodarczych, społecznych nakazał wyłączenie dostaw prądu czy gazu dla milionów hiszpańskich rodzin. Dlatego absolutnie nie powinniśmy się poddawać temu dyktatowi jednego sędziego niby reprezentującego sąd, ale tak naprawdę będącego przedstawicielem niesprawiedliwości Unii Europejskiej.

Ciekawe, że taką decyzję podejmuje sędzia, która wkrótce odchodzi ze stanowiska?

– No właśnie, nie jest tajemnicą, że pani sędzia Rosario Silva de Lapuerta niebawem, bo w październiku, odchodzi z Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i niejako na odchodne została użyta jak organ, który ma zastraszyć Polskę. Osobiście patrzę na całą tę sprawę w szerszym kontekście. Mamy do czynienia z testowaniem uległości Polski względem nacisków europejskich. Nie możemy ulegać presji, bo za chwilę mogą nam powiedzieć, że niektóre artykuły Konstytucji RP są niepotrzebne, może w ogóle polski parlament jest niepotrzebny… To pokazuje, że trwa testowanie Polski, tym bardziej tam, gdzie powinniśmy zachować się kompromisowo, to oczywiście należy działać sprytnie i mądrze, ale tam, gdzie chodzi o pryncypia, to nie możemy ustępować. W tym wypadku zamknięcie kopalni i elektrowni „Turów”, zwolnienie tysięcy pracowników i pozbawienie prądu milionów ludzi i de facto osłabienie systemu energetycznego Polski w ogóle nie wchodzi w grę. Ważne jest to, co kilka dni temu powiedział prezydent Andrzej Duda, że być może w całej tej sprawie chodzi o to, żeby zamknąć „Turów” i energię kupować od Niemców, którzy swojej energii mają w nadmiarze i muszą z nią coś zrobić.   

Może warto, żeby oprócz polskiego stanowczego „nie” wobec żądań Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu zreflektowali się także sami Czesi?

– Czesi się zreflektują, ale po wyborach parlamentarnych, które odbędą się w ich kraju w dniach 8-9 października. Na tym polsko-czeskim konflikcie zyskuje partia ANO premiera Andreja Babiša, który walczy o pozostanie w fotelu premiera Czech. Swoją drogą premier Babiš, który ma problemy prawne, stara się pokazać jako patriota, który walczy o interesy Czech, co poprawia jego notowania. I twarde stanowisko w sprawie „Turowa” jest dla niego ważne, natomiast to jest pragmatyka na własny użytek, ale nie ma to nic wspólnego z racją i prawdą. Racja i prawda jest taka, że po trzech stronach: polskiej, niemieckiej i czeskiej, w bezpośredniej bliskości funkcjonują kopalnie węgla brunatnego, wszędzie tam pracują ludzie. Natomiast Czesi mają kłopot w postaci wielomiesięcznej suszy, która powoduje problemy z wodą po stronie czeskiej, co rząd w Pradze próbuje wykorzystać przeciwko kopalni „Turów”. Myślę jednak, że po upływie dwóch tygodni wszystko będzie już jasne. Po wyborach Czechy – mam nadzieję – wrócą do współpracy z Polską i Grupą Wyszehradzką i obojętnie jaki będzie wynik tych wyborów nie będzie już polsko-czeskiego konfliktu wokół „Turowa”. Tak myślę.

Dlaczego w Unii nikt nie zwraca uwagi na to, jakie mogą być skutki zamknięcia kopalni „Turów”?

– Dokładnie, w ostatnich dniach pojawiła się informacja o opinii naukowców, a mianowicie profesorowie Akademii Górniczo-Hutniczej mówią o negatywnych konsekwencjach zamknięcia „Turowa” dla środowiska naturalnego, że może się to skończyć katastrofą ekologiczną. Naukowcy zwracają też uwagę na negatywne konsekwencje takiego kroku dla polskiej energetyki. Czekamy zatem na pełne stanowisko Akademii Górniczo-Hutniczej w tej materii, na uzasadnienie. Uważam, że będzie to ważny argument dla Polski w trwającym sporze na pograniczu polsko-czeskim.

Jakie światło cały ten polsko-czeski spór rzuca na szersze relacje, jak w tym świetle wygląda trwałość sojuszy, w tym wypadku Grupy Wyszehradzkiej. Czy Bruksela nie będzie próbowała tego wykorzystać do rozgrywania Grupy V4?

– Trwałość Grupy Wyszehradzkiej jest wielką nadzieją naszą i w ogóle Europy Środkowej. Nie ma alternatywy dla Grupy Wyszehradzkiej i jeśli ta grupa sama się rozbije, jeśli sama będzie się wyniszczać, to osłabi to Europę Środkową, a poszczególne kraje będą wykorzystywane przez Brukselę czy wiodące kraje Unii Europejskiej. Zatem cała nadzieja w jedności. Osobiście jestem przekonany, że po wyborach parlamentarnych w Czechach ta jedność wróci na dawne tory, ponieważ interesy państw wchodzących w skład Grupy V4 są oczywiste, jasne. Natomiast okres kampanii i wybory – jak teraz w Czechach – powodują, że premier Babiš i jego formacja chcą utrzymać władzę i także na tym konflikcie z Polską chcą zarobić kilka punktów procentowych. Wychodzą z założenia, że jeśli się nadarza taka sytuacja dotycząca sąsiedniego państwa, to dlaczego z niej nie skorzystać. Myślę jednak, że ten konflikt polsko-czeski po wyborach wygaśnie i Grupa Wyszehradzka powinna, co więcej – musi funkcjonować dalej, bo jest Europie Środkowej bardzo, bardzo potrzebna.

Europie Środkowej, owszem, ale niekoniecznie jest w smak Brukseli…

– Zgadza się, to jest kolejna prawda. Chodzi o to, że wszystkie sukcesy w Europie Środkowej – w tym w Polsce, to są sukcesy niemile widziane w Brukseli. Jeśli się pokazuje dobrą kondycję polskiego budżetu, jeśli się pokazuje wysoki PKB Polski, jeśli bezrobocie jest u nas niskie, a w zasadzie w Polsce go nie ma, jeśli powstają coraz to nowsze miejsca pracy, to nie podoba się to szczególnie europejskiej lewicy czy liberałom, którzy pytają, jak Polacy to zrobili. Mają tym samym duży orzech do zgryzienia, bo jako Polska – czy w ogóle jako Europa Środkowa – stajemy się ważnym partnerem i już nie na kolanach, ale coraz bardziej wyprostowani, nie tylko sięgamy po unijne środki, lecz także zaczynamy otwartym tekstem mówić o swoich interesach, co się nam opłaca w Unii Europejskiej, a co nie. Jest zrozumiałe, że bronimy naszych żywotnych interesów. O polexicie oczywiście nie ma mowy, natomiast mówimy, że są obszary, gdzie na członkostwie zyskuje Polska, a są obszary, gdzie zyskuje Unia, i ten kompromis powinien trwać, bo my jesteśmy potrzebni Unii, a Unia jest potrzebna nam. Nie zmienia to faktu, że wyniki gospodarcze, jakie osiąga Polska, budzą w Brukseli respekt, a nawet podziw.                

Jeśli ulegniemy, jeśli się ugniemy i podporządkujemy się woli unijnych decydentów w sprawie „Turowa”, to za chwilę każą nam wykonać inne bzdurne decyzje dotyczące energetyki i pozbawią nas głosu w innych ważnych dla nas sprawach?

Oczywiście taki ciąg zdarzeń jest możliwy i prawdopodobny, że nasze cofnięcie się o krok spowoduje, iż będziemy się musieli cofnąć o 10 kroków. W sprawie „Turowa” musimy być stanowczy i używając języka bł. kard. Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia: „non possumus”, powinniśmy poważnie dyskutować na poziomie negocjatorów, także na poziomie rządowym, czy na płaszczyźnie Unii Europejskiej. Powinniśmy informować o szczegółach, o faktach, licząc, że ten spór zostanie transparentnie rozstrzygnięty, a nie na zasadzie: dołóżmy Polsce, skarćmy Polaków, bo za szybko się rozwijają i coraz lepiej funkcjonują gospodarczo. Nie możemy się cofnąć, bo ustępstwa mogą spowodować, że następne wydarzenia w tej materii mogą być jeszcze bardziej przykre dla Polski niż to, co się dzisiaj dzieje na pograniczu polsko-czeskim.

Jak wynik wyborów parlamentarnych w Niemczech może wpłynąć na przyszłe nasze relacje i jak określić to, że minister sprawiedliwości niemieckiego landu Saksonia, Katja Meier, zleca przygotowanie opinii prawnej w sprawie kopalni „Turów”?

– Z całą pewnością jest to mieszanie się w polskie interesy, to jest ingerencja w polskie sprawy, to jest też próba pokazania, jak ważni mogą być Niemcy w stosunku do Polski. Katja Meier wywodzi się z frakcji Zielonych, a więc zupełnie oderwanych od rzeczywistości i realiów życia, stąd forsowanie zielonej rewolucji. Z pewnością ta pani powinna się zająć sprawami swojego landu, a nie mieszać się w polskie sprawy. Jeśli zaś chodzi o wstępne wyniki wyborów parlamentarnych w Niemczech, to wskazują one na zwycięstwo socjaldemokratów z SPD, którzy nieznacznie wyprzedzili chadeków. Nie wiadomo jednak, jak ułoży się scena polityczna i jak będzie wyglądał przyszły rząd oraz jaką rolę będą w nim odgrywać Zieloni, którzy są uczuleni na punkcie prawa, chcą przyśpieszenia polityki klimatycznej i bardzo restrykcyjnie wyrażają się w kwestiach dotyczących praworządności w Polsce, co więcej – są najbardziej zaciekłymi przeciwnikami kopalin. Chcą likwidacji wszystkich źródeł energetycznych związanych z węglem i gazem, co nas, Polaków, może drogo kosztować. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że będziemy tęsknić za rządami kanclerz Angeli Merkel, ale dla nas korzystnym rozwiązaniem byłby rząd z udziałem chadeków. Natomiast koalicja z udziałem Zielonych byłaby z pewnością niekorzystna dla Polski. Zobaczymy jednak, kogo deleguje do utworzenia nowego niemieckiego rządu prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier.

           Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl